Kiciputek: listopada 2016

sobota, 26 listopada 2016

Łatwiej znosić siniaki niż prawdę - anonimowe wyznanie

Poprosiłam Kasię, by opublikowała ten tekst na swoim blogu, ponieważ rozpaczliwie zależy mi na anonimowości. Boję się współczujących spojrzeń, boję się metki ofiary. Wiem, że w teorii to nie ja powinnam się wstydzić… ale niestety reakcje na setki podobnych historii pokazują, że o wiele łatwiej ocenić tego słabszego. A ja nie mam w sobie aż tyle siły, by mierzyć się jeszcze z tym.
Słowem wstępu: opowiadam tę historię, bo mam nadzieję, że zostanie Wam w pamięci przesłanie: nie oceniaj kogoś pochopnie. Bardzo łatwo wydać wyrok z wygodnego fotela, a czasem nawet oczywista sytuacja przestaje być oczywista, kiedy znajdziemy się w jej centrum.
Jestem feministką. Białą kobietą w wieku trzydziestu lat, wykształconą i z wykształconej rodziny, wychowaną w mieście. Nigdy nie byłam bogata, ale też nie mogę powiedzieć, by czegoś potrzebnego mi brakowało. Takie rzeczy jak lodówka, zmywarka, komputer, samochód i telefony komórkowe oraz dwa tygodnie wakacji co roku były oczywistością. Nie miałam każdej zabawki, o jakiej zamarzyłam, a sprzęt trzeba było szanować, ponieważ wiadomo, że kosztuje i nie da się go wymienić z powodu kaprysu – ale i tak jak na polskie warunki żyło mi się komfortowo. Poszłam na studia, które chciałam i nie musiałam dorabiać w knajpie, żeby je ukończyć. Rodzice akceptowali moje wybory. Po studiach znalazłam pracę i stać mnie na wynajem malutkiego mieszkanka. Koleżanki z klasy czasem duszą się w klitkach z trzema – czterema obcymi osobami do wspólnej łazienki, więc nie narzekam na metraż, a cieszę się niezależnością. Jednym słowem: zdecydowanie można powiedzieć, że znajduję się w uprzywilejowanej pozycji. Że jest mi łatwiej niż innym. Jestem oczytana, znam teorie, zabieram głos w dyskusjach – co mogłoby w moim perfekcyjnym życiu pójść nie tak?
Kochałam mężczyznę. Nasz związek trwał latami. Oglądaliśmy filmy, słuchaliśmy muzyki, wychodziliśmy do pubu, kradliśmy czas pracy, by wyskoczyć razem na weekend, smsowaliśmy całymi nocami. Byłam przekonana, że cały świat może mi zazdrościć. Do czasu.
Takie rzeczy nie dzieją się nagle – ot, czasem podniósł głos. Zapominał o wspólnych planach. Coraz częściej i coraz dłużej kazał na siebie czekać, już nawet nie szukał wymówek. Ale przecież cały czas gładził mnie po brzuchu, opowiadając, że nie może się doczekać, kiedy poczuje kopanie  dziecka, bo wie, że byłabym idealną matką. Opowiadał, jak będzie wyglądał nasz wspólny dom. Namawiał mnie do rzucenia pracy, bo przecież jego pensja wystarczy, a będziemy mieli więcej czasu dla siebie. Szeptał do ucha w komunikacji miejskiej albo na imieninach znajomych, a ja rumieniłam się i marzyłam tylko o tym, by znów być sam na sam i zrealizować te szepty jak najszybciej. On już nie szukał wymówek, ale ja miałam zawsze gotowe: pokłócił się z szefem, jego świetny pomysł został odrzucony z powodu układów, musiał zostać po godzinach, żeby naprawić to, co zepsuli inni (i do głowy by mi nie przyszło, że nie zostawał sam, a z koleżanką z pracy), cudem uniknął stłuczki, bo jakiś debil wyprzedzał na trzeciego. On przecież nie chciał na mnie nakrzyczeć, po prostu ma napięte nerwy, bo ciężki czas w pracy, bo jego brat zachował się jak idiota, bo ciąży na nim taka odpowiedzialność. Gdzieś musi odreagować. Przecież summa summarum zawsze później przytulał mnie, całował w kark, otwierał wino. Kochaliśmy się, a on szeptał o dzieciach, które już tak bardzo chciałby tulić i wychowywać.
Dobrych chwil było coraz mniej, a ja koncentrowałam się tylko na tym, by poprawiać mu humor. By w lodówce były jego ulubione przysmaki, by nigdy nie bolała mnie głowa, by nie obciążać go swoimi problemami. A były coraz poważniejsze, bo zaniedbywałam pracę – gdzieś z tyłu głowy przecież tkwiła myśl, że jeśli ją stracę, nie stanie się nic poważnego. Będę miała więcej czasu dla ukochanego mężczyzny. Może nawet podświadomie chciałam nawalać, żeby nie musieć podjąć tej decyzji samodzielnie? W końcu feministyczne idee krzyczały, że powinnam być samodzielna. A że dawno nie poszłam na żaden marsz? No trudno, każdy powinien zrozumieć, że kosztem polityki nie można poświęcać najbliższych.
Kiedy mnie pobił, byłam w szoku. Po raz kolejny olał wspólne plany, nie mówiąc ani słowa. Bez „przepraszam”, bez wyjaśnienia. Suchy komunikat rzucony na ostatnią chwilę, bo przypomniał sobie, że będę przeszkadzała w jego mieszkaniu w czasie spotkania z kumplami. Gdzieś między grochówką a schabowym podawanymi jak w zegarku popłynęły mi łzy. Zaczęłam szlochać. I wtedy zobaczyłam szał w oczach faceta, który – byłam przekonana – kochał mnie całym sercem.
„Co ty sobie myślisz?”, „Kiedy płaczesz, wcale mi się nie podobasz”, „Myślisz, że świat kręci się wokół ciebie?”, „Nie muszę ci się tłumaczyć” – i tym podobne wyrzucane zimnym, nienawistnym tonem huczały mi w głowie. Wyszedł z kuchni, trzaskając drzwiami, ale wrócił po chwili. Ze skórzanym pasem. Złapał mnie za włosy i przydusił do podłogi, okładał i lał. Chciałam błagać, żeby przestał, ale głos wiązł mi w gardle z przerażenia. Zamiast tego wykonywałam polecenia – przepraszałam, prosiłam o wybaczenie, powtarzałam, że oczywiście miał rację. Kiedy ochłonął, nie było już żadnej rozmowy – przecież właśnie ustaliliśmy, że zareagowałam histerycznie na normalną sytuację. Złapałam kurtkę, torebkę i wyszłam. Jedno spojrzenie w wystawową szybę upewniło mnie, że nie mogę iść do koleżanki – musiałabym wyjaśnić nie tylko, czemu zjawiam się nagle i szukam noclegu – a to źle świadczyłoby o moim ukochanym – ale też zapuchnięte oczy, siniaki na twarzy, potargane włosy. Zameldowałam się w pierwszym hotelu, do którego udało mi się dojść, bo nie udało mi się złapać taksówki. Nie zeszłam na kolację. Skuliłam się w łóżku.
I nie, nie podjęłam przełomowej decyzji o swoim życiu. Wyjaśniałam sobie, że zignorowałam, że wrócił do domu zestresowany. Że na pewno wstrząsnęło nim, jak bardzo zapomniał o planach. Że przecież dopiero co nie dostał podwyżki, która wydawała się taka pewna. Że na swój sposób pokazał, jak dba o nasz związek. Że to było z miłości.
Tak, z miłości. Dotykałam puchnących, fioletowych śladów na całym ciele, rozpoznawałam, które z nich pochodzą od pasa, a które od ręki – i wysyłałam smsy, że rozumiem i kocham. Że zasłużyłam, bo zamiast okazać wsparcie, zareagowałam jak dziecko. Że wszystko przemyślałam i postaram się już nigdy nie dać mu powodu do sięgania po takie środki. Wspominałam wszystkie czułe chwile, utwierdzając się w tym, że jestem z mężczyzną, który mnie kocha i to się zdarzyło. Że nie można przekreślić tylu lat z powodu jednej sytuacji. Przecież nie zrobiłby tego bez powodu…
Sama nie wiem, co sprawiło, że w końcu dotarło do mnie, że muszę się ratować. Kolejne siniaki? Zaniepokojeni znajomi, którzy nie rozumieli, dlaczego ich unikam? Propozycja bezpłatnego urlopu z pracy, bo nie wyrabiam z obowiązkami i chyba potrzebuję czasu dla siebie? A może to, że przypadkiem wpadłam na kumpla mojego ukochanego, który patrzył na mnie z wielkim żalem i w końcu wydusił z siebie, że musi mi coś powiedzieć.
Te słowa bolały bardziej niż uderzenie w twarz. To była relacja z przechwałek, jakim to mój ukochany jest macho, że potrafił owinąć sobie niegłupią dziewczynę dookoła małego palca, dzięki czemu zawsze kiedy chce ma posprzątane, ugotowane i przede wszystkim – obciągnięte. Że już nie musi chodzić na kurwy, bo ma to samo na jeden telefon za darmo i bez gumy. Pochwały nie obejmowały bicia… widać było metodą owijania wokół palca. A czym zareagowałam? Zaprzeczeniem.
To na pewno nie tak. Ok, wierzę, że opowiadał kumplom jakieś głupoty, ale to dlatego, że nie mógłby odkryć swojej wrażliwej strony. Tylko ja rozumiem chwile jego słabości, na zewnątrz musi zgrywać twardszego. Udowadniać swoją męskość. Kłamać, konfabulować, ubarwiać.
Powtarzałam to sobie, bo bałam się komukolwiek innemu. Przecież jeśli powiem o siniakach, to ocenią go źle. Jak przypadek z tragicznego reportażu. A przecież każdy człowiek jest inny. On nie przestał być dobry, było mu po prostu ciężko… To tylko chwila, jeszcze będziemy mieć wymarzony dom i dzieci.
Zamknęłam się w domu, szukałam metod, jak zapewnić ukochanego o mojej miłości. O tym, że zawsze będzie miał we mnie wsparcie. Chciałam przepraszać i ratować związek, w którym doświadczyłam tylu pięknych chwil. Brzmi absurdalnie? Dla mnie też. W tej chwili. Wtedy było oczywiste.
Wsparcie rodziny i przyjaciół wygrało. Zaciągnęli mnie na terapię – znów: uprzywilejowana pozycja – było mnie na nią stać. Nie miałam dzieci, na które musiałabym się oglądać. Miałam gdzie mieszkać. Miałam trochę oszczędności i perspektywę, że odzyskam pracę. I dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać, że jestem ofiarą przemocy w rodzinie. I przypomniałam sobie wszystkie pogardliwe teksty w sieci o kobietach, które odchodzą dopiero, kiedy mąż uderzy trzecie dziecko. I właśnie ludziom piszącym te pogardliwe teksty chcę powiedzieć: te kobiety to moje bohaterki.
Mnie nie trzymało nic – mieszkanie, praca, pieniądze, dzieci. Tylko – i aż – moje własne uczucia. Wyparcie. Rozpaczliwe trzymanie się szczęśliwych chwil. Konieczność przyznania sobie, że jestem ofiarą. Że ktoś mnie krzywdzi. Powiedzenie sobie, że poniosłam porażkę – protestowałam nie raz przeciwko przemocy w rodzinie, czytałam statystyki, ale nigdy nie wpadłam na to, że to może to dotyczyć mnie bezpośrednio. Ludzki umysł jest zadziwiający – wytłumaczy wszystko. Jak alkoholik zawsze znajdzie wyjaśnienie, dlaczego się napił, tak ja tłumaczyłam faceta, który mnie bił. Wrzeszczał. Obrażał. Deptał moją godność i poczucie własnej wartości. Im bardziej docierało do mnie, co zaszło, tym bardziej miałam sobie za złe – nienawidziłam własnego ciała, własnych myśli, własnych uczuć. Miesiące zajęło, nim wybaczyłam sobie. Miesiące, kiedy zastanawiałam się, czy podjęłam słuszną decyzję – bo może krzywdzę człowieka, który mnie kochał i nie chciał źle?
I teraz pomyślcie o tych kobietach, które nie mają pracy. Nie mają dokąd pójść. Do których rozmyślań dochodzi „mam odebrać dzieciom ojca?”. O tym, jak rozpaczliwie trudno uwolnić im się z toksycznego związku. O tym, jak wiele wymaga siły, by pewnego dnia spakować plecak i wyjść – na bruk, bez grosza. Zamiast potępiać i oceniać, zastanówcie się, jak im pomóc. Ulżyć. Ukarać winnych. Ja potrafię wczuć się tylko w ułamek ich dramatu, a i tak niemal mnie on przerósł.
Nie stanęłam do końca na nogach. Nie wierzę w pozytywne intencje czy komplementy – wszędzie spodziewam się ataku. Tylko najbliżsi wiedzą, co mnie spotkało naprawdę. Nie wiem, czy bardziej boję się litości, czy mamrotanych za plecami komentarzy: „ma za swoje, po co w tym tkwiła”. Mam sobie za złe, że nie poszłam na policję – ale nie mam żadnych dowodów ani świadków i boję się, że jeśli sprawy by nie umorzono, to mój były zniszczyłby mnie w sądzie. Albo, co gorsza, znów uwierzyłabym w jego miłość.
Najgorsza w przemocy ze strony kogoś bliskiego jest własna podświadomość – która wytłumaczy wszystko. Bo nieskończenie łatwiej znosić siniaki niż prawdę.
A jeśli w mojej historii rozpoznałaś siebie – proszę, pozwól sobie pomóc. Poszukaj telefonu zaufania, przyjaciółki, psychologa. Nie ma sensu zastanawiać się nad tym, czy kochał czy kłamał – to nie ma żadnego znaczenia. Liczy się to, że podniósł na Ciebie rękę. I to, by już nigdy nie miał szansy tego powtórzyć.