Kiciputek: kwietnia 2016

czwartek, 14 kwietnia 2016

Jak nie dać się złapać w pułapkę małżeństwa


Jest kilka takich rzeczy, których nigdy nie zrozumiem. Jedną z nich jest to, co właściwie kieruje odbiorcami gadżetów w stylu koszulek "game over" ze smutnym piktogramem pana młodego przy ołatarzu, albo figurek na torty, w których biedak jest siłą ciągnięty do ślubu za nogę. No po prostu nie rozumiem żartu. Kochani śmieszkujący panowie, mielący w kółko mema o małżeństwie-pułapce, które wysysa z was wolność i radość życia - wiecie, że naprawdę, naprawdę nie musicie się żenić? 

Związany z tym ogon skojarzeń ciągnie się później przez kolejne etapy związku i biorą się z niego dalsze beznadziejne memy w stylu "facet czasem musi odpocząć od rodziny i się wyszaleć", albo że dzielenie obowiązków domowych z żoną to pantoflarstwo, że każdy mężczyzna potrzebuje swojej własnej, nienaruszalnej przestrzeni, tak zwanej "męskiej jaskini".

I znów - nie zrozumcie mnie źle, ja wiem, że w zdrowym związku bardzo ważne jest, żeby mieć czasem czas dla siebie, dla swoich znajomych i swoich pasji. Ale jakoś się w społecznej świadomości utarło, że to raczej facet ma do tej wolnej czasoprzestrzeni prawo. Bo dla kobiety dom, rodzina to naturalne środowisko, w którym czuje się najlepiej. A mężczyzna jest w to środowisko wrzucony jakby na siłę i tylko z poczucia obowiązku.

Ile słyszeliście historii o himalaistkach, które całe życie spędziły na szczytach, poświęcając się pasji, kiedy ich mężowie zostawali wiernie czekając w domu, zajmując się dziećmi? Jak wielu ze znanych wam mężczyzn, otrzymując ofertę wyjazdu na konferencję, zastanawia się w pierwszym odruchu, czy będzie miał z kim zostawić dzieci?

Niestety, jeśli chodzi o życie towarzyskie i zawodowe, to w naszym społeczeństwie ślub stanowi "game over" najczęściej właśnie dla kobiet.

Na koniec taka prywatna anegdotka. Byłam jakiś czas temu w barze ze znajomymi. Przy stoliku obok siedziała dość głośna grupka na oko trzydziestoletnich mężczyzn. Jeden z nich, któremu jakiś czas wcześniej urodził się syn, opowiadał kolegom jak wygląda życie po narodzinach pierwszego dziecka: "Wiecie, jest naprawdę spoko. Nadal mam życie, chodzę do pracy, ze znajomymi na piwko. A mały? No, Asia z nim siedzi cały czas. Naprawdę, jest ok, wcale nie tak źle, jak ludzie straszą. Tylko z seksem chujowo, od porodu w ogóle nie mogę Aśki namówić, nieważne jak próbuję...".


piątek, 1 kwietnia 2016

Nie będę rodzić w Polsce




Miałam ostatnio okazję uczestniczyć w panelu dyskusyjnym "Bezpieczeństwo Kobiet". Razem z resztą prelegentek miałyśmy w pierwszej kolejności opowiedzieć o tym, czego, jako kobiety, boimy się najbardziej; co nam zagraża. Odpowiedziałam pierwszą myślą, która przyszła mi do głowy: że boję się zajść w ciążę. Przynajmniej w tym kraju. Boję się tego już od jakiegoś czasu, szczególnie od pewnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, zgodnie z którym lekarz ma prawo odmówić udzielenia mi pomocy, jeśli uzna, że może to zaszkodzić płodowi. Może po prostu odmówić i patrzeć jak umieram. 

Mniej więcej wtedy postanowiłam, że jeśli kiedyś zajdę w ciążę, wyjadę za granicę. O ile, oczywiście, pozwoli mi na to sytuacja finansowa. Dzisiaj jestem już prawie pewna, że w Polsce rodzić nie będę. Wygląda na to, że nowy projekt obywatelski ustawy zaostrzającej prawo aborcyjne w Polsce zyskał silne poparcie rządu, w związku z czym ma ogromne szanse wejść wkrótce w życie.

Projekt ustawy przewiduje całkowity zakaz aborcji. Również w przypadku ciąży będącej wynikiem gwałtu, kazirodztwa lub czynu zabronionego (gdy w ciążę zachodzi dziewczynka poniżej 15 roku życia). A także w przypadku nieodwracalnego uszkodzenia lub letalnych wad płodu. Co więcej, taka ustawa w praktyce uniemożliwi wykonywanie zabiegów in vitro i badań prenatalnych, a także przewiduje kary dla kobiet, nie tylko za przerwanie ciąży, ale także za "umyślne lub nieumyślne spowodowanie śmierci dziecka poczętego".

W skrócie, prawdopodobnie będzie można niedługo w Polsce karać kobiety więzieniem za poronienie lub urodzenie martwego dziecka. Myślicie, że przesadzam? Poczytajcie jakie konsekwencje przyniosła podobna ustawa w Salwadorze, gdzie kobiety po poronieniach są prewencyjnie aresztowane i często odsiadują kilkudziesięcioletnie wyroki.

Więcej na temat dokładnych zapisów ustawy możecie dowiedzieć się między innymi stąd i stąd.

Nie wiem jak was, ale mnie wizja wprowadzenia tych przepisów w życie autentycznie przeraża. Niech nikt nie mówi mi, że znów angażuję się w niepotrzebne wojenki ideologiczne, które nikogo nie interesują. To są sprawy, które mogą dotyczyć bezpośrednio mnie - mojego zdrowia i życia.

A ponieważ wiem dokładnie, jakie komentarze wywoła podobny wpis, postanowiłam z góry przygotować sobie aborcyjne FAQ, do którego możecie zerknąć, jeśli najdzie was ochota pokłócić się ze mną o moje moralne prawo do przerywania ciąży. Będzie zawierać wszystkie argumenty, z którymi miałam okazję się mierzyć podczas wszystkich dyskusji o aborcji, które zdarzało mi się prowadzić:

1. "Płód jest człowiekiem, dzieckiem poczętym jego prawo do życia jest nienaruszalne."


Płód jest płodem. Oczywiście, dla oczekującej radośnie przyszłej mamy może być dzieckiem poczętym, fasolką, bobaskiem, największym szczęściem. Ale to nie powód, by podobne określenia wprowadzać do terminologii prawnej lub medycznej. Komórka jajowa to komórka jajowa, blastula jest blastulą, płód płodem. 

W takim razie kiedy zachodzi magiczna przemiana w człowieka? Nie ma takiego momentu. Bo to jest proces, a nie magiczna przemiana. Proces jest płynny i nie da się wskazać konkretnego momentu zyskania człowieczeństwa. Ustanawiając prawo możemy wziąć pod uwagę kilka istotnych czynników - jak moment rozwinięcia się kory mózgowej i połączeń nerwowych lub zdolność do samodzielnego przetrwania poza organizmem matki. Nie znaczy to jednak, że którykolwiek z tych momentów uznaje się za decydujący o człowieczeństwie.

Można też arbitralnie uznać, że człowiek zaczyna się w momencie połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej. Bo tak. Ale nie można oczekiwać, że wszyscy dostosują się do tego subiektywnego stwierdzenia. 

2. "Może płód nie jest człowiekiem, ale nim będzie, więc na jedno wychodzi." 


Zgodnie z takim rozumowaniem, plemnik też może zostać człowiekiem, a jednak nie postulujemy kary więzienia za onanizm.

3. "Sam plemnik nie może stać się człowiekiem, a zapłodniona komórka tak."


Zapłodniona komórka bez odpowiednich warunków też nie może przekształcić się w człowieka. Co więcej, nawet w odpowiednich warunkach, w jednym na sześć potwierdzonych przypadków ciąży dochodzi do samoistnego poronienia w pierwszym trymestrze. Jeżeli wziąć pod uwagę przypadki, w których kobieta nie wie o ciąży, można mówić o 40 do 60% przypadków, w których dochodzi do spontanicznego poronienia.

W odpowiednich warunkach (zagnieżdżenie się w ściance macicy, zdrowa, donoszona ciąża) zapłodniona komórka może stać się człowiekiem. W odpowiednich warunkach (dostęp do komórki jajowej) plemnik też ma szansę stać się kiedyś człowiekiem. To jak z tym zakazem?

4. "Zapłodniona komórka ma swoje unikalne DNA".


Tak jak paprotka. Jaki to ma wpływ na cokolwiek?

5. "A gdyby ciebie matka usunęła?"


To nigdy bym nie zaistniała, więc nie byłoby żadnego poczucia straty. Przywiązać się do swojego istnienia i bać o nie można tylko wtedy, kiedy już się zaistnieje.

Równie dobrze możecie pytać mnie, co bym zrobiła, gdyby moi rodzice nigdy się nie spotkali. Nic, bo by mnie nie było. W czym problem? Czy mam już w tej chwili iść i zachodzić w ciążę, bo to jajeczko, które wyrzucę później do kosza, nigdy nie będzie miało szansy zyskać świadomości?

6. "Przecież można oddać do adopcji, w czym problem?"


W dziewięciu miesiącach ciąży i porodzie. Wiele osób (zwykle tych, których rola w powstaniu dziecka ogranicza się do jego spłodzenia) zdaje się zapominać o tych drobnych szczegółach. A ciąża i poród to wcale nie jest takie hop-siup jak się niektórym wydaje. Kobiety wciąż umierają przy porodach. Ciąża wiąże się z wieloma konswekwencjami zdrowotnymi, o których się na codzień nie mówi, a które często zostają na całe życie. 

7. "Kobiety usuwają ciążę dla własnej wygody."


Jak już wspomniałam, ciąża, poród i wszystko, co nadchodzi potem to nie jest kwestia "wygody". To  wszystko ma ogromny wpływ na życie i zdrowie kobiety. 

8. "To nie lepiej się zabezpieczyć?"


Oczywiście. Aborcja jest rozwiązaniem właśnie wtedy, kiedy antykoncepcja zawiodła lub z jakiegoś powodu nie została zastosowana. To nie jest tak, że kobiety nie stosują antykoncepcji myśląc sobie "oj tam, najwyżej usunę!".

Nieograniczony dostęp do antykoncepcji jest bardzo ważny i potrzebny, ale to nie znaczy, że aborcja powinna być zakazana. 

9. "To trzeba było się nie puszczać. Nie wiedziała, skąd się dzieci biorą? Trzeba ponosić konsekwencje swoich działań."


Więc będziemy karać kobiety za seks każąc im rodzić niechciane dzieci? Doskonały pomysł. Rozumiem, że jak chodząc po górach złamiesz rękę, to lekarz powinien po prostu spytać, po co tam łaziłeś i nie udzielić ci pomocy? 

10. "Dlaczego życie kobiety ma być ważniejsze od życia nienarodzonego dziecka?"


Kobieta ma świadomość. Czuje strach i ból. Płód na etapie rozwoju, w którym dozwolona jest aborcja, nie odczuwa niczego. Jego świadomość nie zaistniała, nie ma poczucia straty. 


11. "Osoba w śpiączce też nie ma świadomości i nie odczuwa bólu. Też można ją zabić?"


Osobie w śpiączce do przeżycia nie jest potrzebny organizm kobiety. Gdyby był, nie można by przecież zmusić prawnie kobiety do ratowania takiej osoby własnym zdrowiem lub życiem. Poza tym, taka osoba już zaistniała, wykształciła jakąś osobowość, ma wspomnienia i więzi społeczne. 


***

Na razie to chyba tyle. Jak wpadniecie na coś nowego, to dopiszę. Może komuś pomogłam w jakimś małym procencie wyrobić sobie spojrzenie na którąś kwestię. Jednak nie mam złudzeń, że wpisem na blogu jestem w stanie realnie zmienić klimat polityczny w naszym kraju.

 I gdzieś tam z tyłu głowy powoli, półświadomie pakuję walizki.