Kiciputek: Łatwiej znosić siniaki niż prawdę - anonimowe wyznanie

sobota, 26 listopada 2016

Łatwiej znosić siniaki niż prawdę - anonimowe wyznanie

Poprosiłam Kasię, by opublikowała ten tekst na swoim blogu, ponieważ rozpaczliwie zależy mi na anonimowości. Boję się współczujących spojrzeń, boję się metki ofiary. Wiem, że w teorii to nie ja powinnam się wstydzić… ale niestety reakcje na setki podobnych historii pokazują, że o wiele łatwiej ocenić tego słabszego. A ja nie mam w sobie aż tyle siły, by mierzyć się jeszcze z tym.
Słowem wstępu: opowiadam tę historię, bo mam nadzieję, że zostanie Wam w pamięci przesłanie: nie oceniaj kogoś pochopnie. Bardzo łatwo wydać wyrok z wygodnego fotela, a czasem nawet oczywista sytuacja przestaje być oczywista, kiedy znajdziemy się w jej centrum.
Jestem feministką. Białą kobietą w wieku trzydziestu lat, wykształconą i z wykształconej rodziny, wychowaną w mieście. Nigdy nie byłam bogata, ale też nie mogę powiedzieć, by czegoś potrzebnego mi brakowało. Takie rzeczy jak lodówka, zmywarka, komputer, samochód i telefony komórkowe oraz dwa tygodnie wakacji co roku były oczywistością. Nie miałam każdej zabawki, o jakiej zamarzyłam, a sprzęt trzeba było szanować, ponieważ wiadomo, że kosztuje i nie da się go wymienić z powodu kaprysu – ale i tak jak na polskie warunki żyło mi się komfortowo. Poszłam na studia, które chciałam i nie musiałam dorabiać w knajpie, żeby je ukończyć. Rodzice akceptowali moje wybory. Po studiach znalazłam pracę i stać mnie na wynajem malutkiego mieszkanka. Koleżanki z klasy czasem duszą się w klitkach z trzema – czterema obcymi osobami do wspólnej łazienki, więc nie narzekam na metraż, a cieszę się niezależnością. Jednym słowem: zdecydowanie można powiedzieć, że znajduję się w uprzywilejowanej pozycji. Że jest mi łatwiej niż innym. Jestem oczytana, znam teorie, zabieram głos w dyskusjach – co mogłoby w moim perfekcyjnym życiu pójść nie tak?
Kochałam mężczyznę. Nasz związek trwał latami. Oglądaliśmy filmy, słuchaliśmy muzyki, wychodziliśmy do pubu, kradliśmy czas pracy, by wyskoczyć razem na weekend, smsowaliśmy całymi nocami. Byłam przekonana, że cały świat może mi zazdrościć. Do czasu.
Takie rzeczy nie dzieją się nagle – ot, czasem podniósł głos. Zapominał o wspólnych planach. Coraz częściej i coraz dłużej kazał na siebie czekać, już nawet nie szukał wymówek. Ale przecież cały czas gładził mnie po brzuchu, opowiadając, że nie może się doczekać, kiedy poczuje kopanie  dziecka, bo wie, że byłabym idealną matką. Opowiadał, jak będzie wyglądał nasz wspólny dom. Namawiał mnie do rzucenia pracy, bo przecież jego pensja wystarczy, a będziemy mieli więcej czasu dla siebie. Szeptał do ucha w komunikacji miejskiej albo na imieninach znajomych, a ja rumieniłam się i marzyłam tylko o tym, by znów być sam na sam i zrealizować te szepty jak najszybciej. On już nie szukał wymówek, ale ja miałam zawsze gotowe: pokłócił się z szefem, jego świetny pomysł został odrzucony z powodu układów, musiał zostać po godzinach, żeby naprawić to, co zepsuli inni (i do głowy by mi nie przyszło, że nie zostawał sam, a z koleżanką z pracy), cudem uniknął stłuczki, bo jakiś debil wyprzedzał na trzeciego. On przecież nie chciał na mnie nakrzyczeć, po prostu ma napięte nerwy, bo ciężki czas w pracy, bo jego brat zachował się jak idiota, bo ciąży na nim taka odpowiedzialność. Gdzieś musi odreagować. Przecież summa summarum zawsze później przytulał mnie, całował w kark, otwierał wino. Kochaliśmy się, a on szeptał o dzieciach, które już tak bardzo chciałby tulić i wychowywać.
Dobrych chwil było coraz mniej, a ja koncentrowałam się tylko na tym, by poprawiać mu humor. By w lodówce były jego ulubione przysmaki, by nigdy nie bolała mnie głowa, by nie obciążać go swoimi problemami. A były coraz poważniejsze, bo zaniedbywałam pracę – gdzieś z tyłu głowy przecież tkwiła myśl, że jeśli ją stracę, nie stanie się nic poważnego. Będę miała więcej czasu dla ukochanego mężczyzny. Może nawet podświadomie chciałam nawalać, żeby nie musieć podjąć tej decyzji samodzielnie? W końcu feministyczne idee krzyczały, że powinnam być samodzielna. A że dawno nie poszłam na żaden marsz? No trudno, każdy powinien zrozumieć, że kosztem polityki nie można poświęcać najbliższych.
Kiedy mnie pobił, byłam w szoku. Po raz kolejny olał wspólne plany, nie mówiąc ani słowa. Bez „przepraszam”, bez wyjaśnienia. Suchy komunikat rzucony na ostatnią chwilę, bo przypomniał sobie, że będę przeszkadzała w jego mieszkaniu w czasie spotkania z kumplami. Gdzieś między grochówką a schabowym podawanymi jak w zegarku popłynęły mi łzy. Zaczęłam szlochać. I wtedy zobaczyłam szał w oczach faceta, który – byłam przekonana – kochał mnie całym sercem.
„Co ty sobie myślisz?”, „Kiedy płaczesz, wcale mi się nie podobasz”, „Myślisz, że świat kręci się wokół ciebie?”, „Nie muszę ci się tłumaczyć” – i tym podobne wyrzucane zimnym, nienawistnym tonem huczały mi w głowie. Wyszedł z kuchni, trzaskając drzwiami, ale wrócił po chwili. Ze skórzanym pasem. Złapał mnie za włosy i przydusił do podłogi, okładał i lał. Chciałam błagać, żeby przestał, ale głos wiązł mi w gardle z przerażenia. Zamiast tego wykonywałam polecenia – przepraszałam, prosiłam o wybaczenie, powtarzałam, że oczywiście miał rację. Kiedy ochłonął, nie było już żadnej rozmowy – przecież właśnie ustaliliśmy, że zareagowałam histerycznie na normalną sytuację. Złapałam kurtkę, torebkę i wyszłam. Jedno spojrzenie w wystawową szybę upewniło mnie, że nie mogę iść do koleżanki – musiałabym wyjaśnić nie tylko, czemu zjawiam się nagle i szukam noclegu – a to źle świadczyłoby o moim ukochanym – ale też zapuchnięte oczy, siniaki na twarzy, potargane włosy. Zameldowałam się w pierwszym hotelu, do którego udało mi się dojść, bo nie udało mi się złapać taksówki. Nie zeszłam na kolację. Skuliłam się w łóżku.
I nie, nie podjęłam przełomowej decyzji o swoim życiu. Wyjaśniałam sobie, że zignorowałam, że wrócił do domu zestresowany. Że na pewno wstrząsnęło nim, jak bardzo zapomniał o planach. Że przecież dopiero co nie dostał podwyżki, która wydawała się taka pewna. Że na swój sposób pokazał, jak dba o nasz związek. Że to było z miłości.
Tak, z miłości. Dotykałam puchnących, fioletowych śladów na całym ciele, rozpoznawałam, które z nich pochodzą od pasa, a które od ręki – i wysyłałam smsy, że rozumiem i kocham. Że zasłużyłam, bo zamiast okazać wsparcie, zareagowałam jak dziecko. Że wszystko przemyślałam i postaram się już nigdy nie dać mu powodu do sięgania po takie środki. Wspominałam wszystkie czułe chwile, utwierdzając się w tym, że jestem z mężczyzną, który mnie kocha i to się zdarzyło. Że nie można przekreślić tylu lat z powodu jednej sytuacji. Przecież nie zrobiłby tego bez powodu…
Sama nie wiem, co sprawiło, że w końcu dotarło do mnie, że muszę się ratować. Kolejne siniaki? Zaniepokojeni znajomi, którzy nie rozumieli, dlaczego ich unikam? Propozycja bezpłatnego urlopu z pracy, bo nie wyrabiam z obowiązkami i chyba potrzebuję czasu dla siebie? A może to, że przypadkiem wpadłam na kumpla mojego ukochanego, który patrzył na mnie z wielkim żalem i w końcu wydusił z siebie, że musi mi coś powiedzieć.
Te słowa bolały bardziej niż uderzenie w twarz. To była relacja z przechwałek, jakim to mój ukochany jest macho, że potrafił owinąć sobie niegłupią dziewczynę dookoła małego palca, dzięki czemu zawsze kiedy chce ma posprzątane, ugotowane i przede wszystkim – obciągnięte. Że już nie musi chodzić na kurwy, bo ma to samo na jeden telefon za darmo i bez gumy. Pochwały nie obejmowały bicia… widać było metodą owijania wokół palca. A czym zareagowałam? Zaprzeczeniem.
To na pewno nie tak. Ok, wierzę, że opowiadał kumplom jakieś głupoty, ale to dlatego, że nie mógłby odkryć swojej wrażliwej strony. Tylko ja rozumiem chwile jego słabości, na zewnątrz musi zgrywać twardszego. Udowadniać swoją męskość. Kłamać, konfabulować, ubarwiać.
Powtarzałam to sobie, bo bałam się komukolwiek innemu. Przecież jeśli powiem o siniakach, to ocenią go źle. Jak przypadek z tragicznego reportażu. A przecież każdy człowiek jest inny. On nie przestał być dobry, było mu po prostu ciężko… To tylko chwila, jeszcze będziemy mieć wymarzony dom i dzieci.
Zamknęłam się w domu, szukałam metod, jak zapewnić ukochanego o mojej miłości. O tym, że zawsze będzie miał we mnie wsparcie. Chciałam przepraszać i ratować związek, w którym doświadczyłam tylu pięknych chwil. Brzmi absurdalnie? Dla mnie też. W tej chwili. Wtedy było oczywiste.
Wsparcie rodziny i przyjaciół wygrało. Zaciągnęli mnie na terapię – znów: uprzywilejowana pozycja – było mnie na nią stać. Nie miałam dzieci, na które musiałabym się oglądać. Miałam gdzie mieszkać. Miałam trochę oszczędności i perspektywę, że odzyskam pracę. I dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać, że jestem ofiarą przemocy w rodzinie. I przypomniałam sobie wszystkie pogardliwe teksty w sieci o kobietach, które odchodzą dopiero, kiedy mąż uderzy trzecie dziecko. I właśnie ludziom piszącym te pogardliwe teksty chcę powiedzieć: te kobiety to moje bohaterki.
Mnie nie trzymało nic – mieszkanie, praca, pieniądze, dzieci. Tylko – i aż – moje własne uczucia. Wyparcie. Rozpaczliwe trzymanie się szczęśliwych chwil. Konieczność przyznania sobie, że jestem ofiarą. Że ktoś mnie krzywdzi. Powiedzenie sobie, że poniosłam porażkę – protestowałam nie raz przeciwko przemocy w rodzinie, czytałam statystyki, ale nigdy nie wpadłam na to, że to może to dotyczyć mnie bezpośrednio. Ludzki umysł jest zadziwiający – wytłumaczy wszystko. Jak alkoholik zawsze znajdzie wyjaśnienie, dlaczego się napił, tak ja tłumaczyłam faceta, który mnie bił. Wrzeszczał. Obrażał. Deptał moją godność i poczucie własnej wartości. Im bardziej docierało do mnie, co zaszło, tym bardziej miałam sobie za złe – nienawidziłam własnego ciała, własnych myśli, własnych uczuć. Miesiące zajęło, nim wybaczyłam sobie. Miesiące, kiedy zastanawiałam się, czy podjęłam słuszną decyzję – bo może krzywdzę człowieka, który mnie kochał i nie chciał źle?
I teraz pomyślcie o tych kobietach, które nie mają pracy. Nie mają dokąd pójść. Do których rozmyślań dochodzi „mam odebrać dzieciom ojca?”. O tym, jak rozpaczliwie trudno uwolnić im się z toksycznego związku. O tym, jak wiele wymaga siły, by pewnego dnia spakować plecak i wyjść – na bruk, bez grosza. Zamiast potępiać i oceniać, zastanówcie się, jak im pomóc. Ulżyć. Ukarać winnych. Ja potrafię wczuć się tylko w ułamek ich dramatu, a i tak niemal mnie on przerósł.
Nie stanęłam do końca na nogach. Nie wierzę w pozytywne intencje czy komplementy – wszędzie spodziewam się ataku. Tylko najbliżsi wiedzą, co mnie spotkało naprawdę. Nie wiem, czy bardziej boję się litości, czy mamrotanych za plecami komentarzy: „ma za swoje, po co w tym tkwiła”. Mam sobie za złe, że nie poszłam na policję – ale nie mam żadnych dowodów ani świadków i boję się, że jeśli sprawy by nie umorzono, to mój były zniszczyłby mnie w sądzie. Albo, co gorsza, znów uwierzyłabym w jego miłość.
Najgorsza w przemocy ze strony kogoś bliskiego jest własna podświadomość – która wytłumaczy wszystko. Bo nieskończenie łatwiej znosić siniaki niż prawdę.
A jeśli w mojej historii rozpoznałaś siebie – proszę, pozwól sobie pomóc. Poszukaj telefonu zaufania, przyjaciółki, psychologa. Nie ma sensu zastanawiać się nad tym, czy kochał czy kłamał – to nie ma żadnego znaczenia. Liczy się to, że podniósł na Ciebie rękę. I to, by już nigdy nie miał szansy tego powtórzyć.

47 komentarzy:

  1. Okropnie jest czytać coś takiego i bardzo ciężko przyznać, że w naszej rodzinie jest przemoc domowa. Ja wciąż mieszkam z rodzicami, bo studiuję w mieście, w którym mieszkam. Mówiąc "rodzice" mam na myśli moją mamę i mojego ojczyma- mój biologiczny ojciec trochę olał sprawę posiadania dziecka, można też wspomnieć o jego niezdrowej fascynacji nielegalnymi używkami, więc nie mam z nim praktycznie żadnego kontaktu od kilku lat. Z zewnątrz nasza rodzina wygląda wspaniale- duży dom w dużym mieście, drogie samochody, podróże po świecie i tak dalej. Tata (ojczym) prowadzi własną firmę. Mama zajmuje się domem i treningami młodszej siostry. Od środka wygląda to tak, że rodzice wiecznie się kłócą. Codziennie. O każdą możliwą pierdołę. Obrażają się. Zazwyczaj kończy się na krzykach i wyzwiskach. Czasami na płaczu. A czasem na przemocy właśnie. Podczas tych kłótni z przemocą fizyczną schemat jest taki, że mama nie chce odpuścić tematu, ciągnie go, drąży, zahacza o różne niechlubne zdarzenia z przeszłości... a tata się wkurza. Chociaż nie, tata dostaje szału, odbija mu. Przeistacza się w potwora. W najlepszym przypadku mama wychodzi z tego z siniakami. Kiedyś zrzucił ją ze schodów. Raz złamał jej rękę. A raz, na wakacjach, dostałam telefon od młodszej siostry, która zapłakana powiedziała mi, że mama jest w szpitalu. Rozwalił jej głowę.
    Tak więc droga autorko, rozumiem Cię w stu procentach. Bo gdy pytam moją mamę czemu się nie wyprowadzimy, zawsze ma jakąś gotową wymówkę. Jakiś moment, do którego jeszcze wytrzyma. Jak skończysz gimnazjum. Jak skończysz liceum. Jak skończysz studia. Jak młodsza siostra zda maturę. Przecież jej będzie ciężko nie mieszkać z tatą.
    Tak więc, pisząc z perspektywy "dziecka" w takim nieprzyjemnym układzie, chciałabym powiedzieć wszystkim matkom, że pozostawianie dzieci w takiej sytuacji wcale nie jest dobrym rozwiązaniem. I doskonale rozumiem to rozdarcie między przekonaniem, że ten agresywny człowiek jest przecież dobry. Bo u mnie jest tak samo. Kocham mojego tatę. Można o nim pogadać na mnóstwo tematów, zwierzyć mu się, spędzić fajnie czas. Pomaga mi w wielu rzeczach. Ale nienawidzę go za to, jak traktuje moją mamę.
    Obserwując tę sytuację od wielu lat doszłam do wniosku, że w związku są rzeczy, które można wybaczyć i każdy problem należy przeanalizować na wiele sposobów. Każdy, oprócz tego. Jeśli ktoś Cię nie szanuje i traktuje jak worek treningowy- skończ to. Tak będzie lepiej dla wszystkich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam podobnie w rodzinie. Ojciec alkoholik i awanturnik. Dzieciństwo pamiętam na dwa sposoby: jako normalne, pełne zabaw z przyjaciółmi i nauką, oraz nieskończące się kłótnie które nie raz się kończyły siniakami na ciele mamy. Większość czasu spędziłam w domu przyjaciółki, bo matka nie chciała bym oglądała ojca w takim stanie (jak był nachlany). Brat też na całe dnie znikal. Chociaż jak tata jeszcze pracował, dało się to znieść. Znowu kłótnia? Chowam się pod Kołdrę i i zatykam uszy. Najgorzej było gdy ojciec odszedł na emeryturę... Pasmo nieszczęść. Matka skończyła raz ze złamanym palcem, raz nogą, i kiedyś o mały włos ojciec nie udusił matki na moich oczach (próbowałam go odciągnąć ale co 13 latka mogłaby zdziałać przeciwko 120kg rozjuszonemu facetowi? Brat byłby w stanie się mu przeciwstawić ale w tamtym okresie rzadko bywał w domu) czy byłyśmy na policji? Owszem, byłyśmy w drodze na komisariat, ale jak mama ochłoneła to zmieniła zdanie. Nie raz się pytałam (jak byłam starsza) czemu tego nie skończy? I zawsze było, że ona nie ma pracy, nie będzie miała jak nas utrzymać, że ojciec nas zabierze itp. Do ojca z wiekiem tracilam szacunek, aż kiedyś i mnie się za to obserwator od niego. Nie zapomnę tego mojego zdziwienia i przerażenia i jego okropnego spojrzenia jak jakiegoś wariata. Najgorsze jest to, że on potrafił być całkiem ok, pod warunkiem że był trzeźwy, a na jego emeryturze zdarzało się to prawie nigdy. Koszmar skończył się kiedy ojciec poważnie zachorował i nie było już szansy na wyleczenie (rak w gardle) . Wtedy spokorniał, był całkowicie od nas zależny. A chorobsko było paskudne. Chciałam żeby od nas odszedł, ale nie poprzez śmierć i nie w taki sposób...czasami myślę czy to miała być kara dla niego? Jak już odszedł, żałoba szybko mnie opuściła szybko. Może źle to zabrzmi ale dłużej cierpiałam po śmierci naszego kota, którego musieliśmy uśpić rok po nim, który też miał raka w gardle i płucach (tata dużo palił i przy okazji nas zatruwał). Czasami myślę jakby się nam życie potoczyło gdyby jednak wzięła ten rozwód. Na pewno byłoby spokojniejsze.

      Usuń
    2. Miałam podobne dzieciństwo, ale nie piszę tu po to, żeby przytaczać swoją historię. Piszesz, że nadal mieszkasz z rodzicami, bo studiujesz w tym samym mieście. Ja długo nie mogłam się wyprowadzić pod przykrywką szukania mieszkania. Z jednej strony bałam się co będzie, gdy się wyprowadzę. Czy nie będę miała poczucia winy kiedy dzień po mojej wyprowadzce stanie się coś czego będę żałować. Z drugiej strony zastnawiałam się ile jeszcze sama wytrzymam, ile zniosę i do jakiego stopnia pogłębi się moja nerwica. Rodzice często mówią dzieciom, żeby się nie wtrącały, myślą, że kiedy one nie są bite, są poza przemocą. Niestety tak nie jest, to zostaje w głowie, sama wiesz... Chcąc nie chcąc jesteśmy współuzależnione w tej sytuacji, jesteśmy jej częścią. Nie jesteśmy w stanie zmienić kogoś na siłę, ale pomyśl proszę o sobie i o tym jak Ty możesz się uchronić przed negatywnymi skutkami. Może dobrze byłoby pogadać z kimś o tym, może rozważyć z psychologiem co sama możesz robić w takich sytuacjach. Może Twoi rodzice nigdy się nie zmienią, może Twoja matka nigdy od niego nie odejdzie, a on dalej będzie się na niej wyżywał. Ale Ty, jeśli będziesz chciała, możesz zmienić swój stan życia. ps. W moim przypadku wszystko znacznie się zmieniło kiedy 1. wysłałam mamę do psychologa (długo to trwało, ale w końcu poszła), 2. wyprowadziłam się. Nie wiem jak będzie w Twoim, ale życzę Ci jak najlepiej! Gdybyś chciała pogadać to napisz pod moją odpowiedzią, jakoś się odnajdziemy ;)

      Usuń
    3. Może którejś z was się przyda ta informacja - dla dzieci alkoholików/ofiar przemocy w rodzinie/etc NFZ zapewnia darmową terapię trwającą około 1,5 roku. To jest terapia osobista, bez grona ludzi, tylko pacjent i terapeuta. Ja miałam szczęście bo udało mi się wejść na miejsce osoby, która zrezygnowała, ale zazwyczaj trzeba czekać długo. Tak czy owak - warto. Niezależnie od tego jaka jest w danej chwili sytuacja, czy wciąż musicie mieszkać z ojcem, czy już dawno macie to za sobą. Przerobienie tego wszystko z obcą osobą która zna się na rzeczy jest bezcenne.
      W międzyczasie warto sięgnąć po książki o współuzależnieniu i chociaż trochę się zorientować co się dzieje w głowie żony i dzieci alkoholika ale nie tylko. Od matki która sama jest współuzależniona też można się współuzależnić, ten mechanizm sięga daleko. Najważniejsze to pozbyć się podejścia "przecież ja to wszystko wiem, mi nie trzeba nic tłumaczyć" - to jest to czym krzywdzimy siebie samych i bardzo ciężko się przez to przebić.

      W moim przypadku było tak:
      Mam jedno dobre wspomnienie z moim ojcem, tak stare że właściwie mogło mi się przyśnić. Potem już kolejne zawsze są związane z przemocą fizyczną i psychiczną, alkoholem i manipulacją. Odkąd pamiętam błagałam mamę o rozwód i wymówki były podobne jak u was. Mam 27 lat, do tej pory się nie rozwiodła, wymówki się przez ten czas nie zmieniły. Chce to zrobić, ale zawsze znajdzie jakieś 'ale'. Odkąd skończyłam 16 lat uciekałam z domu kiedy tylko mogłam, zawsze miałam chłopaka do tego celu (i pakowałam się dzięki temu w koszmarne związki). Mając 22 lata wyjechałam na studia i byłam jeszcze przez pół roku w kontakcie z ojcem i zależna od niego finansowo (tu warto zaznaczyć, że po opłaceniu mieszkania zostawało mi 350 na życie miesięcznie, więc kokosów nie było. Stać go było na więcej, po prostu nie chciał dać.). W końcu po którejś z kolei przepłakanej nocy napisałam do niego list, że zrywam z nim kontakt. Znalazłam od razu pracę i na szczęście nie musiałam przerywać studiów. Miałam więc stabilną sytuację finansową i byłam w stabilnym bezpiecznym związku. I mimo to wciąż coś było nie tak. Nie można się po prostu odciąć od traumy, trzeba ją przerobić. Poszłam po antydepresanty, ale lekarz mnie zaprowadził od razu na terapię. Trwała 1,5 roku i była ciężka. Ojciec próbował się ze mną kontaktować - przepraszał, mówił że kocha, że potrzebuje ode mnie pomocy, że sam nie da rady. Nie odpowiadałam na nic. Na ostatniej sesji terapeutycznej nie miałam już właściwie o czym rozmawiać - wszystko było już poukładane, ciężar się ulotnił, poczucie winy też.
      To było ponad dwa lata temu, w międzyczasie widziałam się z nim 2 razy (nie ze względu na niego, ale na innych członków rodziny którym zależało na spotkaniu ze mną) i za każdym razem pił. Nic się nie zmieniło i się nie zmieni, a mi pozostaje czekać jedynie na rozwód, albo jego śmierć.
      To czego się nauczyłam z wielkim bólem, to że nie jestem w stanie pomóc jemu, ani mojej matce. Wymuszam na niej rozmowy, chociaż wiem, że to dla niej trudne i niewygodne i namawiam na terapię, ale nie mam realnego wpływu na jej życie. Z ojca po prostu zrezygnowałam i nie czuję z tego powodu wyrzutów sumienia. Pomogłam sobie i to była najcięższa rzecz jakiej dokonałam w życiu i jednocześnie najważniejsza.

      Czyli w skrócie - trauma was prędzej czy później dopadnie nawet jak wszystko inne będzie się układać dobrze. Terapia jest za darmo. Zróbcie to dla siebie.

      Usuń
  2. Bardzo przykra historia. Mam nadzieję, że wszystko ułoży się dobrze i w końcu uda Ci się stanąć na nogach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo się cieszę, że napisałaś ten tekst i mam nadzieję że wiele osób go przeczyta. Sama znalazłam sie w sytuacji (nie tak drastycznej), kiedy nie widzialam jak mnie moj partner poniza I terroryzyje emocjonalnie. Dzięki interwencji przyjaciół ocknelam sie I poplakalam nad sobą. Mówią o mnie silna kobieta, feministka, wyzwolona. to wszysyko nic kiedy atakuje cie bliska osoba. Jak kot przestałam widzieć wyraznie kiedy problem był pod wąsami. Zmysły zawiodły.
    Zwiazek sie zakończył, z ulgą. Jako kobiety mamy zmysł opiekunki I nie chcemy zostawiać partnera, który wydaje się, nas potrzebuje. Błąd, to nie nasza broszka, nie kiedy okazuje się emocjonalna pijawką.
    chociaż sokroć łatwiej byłoby stanąć na ringu naprzeciw watahy gladiatorow niż zakwestionować intencje ukochanej osoby.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytajac ten artykul przypomina mi sie jak moj ojciec alkoholik hazardzista uderzyl moja mame akurat jak poszlam z kolezanka do sklepu papierniczego po materialy do plastyki wzial i wykorzystal to ze mnie w domu nie bedzie i ze mama nie bedzie miala swiadka na potwierdzenie, bo on myslal ze wszyscy mnie nastawiaja przeciwko niemu a wcale tak nie bylo tylko sie napatrzylam na awantury i po tym jak drugi raz policja przyszla moja babcia a mama ojca wziela go do siebie zabrala zeby z nami nie mieszkal. A wiele lat po rozwodzie sie mscil, pozew o podzial majatku zlozyl ale udalo sie polubownie zamiast 70 tys zl zaplacic tylko 6 tysiecy, to boli bo nie placil mi cale lata alimentow i dlug na moja rzecz juz okolo 10 tys zl wynosi i zamiadt sie dogadac ze podpisze papierbze przyjal te pieniadze ale jednoczesnie mi splaca nieoplacone alimenty to olal mnie i wzial slub z pijaczka i miesiac pozniej chcial ode mnie pozyczyc 100 zl. Nie mam z nim kontaktu nawet nie chce miec kontaktu z moja babcia bo wiem ze on by probowal zlapac ze mna kontakt i probowac wyludzic jakas kase. A ja ulozylam sobie zycie bez nirgo koncze studia niedlugo biore slub z moim wieloletnim partnerem ktory wiedzial od poczatku jaka mam sytuacje rodzinna i szanuje moj wybor ze nie chce miec nic wspolnego z moim ojcem. Sama przepracowalam ten temat nie musialam isc na szczescie do psychologa moja mama niestety przyplacila to depresja :( ale na szczescie znalazla w sobie ogrom sily bo miala dla kogo zyc czyli mnie i wygrala z depresja w momencie gdy psychiatra chcial jej zwiekszyc dawke antydepresantow, zaczela sobie zmniejszac dawke az do momentu ze nosila w kieszeni jedna tabletke na w razie czego az ktoregos dnia ja wyrzucila i zaczela sie cieszyc zyciem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, współczuję i cieszę się z powrotu mamy do zdrowia, ale jednak jak lekarz każe brać antydepresanty - nawet jeżeli przechodzi - to lepiej nadal je brać.
      Naprawdę, znam niejedną historię o tym, jak ludziom poprawiało się po lekach i twierdzili że już jest okej, że wyszli na prostą i nie potrzebują już nic brać, ale w momencie kiedy je odłożyli po jakimś czasie następował nagły nieprzewidziany zjazd na który byli kompletnie nieprzygotowani. Jedna z tych historii niestety skończyła się tragicznie.
      Nawet ta przysłowiowa pigułka w kieszeni nie jest dobrym rozwiązaniem, bo po prostu nie zauważysz tego momentu kiedy zaczyna się robić źle i jest już za późno. Lekarze nie bez powodu każą brać leki dłużej niż może to wydawać się konieczne.
      Wiadomo, celem terapii jest ostatecznie w końcu odłożenie leków - ale tylko po konsultacji i zaleceniu lekarza.

      Usuń
    2. Z depresją to niestety tak chyba bywa, że nigdy nie wiadomo kiedy się nawróci. Może się bardzo poprawić, można żyć normalnie, nawet odstawić (za zgodą lekarza) leki, ale czasami to wraca. Mam przyjaciółkę, która przez wiele lat chodziła na terapię i brała leki, ale jakiś czas temu (chyba ze dwa lata temu) powiedziała mi, że już wszystko dobrze, zakończyła terapię i nie bierze leków.
      Ostatnio jak się z nią widziałam to powiedziała, że znowu chodzi na terapię i bierze leki - maleńką dawkę, ale jednak. Wg tego, co mówiła, to czasami są takie okresy, że to do niej wraca, że czuje się fatalnie - wtedy znowu wraca do lekarza.

      Usuń
  5. Zerwałam po scenie zazdrości o kupioną szpilkę do włosów i po haśle ,,dopiero od kiedy mam dziewczynę rozumiem że gwałty są złe, nie chciałbym, żeby ktoś inny uprawiał z tobą seks". Przez miesiąc zastanawiam się czy zerwanie to dobry pomysł. Przecież on miał trudne relacje z ojcem, przecież to dobry chłopak o którego się martwię. Wcześniej pół roku ,,sygnałów ostrzegawczych", bezustannych oskarżeń, złości na komentarze kolegów pod moimi postami i rąk pod moją piżamą, kiedy tego nie chciałam.
    Wywinęłam się właściwie bezboleśnie, bardzo szybko. Ale zrozumiałam mechanizm.

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja zerwałem po narastających atakach psychicznych ze strony mojej byłej. Żadnemu z nas nic nie brakowało, chociaż sam mieszkam z mamą i babcią ( i to mój wybór, bo wiem że same sobie poradzą). Ale codziennie słyszałem, że sobie nie radzę, że nie mam super pracy tylko zwykłą, że mam przyjechać, coś jej kupić, coś zrobić, szkoda że nie jestem jak jej były, mógłbym poćwiczyć, i tak dalej. Wpadłem w depresję, na lekach, ale przecież była ze mną to jakoś z tego wyjdziemy. Przeszło, długo po rozstaniu. Albo usprawiedliwienia, że kłótnie są normalne w związku, że to taka forma dbania o drugą osobę. Nie, nie było bicia, to nie jest ten dramat, ale podobny sposób manipulacji, kiedy jesteś zmniejszany wobec samego siebie, twoje własne wartości schodzą na niższy plan, aż orientujesz się, że ta osoba cię zatruwa, bo chce sama czuć się wyżej. Możliwe że ci, którzy biją kobiety, też tak chcą, być wyżej, bo mogą kogoś zniszczyć. A ty sobie dalej tłumaczysz że będzie ok. Ale nie będzie, bo poza przemocą fizyczną jest też psychika, i to od niej zaczyna, żeby druga osoba znalazła się w pułapce którą sama sobie zrobi. Nie piszę tego w formie "a faceci też mają źle" bo nie mają w porównaniu do kobiet. Piszę, że każda forma takiej manipulacji "jesteś zerem beze mnie, do niczego się nie nadajesz itp" jest pierwszym sygnałem. Tylko bardziej subtelnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sytuacja kobiet w Polsce jest beznadziejna. Ale to nie znaczy, że faceci nie mają źle - nie można zapominać o przemocy wobec mężczyzn.
      Po prostu każda przemoc jest zła - bez względu na to kto jest ofiarą.

      Usuń
  7. Jesteś bardzo dzielna. Trzymam kciuki.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zastanawiałem się przez chwilę, czy napisać czy nie, ale postanowiłem, że coś napiszę, gdyż też się chcę podzielić moimi osobistymi dościadczeniami, mimo iż była to przemoc psychiczna. Jestem mężczyzną, ale urodziłem się kobietą.
    W związku z moim byłym, byłem wtedy kiedy jeszcze byłem kobietą i nie wiedziałem jeszcze, że podejmę decyzję o zmianie. Moj chłopak wiedział jednak, że nie czuję się kobieco i mnie akceptował. A przynajmniej wtedy mi się tak wydawało. Pierwszy rok był wspaniały. On się starał, był bardzo uczuciowy i widać było, że mu bardzo na związku zależy i mi też na nim zależało. Ja studiowałem, on był po studiach. Nie miał jednak pracy i bardzo delikatnie próbowałem go zmotywować, by czegoś poszukał, a on zawsze mnie zapewniał, że poszuka i że wie, że musi coś zacząć robić, na co ja przystawałem. Po jakimś czasie związek przeistoczył się w rutynę. On przestał dbać o nas, a ja starałem się mu dogadzać. Zaczął być coraz bardziej zazdrosny o moich przyjaciół, o kogokolwiek z kim się spotykałem, podejrzewał mnie o zdradę, a na tłumaczenie, że to nonsens i pytanie się czy mi ufa odpowiadał: „Ufam, ale nie ufam innym.”
    Zamiast się zbuntować, przystawałem na to. Coraz rzadziej się spotykałem z przyjaciółmi, za każdym razem z tyłu głowy miałem maleńki głosić, że jestem już za długo na zewnątrz i muszę już wracać do chłopaka, bo będzie foch. I zwykle tak się działo. On przestał rozmawiać ze swoimi znajomymi i całą uwagę poświęcał mi. Nie chciał znaleźć pracy, bo tłumaczył, że „nie będzie już miał dla mnie czasu.”, czułem się jak na smyczy, jak w klatce i długo nie potrafiłem się temu przeciwstawić. Żartował sobie ze mnie, narzucał mi wiele rzeczy, mówił, że jestem gorszy w tym czy w tamtym, zmuszał mnie do wielu rzeczy, twierdząc, że on przecież się o mnie troszczy, że mi chce pomóc się doskonalić i przezwyciężać lęki. Przez niego pogorszył mi się mój lęk wysokości do tego stopnia, że dostawałem napadów paniki, pogłębiła się moja depresja. Poniżał i awanturował się ze swoją własną matką, a ja potrafiłem tylko patrzeć z boku i nic nie robić. Przepłakałem wiele dni.
    Pamiętam jak moja mama się mnie zapytała czy jestem szczęśliwy i... nie potrafiłem szczerze odpowiedzieć na to pytanie co było pierwszym sygnałem dla mnie, że coś jest nie tak. Potem nastąpił drugi przełom, jak dostrzegłem, że przysłowiowo zamiatam pod dywan kolejną krzywdę, którą mi zrobił. Zacząłem sobie wyobrażać, jak by wyglądała reszta mojego życia z nim i przeraziłem się. Wyobrażałem sobie potem, że z nim zrywam, co o dziwo nie było dla mnie proste. Przez 1,5 roku przygotowywałem się psychicznie do tego zerwania, byłem u terapeuty, który mi też w tym pomógł, aż w końcu nastąpił taki dzień, w którym powiedziałem dosyć. To była jedna z największych ulg jakie doświadczyłem.
    Później po prawie roku, odezwała się do mnie jego była dziweczyna, która była jego dziewczyną niedługo po mnie. Podzieliła się ze mną, że nie dość, że doświadczyła podobnych rzeczy co ja, to jeszcze zaczął stosować wobec niej przemoc fizyczną.
    Całe szczęście, że udało jej się wyjść z tego związku.

    OdpowiedzUsuń
  9. Smutne, a niestety, z tego co obserwuję, często spotykane - znam sporo dziewczyn, porządnych, z dobrych domów, szanujących się itp., które się związały z tego typu facetami.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jestem młoda. Bardzo młoda, jeszcze wierzę, że na świecie są tylko pojedyncze przypadki głupoty, okrucieństwa, złośliwości, zła. Cały czas żyję w bezpiecznej bańce, że przecież normalni, zdrowi ludzie to większość społeczeństwa. Ale ostatnio coraz częściej trafiam na takie historie- opowieści, przez które spod równego, czystego dywanu wyłazi cała góra bagna i brudu. W tym momencie jestem rozdarta- czy to lepiej, że widzę cały obraz, czy byłabym szczęśliwsza bez tej wiedzy. Jednak po przemyśleniu całej sprawy dochodzę do wniosku, że jestem bardzo wdzięczna tym wszystkim kobietom, które dzielą się trudnymi przeżyciami, bo to uczy mnie, jak różne i poważne są sytuacje w życiu i pokazują, że nie można oceniać. Bardzo dziękuję za ten post, ponieważ wierzę, że jest to nie tylko ważna życiowa lekcja dla mnie, ale także innych dziewczyn. żeby dbały o siebie i swoje siostry.
    Życzę siły, siły, siły. Oraz pozytywnych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  11. Cieszę się, że opublikowałaś ten tekst, choć wolałabym, by nie powstał.

    OdpowiedzUsuń
  12. Jestem w takim małżeństwie, od lat próbuję je zakończyć i nie mogę. W zeszłym roku poznałam chłopaka, który przywrócił mi chęć do życia. Wgl dużo dobrych rzeczy przyniósł tamten rok, kolega z liceum wciągnął mnie w grupę podobnie myślących ludzi (online ale zawsze), zaangażowałam się w działalność społeczną, dwa razy zmieniałam pracę, wróciłam na studia, ale ciągle nie mogę się wyzwolić, bo spodziewam się samych złych rzeczy. Ludzie odczuwają lęk przed zmianą, ja boję się, że cokolwiek zrobię i tak będzie tak samo. Albo gorzej.

    OdpowiedzUsuń
  13. Witam,
    Spotykam w społeczeństwie problem związany z koniecznością bycia w związku.
    Lepszy rydz niż nic.
    Dziewczyny szukają chłopaka, chłopaki szukają dziewczyny.
    Z początku chłopakom chodzi w 99,99% o seks, dziewczynom ... nie wypowiadam się(jestem facetem).
    Obecnie młodzież jest wychowana "szklarniowo", rodzice, nauczyciele, sąsiedzi boją się zwrócić uwagę dziecku gdyż ma ono więcej praw niż rozumu.
    Gdy dochodzi do wieku "pełnoletniości" taka osoba nie jest dojrzała emocjonalnie - dalej żyje w "szklarni".
    Powoduje to, że trafiając na problemy - odreagowuje je na otoczeniu - w tym na partnerach/dzieciach.
    Nie chcę usprawiedliwiać zachowań ludzi - każdy jest odpowiedzialny za swoje czyny.
    Zwracam jedynie uwagę na fakt, że to MY stwarzamy te problemy - wychowując kolejne pokolenia, bezrefleksyjne, bezstresowe, bezdojrzałe.
    Kiedyś nauczyciel, rodzic, policjant(milicjant) miał coś co nazywamy autorytetem.
    Od wielu lat ta rzecz zanika z naszego otoczenia.
    Kto dziś może być takim autorytetem - każdy pewnie ma taką osobę.
    Dla jednych będzie to ich ulubiony aktor, dla innych piosenkarz, polityk, ...
    Nie ma już autorytetów wspólnych dla wszystkich.
    Media, polityka doprowadziły do upodlenia wszystkiego i każdego.
    Teraz nauczyciel jest sługą ucznia, rodzic ma spełniać zachcianki dziecka.
    Jak takie dziecko ma być potem równoprawnym partnerem w związku.
    Owszem, są przypadki, każdy jest indywidualnością, jedyną w swoim rodzaju.
    Lecz wiele osób boi się wejścia w dorosłość.
    Podejmujemy pracę, znajdujemy partnerkę/ra, tworzymy komórkę społeczną - dalej będąc dzieckiem i nie umiejąc znaleźć się w tej rzeczywistości.
    Dalej naszym życiem jest dyskoteka/pub/klub/...
    praca wprowadza zamieszanie, nerwy, stres.
    Jeden się zamyka w sobie, inny wylewa żółć na otoczenia, trzeci wyładowuje się na partnerce/rze.
    Ludzie boją się życia.
    Spotykam się z problemem znalezienia drugiej połówki.
    Pytanie - czy lepiej być z kimś - byle nie być samemu,
    czy też lepiej "poczekać", poszukać, aż trafi się ta jedyna osoba - "przeznaczona" tobie.
    Wiele osób widząc jak znajomi zmieniają stan cywilny - wybiera "kogokolwiek",
    pije - trudno,
    bije - trudno,
    ...
    ale jest... mój...

    pytanie czy naprawdę jest to warte życia z taką osobą.

    PS
    Życie bywa przewrotne, ludzie pod wpływem doświadczeń potrafią się zmienić - bywa, że "cudowne" osoby stają się "okrutne".
    Lecz nie jest to normą, a zdarzeniem wyjątkowym.
    Moim zdaniem lepiej poczekać na "tą jedyną" osobę z którą być powinniśmy, niż łapać kogokolwiek byle nie żyć samotnie.

    Pimpek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ludzie są różni,
      Jedni w stresie wycofują się, inni atakują.
      Gdy dziewczyna idzie z chłopakiem i spotyka agresywnego "dresa" - jest dumna, gdy chłopak powali "dresa" - wszak ma swojego księcia obrońcę...
      z jednej strony nie musi się bać o swoje bezpieczeństwo - przed atakiem "z zewnątrz",
      lecz nie może być pewna bezpieczeństwa "wewnątrz",
      gdy jej książę będzie wkurzony na życie, a nie będzie miał "dresa" pod ręką - oberwie osoba która będzie najbliżej, powód może być dowolny - "zupa za słona", ...
      to i tak będzie tylko wymówka - ważne by miał na kim się wyładować.
      Alkohol, narkotyki, stres - wszystko może być iskrą która wywoła agresję.

      Pimpek

      Usuń
    2. To jest zaleznosc psychiczna, a nie "lepszy wrobel w garsci", to jest wiara "ze sie zzasluzylo", zwlaszcza jesli ma sie na dodatek ciezka depresje...
      Drogi Pimpku, to nie jest takie proste, ludzie nie sa binarni...

      Usuń
    3. Ta zależność z czegoś wynika.
      Z reguły jest to wzorzec wyniesiony z domu rodzinnego.
      Ojciec bił mamę, to jak mąż/partner mnie bije to znaczy ze kocha.
      To jak z alkoholem.
      Pije to bije, lecz gdy nie pije to jest dusza człowiek i kocha nad życie...
      Więc kobieta liczy że swoim zachowaniem zmieni faceta, że on przestanie pić/bić...
      Agresja jako taka też jest tak "usprawiedliwiana".
      Bije bo ... stres w pracy, małe zarobki, stres w domu, zupa za słona, bije bo jest zazdrosny, bije bo kocha...
      Lecz za tym wszystkim jest obawa o samotność.
      Jak mam odejść ... dokąd ... jak sobie poradzę... sama...
      Owszem, zależność psychiczna dokłada swoje "pięć groszy" i pogłębia ten stan bezsilności.

      Pimpek

      Usuń
    4. Jasne, pamietam czasy,kiedy wszyscy byli autorytetami i cieszę,ze juz tego nie ma.I że pierwsza lepsza stara baba /proboszcz/whatever nie ma prawa sie wtrącać.

      Chomik

      Usuń
    5. Zupelnie sie nie zgadzam - w ostatnich latach panuje trend wchodzenia w poważne długotrwałe związki coraz póżniej. W 2016 roku bycie trzydziestolatkiem/latką i singlem/singielką nie jest niczym zdrożnym, jest całkiem normalne. Co więcej ludzie mają tendencję spędzania ze sobą czasu zanim wstąpią w jakiekolwiek unie prawne (takie jak małżeństwo) - większość par mieszka ze sobą, uprawia seks, nawet ma dzieci przed ślubem. Dzięki czemu łatwiej niż kiedykolwiek jest opuścić toksyczne związki, bo jedyną przeszkodą jest nasza psychika. (Oczywiście psychika jest niezwykle silna - jak pokazała autorka posta)
      Kiedyś, w tych "lepszych" czasach większość niezamężnych kobiet po dwudziestce była już traktowana jak stare panny - te to dopiero godziły się na jakikolwiek związek, który się nadarzył. A ponieważ panowały inne normy moralne, wg których rozwód był nie dość, że trudny do osiągnięcia to jeszcze niedopuszczalny społecznie, ludzie tkwili w nieszczęśliwych związkach, do których zmuszeni byli przez rodziców czy swój stan majątkowy. Czytałam zbyt wiele książek o latach 60. w Europie i wiem aż za dobrze, że spoliczkowanie żony w pierwszym tygodniu po ślubie było nie tylko akceptowalne, ale czasami wręcz wymagane - jak inaczej gówniara ma się nauczyć posłuchu wobec świeżo upieczonego męża? I w jaki inny sposób ów mąż ma pokazać, że rządzi w domu?
      Wszyscy plują na "obecne czasy", kiedy nigdy w historii ludzkości sytuacja nie była tak dobra (proszę sobie zerknąć na statystyki - śmiertelność dzieci, średnia długość życia, swoboda wyznania, orientacji seksualnej etc etc). Nie oznacza to, że powinniśmy jako społeczeństwo spocząć na laurach i zadowolić się obecną sytuacją, ale również bez sensu jest wspominać "ongiś", bo nie było ono wcale takie dobre.

      Usuń
    6. Chomiku.
      Nie wiem jak dla Ciebie...
      Dla mnie żadna "stara baba" czy też "proboszcz" nigdy nie byli autorytetami.
      Fakt że byli słuchani, że uznawano ich zdanie za "ostateczne"... nie oznaczał ich wiedzy czy szacunku wobec nich.
      Prędzej strach przed pręgierzem opinii publicznej która wymuszała określone zachowania wobec osób starszych czy też duchownych.
      Lecz nie jest to tożsame z autorytetem.
      Autorytet jest sprawą indywidualną.
      To TY decydujesz kogo uznasz za swojego mentora...osobę z autorytetem...
      Są osoby starsze, czy też będące po święcenia czy to zakonnych czy też kapłańskich które nie narzucają swojego zdania, to ty decydujesz czy uznasz je za warte uwagi...życia zgodnie z dewizą danej osoby.
      Autorytet nie jest absolutem czy też nie jest nieomylny.
      Jest "tylko" człowiekiem.
      Bywa że w jednej sprawie możesz go popierać całym sercem gdy w innej masz totalnie odmienne zdanie - to TWOJE prawo.
      Natomiast życie bez autorytetów/mentora jest trudne gdyż nie mamy punktu odniesienia dla swoich poczynań, dokonań.
      Problemem jest gdy taki autorytet/mentor nie jest "wzorem cnót"... np pijący ojciec bijący żonę i dzieci, o molestowaniu nie wspominając.
      Rodzice jako pierwsi dorośli stają się autorytetami z "drogi"...
      Opiekują się nami, chronią, wpadają wzorce zachowań...
      Przejmujemy od nich wszystko co mówią robią jak się zachowują...
      Dlatego dzieci powielają "błędy" rodziców, uważają że tak musi być.
      Brną w toksyczne związki, nie potrafią, nie chcą z nich wyjść.
      PS.
      Przeczytałem w komentarzach hasło "pochodziła z dobrej rodziny"...
      Co ono oznacza ?
      Że ojciec nie pił całymi dniami ?
      Że matka nie tłusta dzieci kablem od żelazka za każdą drobnostkę ?
      Toksyczne rodziny to "nie tylko" tzw. margines społeczny.
      Ojciec może być szanowanym bankowcem, matka znaną bizneswomen, dzieci prymusami w szkołach a pomimo to wewnątrz takiej rodziny może być więcej "zła" niż w przysłowiowym rynsztoku.
      Wszystko jest względne...
      A my znamy jedynie obraz z zewnątrz...

      Pimpek

      Usuń
  14. Nasza kultura nie przygotowuje młodych ludzi do życia w dorosłym świecie.
    Zarówno jeśli chodzi o wiedzę praktyczną, życie seksualne, jak i o dojrzałość psychiczną.
    Dzieci poznają dzieci na zabawach, podwórkach, szkołach.
    Wiedza o seksie jest ... żałosna - w efekcie dzieci mają dzieci.
    Nie ważne czy dziewczyna zaciąży w wieku lat 15 czy 25.
    Wiek jako liczba nie jest wyznacznikiem dojrzałości.
    Jest ciąża - ma być partner/mąż...
    Tymczasem w głowie dalej motylki i misie...
    młodzież "idzie" w seks uznając to za oznakę dorosłości.
    Robię co chcę bo mogę...
    Tymczasem rachunek przychodzi.
    Później... lub szybciej...
    dziecko, partner/ka, rodzina ...
    znajomi, koledzy, koleżanki - na nich nagle zaczyna brakować czasu.
    za to jest praca za minimalną krajową - bo potrzebny każdy grosz na pieluchy, mieszkanie, ...
    Są nerwy w pracy - że nie jest się docenianym, pomijanym w awansach, podwyżkach, premiach.
    Wracasz do domu, a tam płacz, pretensje żony/męża/partnerki/partnera, że nie ma kasy na to na tamto,... nie mam na myśli wakacji na majorce, ale o podstawowych produktach żywnościowych, ubraniach, lekach...
    że nie pomagasz w domu, że nie pomagasz przy dziecku...
    Gdy w związku są dojrzałe osoby - wszelkie problemy da się rozwiązać.
    Gdy w związku są dzieci - reagują agresją - płaczem, biciem, zaprzeczeniem, idą w używki które pozwolą im zapomnieć o problemach.
    To nie usunie problemów, ale to już nie będą "moje" problemy, tylko drugiej strony...
    Nie usprawiedliwiam agresji w związku.
    Jest złem, które nie powinno mieć miejsca.

    Przepraszam, ze piszę takimi urywkami, po prostu przelewam na net to co w danym momencie myślę.

    Pimpek

    OdpowiedzUsuń
  15. Osobiście uważam, ze zupelnie bez sensu jest bycie z ims dla samego bycia (sprobowalam- to nic nie wrate ;-;0, ale jesli dopadnie sie juz takiego kogos, kto znaczy cos wiecej niz cos to to cos jest czyms i wtedy jest bardzo bardzo fajnie. na sile sie tak nie da niestety...

    Droga autorko bloga!
    Zachwycam sie koncepcja tego miejsca w internetach! koty zyciem <3
    http://oponiew.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  16. Jako DDA i po niedawnym zakończeniu toksycznego związku (8 lat), mogę tylko powiedzieć że rozumiem i współczuję.

    OdpowiedzUsuń
  17. Jesteś żałosną idiotką i zasługujesz na to, co cie spotkało.Tchórz zakochany tchórz i tyle.
    bo może krzywdzę człowieka, który mnie kochał i nie chciał źle - czy Ty masz mózg? Zero honoru.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakże łatwo oceniać innych.
      Możesz powiedzieć jedynie co Ty byś zrobił/ła.
      Nie znasz życia osoby która się wypowiada, jej przeżyć, doświadczeń, ...
      Gdy słyszę tekst "ja to bym tego nie zrobi/ła" - śmieję się, KAŻDY zrobi WSZYSTKO - zależy to tylko od warunków.
      Tak samo wyzywanie innych od idiotów, świadczy jedynie o poziomie dojrzałości osoby piszącej takie komentarze.
      Każdy jest inny, inaczej się zachowuje, inaczej myśli - co nie znaczy, że jest kimś głupszym od nas.
      Dziewczyna nie myśli racjonalnie z powodu uczucia do partnera.
      Czy to mądre ?
      A kogo to obchodzi.
      Liczy się uczucie, a że jest destrukcyjne... takie jest życie...
      Jest masę zachowań o podobnym statusie, choćby znany powszechnie "syndrom sztokholmski".
      Nie twierdzę, że tu nie ma podobnej zależności - wszak z jednej strony jest siła i brutalność, a z drugiej uległość i podległość.

      Pimpek

      Usuń
    2. syndrom sztokholmski jest chyba czymś innym. Moim zdaniem bohaterka tekstu cierpi raczej na wyuczoną bezradność. Chomik może ostro skomentował/a tekst, ale w zasadzie ja też nie rozumiem. Czemu osoba, która nie pochodzi z patologii i ma zdrowe wzorce z domu pozwala i chce ciągnąć związek, w którym jest bita i poniżana.

      rose29

      Usuń
    3. Bo nikt nie ma wpływu na to, kogo kocha.

      Usuń
    4. Znaczy, że nie umiecie czytać ze zrozumieniem, Anonimowi. Autorka tekstu wytłumaczyła tak jasno, że jaśniej chyba nie można - dopóki sam/a nie wpadniesz w taki toksyczny związek, wydaje ci się, że wyście z niego jest łatwe. Trzeba trochę empatii, żeby przynajmniej częściowo zrozumieć jej punkt widzenia. A jak empatii się nie posiada, to zrozumieć rzecz można tylko na własnej skórze...

      Usuń
    5. To urocze jak odmawiasz innym empatii o empatyczny człowieku.Znaczy, anonimie, nie zrozymieliśmy się. Wapółczuję autorce tekstu. Miała traumatyczne przejścia prze jakiegoś ch***. Ale współczucie nie wyklucza tego, że chce się zrozumieć mechanizm wpadania w takie bagno. Z punktu widzenia psychiki. Czemu inteligentny człowiek ze zdrowej rodziny nagle uznaje, że bycie bitym jest normalne, że partner ma prawo bić? Miłością nie da się wyjaśnić wszystkiego, to nie Disney to rzeczywistość.

      Usuń
    6. Anonimowy użytkowniku/użytkowniczko neta. Uważasz, że miłość to racjonalne i w pełni obiektywne uczucie które nie wpływa na to jak widzimy świat, a zwłaszcza osobę wobec której czujemy to uczucie. Miłość to nie herbata czy kawa... nie ważne jaką wypijesz, nie ważne ile jej wypijesz - myślisz i czujesz tak samo. Miłość to takie "głupie" uczucie, które wywraca świat "do góry nogami", jest mówiąc krótko narkotykiem - i tak samo działa. Gdy kogoś kochasz - nie myślisz RACJONALNIE, nie postępujesz obiektywnie - jesteś jak na haju... Twoje wywody pokazują jasno - że nie trafiło ci się jeszcze to uczucie. To smutne. Z drugiej strony "dzięki temu" możesz jasno i obiektywnie komentować rzeczywistość, krytykować poczynania innych osób, być "ponad to"... W sumie nie wiem co gorsze... Być niczym Mędrzec który widzi świat przez "szkiełko i oko", czy też ulec uczuciu które ma za nic naukę czy obiektywizm, zaś może szybko zmienić nas w osobę ślepo zapatrzoną w naszą "drugą połówkę" - kimkolwiek by ona była i jakkolwiek by postępowała.
      Pimpek

      Usuń
    7. wielu bezmyślnie potępiającym w czambuł bohaterki takich historii wyobraża sobie, że ich partnerzy to źli bohaterowie filmów Disneya - którzy witają je na dzień dobry butem w ryj, a potem tylko piorą je dla zabawy pasem głośno się przy tym śmiejąc.
      to nie jest tak, że stosujący przemoc mężczyzna gra w otwarte karty i mówi: "jak mnie wkurwisz to dostaniesz, bo mam cię za nic". to jest trwające latami robienie wody z mózgu poczuciem winy na przemian z obietnicami poprawy sytuacji. taki partner nigdy nie zakomunikuje, że on akceptuje bicie i lżenie partnerki. zawsze będzie szedł w zaparte i tłumaczył godzinami, że to dlatego, że to partnerka zachowuje się źle, że go ignoruje, że o niego nie dba, i będzie ją kusił wizją poprawy, jeżeli "tylko" będzie jeszcze posłuszniejsza, jeszcze uleglejsza, jeszcze bardziej będzie go hołubić. i nagradza - chwilową czułością, randkami, komplementami, prezentami.

      zwykły mechanizm uzależnienia, nagrody i kary. nie żadne tam "zakochanie" - to jest zwykłe pranie mózgu, nie mniejsze niż u alkoholika czy narkomana. dziwi mnie, że nikt jakoś nie mówi: "głupi ten alkoholik, przecież wie, że picie litra wódki dziennie mu szkodzi. dlaczego po prostu nie przestanie?!", a ofiary przemocy są nadal krytykowane.

      Usuń
    8. xslothqueenx (chyba nie zjadłam żadnej literki) dziękuję za zrozumienie o co mi chodziło. Tym wywodem rzuciłaś nieco światła na moje rozumienie problemu. W ogóle chyba za mało mówi się o mechanizmach powstawania takich sytuacji.
      Uważam, że w takich relacjach miłości nie ma, może była na początku. Ja tu jednak widzę chore uzależnienie i sadyzm, a nie zakochanie, które "wywraca świat do góry nogami"

      Usuń
    9. dokładnie. imo dowodem na brak zrozumienia zjawiska jest język używany w dyskusji na temat przemocy domowej... ludzie. kiedy czytam o jakimś "zakochaniu", o "miłości, której się nie wybiera", czy też o "zgadzaniu się na przemoc" czy "tchórzostwie", to widzę, jak błędne jest wyobrażenie ludzi na temat sytuacji w parach, w których jest przemoc.

      powinniśmy postawić sprawę jasno - te kobiety nie "akceptują", nie "zgadzają się" na przemoc. to tak jakby stwierdzić, że alkoholik świadomie chce zrujnować sobie życie. jest wręcz na odwrót - to nie "miłość" czy "strach" trzymają je w tych związkach, lecz nadzieja na to, że będzie jak dawniej, że pomogą (sic!) swojemu "biednemu" partnerowi, którego przecież to one doprowadziły do ostateczności swoim NIEDOPUSZCZALNYM zachowaniem (w końcu on NIGDY by ich nie uderzył, to taki dobry i kochający człowiek) i tylko one mogą te związki naprawić.

      bo serio, dlaczego ludzie piją nałogowo? bo to pozwala im mieć chwilowe poczucie ulgi i kontroli w ich zrujnowanym życiu. łudzą się, że napiją się tylko trochę, żeby pozbyć się złego samopoczucia, objawów abstynencyjnych czy stresu, że tym razem nad sobą zapanują... a jak się kończy - wiadomo. partnerki przemocowych partnerów też chcą zostać z nimi, bo mają nadzieję, że tym razem nad nimi zapanują, że tym razem uda się im postępować tak, by partner "nie był zmuszony" ich bić, by był zadowolony. mechanizm zaprzeczania oczywiście działa na pełnej parze, zasilana pragnieniem, by było "jak dawniej" (bo przeważnie na początku związek był obiecujący) a także zapewnieniami samego partnera, który przeważnie obarcza partnerkę winą za swoje zachowanie.

      mam takie nieśmiałe marzenie, by w przyszłości w dyskusjach o przemocy domowej nie używać słowa "zakochanie", bo nie daję wiary, by ktokolwiek po pięciu latach bycia czyimś podnóżkiem wciąż był w nim zakochany. to jest uzależnienie ze wszystkimi jego cechami - zaprzeczaniem, wstydem, rozpaczliwą huśtawką pomiędzy nadzieją a rozpaczą.

      Usuń
  18. Czytając ten wpis miałam ochotę cię przytulić i powiedzieć, że będzie dobrze. Wiem, ze to nic nie zmienia, a internetom kto by wierzył, ale chciałabym tylko, żeby jakoś było ci lepiej. Trzymaj się!

    To swoją drogą zawsze był jeden z większych strachów dotyczących związków. Że wpadnę w taki i nie będę w stanie wyjść.

    OdpowiedzUsuń
  19. Hm... te dobre wzorce rodzinne są tylko z pozoru dobre, związek z psychopatą ujawnił, ze takie nie były. Czasem to co jest w rodzinie jest zawoalowane, mało widoczne. Wydaje się być wszystko spoko, ale takie naprawdę nie jest. To co zostało opisane jest przykładem osoby bardzo mocno współuzależnionej, a to wynosi się niestety z domu. No i na koniec: ze współuzależnienia się nie wyrasta, współuzależnienie się leczy. Przypomina to proces dojrzewania. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  20. Krzywdzenie i poniżanie innych jest chyba jedną z miar sukcesu. Stale potrzeba monitorować swój szacunek do siebie w relacjach z innymi i jakikolwiek odchył traktować jak czerwony alarm - ktoś bada na ile może sobie pozwolić... Dobrze że poruszasz temat.

    Współczuję terroru...

    OdpowiedzUsuń
  21. Wiecie, to wcale nie jest tak, nie każdy jest taki. Ja ze swoim mężem jestem szczęśliwa. Wiadomo, popełniam błędy i wiem, że ma prawo być na mnie zły. Czasami się zdarza, że sknocę coś naprawdę mocno, choć na początku myślę, że to nic takiego. Nawet się z nim kłócę o to. No i czasem kończy się nie tylko na słowach... Mimo wszystko bardzo się kochamy i nawet tego samego wieczoru się godzimy i razem śpimy. Ja go przepraszam bo wiem, że źle zrobiłam, zwłaszcza kłócąc się o to. Uważam jednak, że jest mężczyzną, z którym chcę spędzić resztę życia. Nawet jeśli czasem mnie uderzy.

    Z drugiej strony myślę, że autorka wpisu specjalnie wyolbrzymiła historię i ją podkoloryzowała. O ile cała nie jest zmyślona na potrzeby wpisu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sadzę, że masz problem. Czasem uderzy? Nikt nie ma prawa uderzać innych. I co to znaczy, że ma prawo? Co bić cię? Karać za to, że czasem źle coś zrobisz? On się nie myli? Kto jemu wymierza karę gdy się pomyli? Radzę przewinąć stronę nieco w górę i z uwagą przeczytać wpis xslothqueenx i pomyśleć

      Usuń
    2. Sama piszesz: "Czasami się zdarza, że sknocę coś naprawdę mocno, choć na początku myślę, że to nic takiego."
      i widzisz, to jest właśnie przemocowy związek, dokładnie to o czym pisze autorka wpisu.
      Zresztą piszesz bardzo ogólnie o jakiejś sytuacji a ja sobie zupełnie nie mogę wyobrazić co to konkretnie może być takiego okropnego, że usprawiedliwia użycie siły?
      Czy dopuszczasz możliwość, że uderza Cię szef? Przyjaciółka? Kolega z pracy? Brat?
      Nie, bo cokolwiek złego by się nie zrobiło (co oczywiście nie zagraża twojemu zdrowiu lub życiu i nie wymaga natychmiastowej interwencji) to jedyną słuszną karą jest konsekwencja:
      - źle wykonałaś obowiązki - nie dostajesz premii, dostajesz naganę/wypowiedzenie
      - olałaś wspólne plany bez ważnego powodu - przepraszasz, może się okazać, że druga osoba nie chce więcej z Tobą nigdzie iść
      - robisz sceny zazdrości po pijaku - być może kolega zasugeruje terapię, nie wyjdzie wiecej z Toba na piwo
      - niechcący zniszczyłaś drogi przedmiot - odkupujesz.

      W żadnej normalnej relacji ludzkiej nie ma miejsca na przemoc. Nie ma i juz.

      Usuń
    3. a czy to nie jest czasem tak, że wprawdzie nie jest idealnie, ale pamiętasz, że kiedyś tak było? twój mąż "ostatnio" miewa "zły humor" lub jest wobec ciebie bardziej krytyczny? nie twierdzi, że to ty zmieniłaś się na gorsze, że ostatnio przestałaś się starać? nie stawia nowych warunków, do których musisz stale się dostosowywać, bo inaczej jest na ciebie zły i oskarża cię o "niestaranie się"?

      poza tym - czy sam robi coś dla ciebie? nie chodzi mi o to, że on np. chodzi na siłownię, bo chce "dla ciebie" dobrze wyglądać, albo kupił ci ostatnio kwiaty czy sukienkę. nie - czy robi rzeczy, których TY od niego wymagasz, o które go prosisz, które nie sprawiają, że to on czuje się lepiej, tylko są skierowane wyłącznie jako przyjacielski gest wobec ciebie?

      jeżeli na co najmniej kilka pierwszych pytań odpowiedziałaś "tak", a na drugie "nie" - powinna zapalić ci się czerwona lampka, bo wiedz, że nie będzie lepiej, niezależnie od tego, jak się postarasz. to twój strach i gotowość na spełnianie każdej zachcianki partnera są celem, nie polepszenie waszej relacji.

      Usuń
  22. "Ludzki umysł jest zadziwiający – wytłumaczy wszystko. Jak alkoholik zawsze znajdzie wyjaśnienie, dlaczego się napił, tak ja tłumaczyłam faceta, który mnie bił. Wrzeszczał. Obrażał. Deptał moją godność i poczucie własnej wartości."

    Każda z nas to rozumie. Nas - kobiet, które choć raz były w toksycznej relacji.
    Jestem w stanie powiedzieć, że rzeczywiście trudno uwolnić się z toksycznego związku, i częściowo rozumiem zachowanie bohaterki, ale tylko na początku. Bo to zawsze jest szok, niedowierzanie. Jak ukochana osoba mogła zrobić nam coś takiego? Szukamy usprawiedliwień, winy w sobie. Nie potrafimy uwierzyć, że jedyną winną osobą jest oprawca. Ale kiedy dochodzi do pobicia, nie ma (nie powinno być) nic, co trzymałoby nas przy tej osobie. Zaraz powiecie: "Wcale nie jest łatwo odejść, chyba nic o tym nie wiesz". Wiem i to bardzo dużo. I zgadzam się, że nie łatwo odejść, ale jest to możliwe. Trzeba tylko chcieć i mieć wsparcie. Bohaterka wpisu to zrobiła - poszła do hotelu. I to mógł być moment przełomowy. Mogła już nigdy nie wrócić do tego toksycznego człowieka, stało się jednak inaczej. Nie oceniam tego, bo wiem, że każda historia i każdy człowiek są inne, chociaż podobne.
    W tym wszystkim pocieszają mnie dwie rzeczy: zrozumiałaś, że traktowanie partnera jest niewłaściwe i odeszłaś od niego. Druga to ostatni paragraf Twojej historii:
    "jeśli w mojej historii rozpoznałaś siebie – proszę, pozwól sobie pomóc. Poszukaj telefonu zaufania, przyjaciółki, psychologa. Nie ma sensu zastanawiać się nad tym, czy kochał czy kłamał – to nie ma żadnego znaczenia. Liczy się to, że podniósł na Ciebie rękę. I to, by już nigdy nie miał szansy tego powtórzyć."

    Trzymam kciuki za każdego, kto właśnie wychodzi z toksycznego związku. Za każdego, kto właśnie zorientował się, że w nim jest. Za każdego, kto chce uciec i modli się, żeby partner go nie gonił. Żeby mógł odejść w spokoju i wrócić do normalnego życia.
    Każdy z nas wie, jak to jest. Życzę każdemu normalnego związku, pełnego szacunku i szczerej miłości.

    OdpowiedzUsuń