Kiciputek: września 2015

poniedziałek, 21 września 2015

Internet nie leczy



Czy znacie takie osoby, które za nic w świecie nie pójdą do lekarza, bo "jeszcze coś wykryje i będzie kłopot"? Spokojnie, dzisiaj nie chcę nikogo wyśmiewać. Nie ma nic dziwnego w tym, że ludzie często podchodzą do swojego zdrowia w sposób emocjonalny, a wiadomo, że emocje nie zawsze chcą się dogadywać z racjonalnym myśleniem. 

Dlatego dzisiaj spróbuję odstawić emocje na bok i poprodukować się trochę o zagrożeniach związanych z próbami leczenia się przez internet. Oczywiście nie chcę tu wpadać w ton cyber-paniki typowy dla pokolenia baby boomersów. Nie będę pisać o tym, że internet i smartfony zmieniły nas w bezmyślne i leniwe zombie. Internet to wspaniałe narzędzie, które ułatwia nam życie na milion sposobów. Niestety, jeżeli chodzi o usługi medyczne czy diagnozę wciąż nie jest w stanie zastąpić kontaktu ze specjalistą. Przede wszystkim dlatego, że - no cóż - pełno w nim ludzi, którzy niekoniecznie wiedzą o czym mówią. Wyłowienie z tego oceanu śmiecia informacji faktycznie użytecznych może graniczyć z cudem. A właściwe ich zinterpretowanie już raczej przerasta możliwości laika. 

Myślicie, że tłukę wam do głowy oczywistości? Może tak, ale według statystyk Scanmedu, 9 na 10 Polaków szuka w internecie informacji na temat zdrowia. Połowa Polaków robi to częściej niż raz w miesiącu. 35% internautów szuka tych informacji na forach ogólnotematycznych, na których, jak wiadomo, wypowiadają się najczęściej ludzie o medycynie niemający zielonego pojęcia. I aż 50% deklaruje, że leczyło siebie lub bliskich metodami znalezionymi w internecie! Na wizytę u specjalisty po wykryciu niepokojących objawów decyduje się tylko... 34% badanych. 

Dość niepokojące dane. Dlatego dałam się namówić na mały test, żeby zweryfikować jakość medycznej auto-diagnozy w internecie. Zadanie przedstawia się tak:

"Zdiagnozuj się na podstawie poniższego opisu dolegliwości i informacji znalezionych w sieci. Pamiętaj, aby uwzględnić w diagnozie swój styl życia, wiek i płeć.

Jest połowa września. Wstajesz rano, jest 8:00. Czujesz się lekko osłabiony i zmęczony, chociaż w nocy spałeś dobrze i położyłeś się spać przed północą. Dzień zaczynasz od mocnej kawy i to stawia Cię na nogi, jednak po chwili czujesz lekkie palenie w przełyku.

Podczas porannego prysznica zauważasz na lewym boku swędzącą, czerwoną wysypkę w postaci sporych czerwonych plamek. Swędzenie nie mija w ciągu dnia, ani po kilku dniach. Po około tygodniu zaczynasz czuć lekki ból stawów podczas porannego wstawania. "


W pierwszej kolejności postanowiłam skorzystać ze stron oferujących profesjonalną, automatyczną diagnozę na podstawie krótkiego testu. Podałam w nim swój wiek, wagę i płeć, a później po kolei odpowiadałam na pytania dotyczące występujących u mnie objawów. Niestety, algorytmy programu okazały się wyjątkowo marne - internetowy "lekarz" potraktował każdy z moich objawów osobno i zdiagnozował u mnie niezależnie zapalenie gardła oraz liszaja. 

Podczas drugiego podejścia postanowiłam więc wykonać mały research na własną rękę. Wujek googiel skojarzył od razu moje objawy z półpaścem i przekierował mnie na różne fora ogólnotematyczne, na których inni użytkownicy zwierzali się z podobnych problemów. Zamiast konkretnych wskazówek diagnostycznych większość odpowiedzi zawierała wpisy ludzi o zupełnie innych objawach, którzy po prostu chcieli się wygadać na temat własnych problemów zdrowotnych. Przygnębiające, ale niezbyt pomocne.

Trzecim rzutem trafiłam na bardzo podejrzaną stronę na temat tak zwanej "medycyny alternatywnej" (czyli po prostu takiej, która nie daje żadnych sprawdzalnych naukowo efektów). Dowiedziałam się z niej, że zgodnie z moimi objawami niechybnie zarażona jestem pasożytem. Nawet nie zdążyłam się przestraszyć, bo szybki zerk na tabelkę objawów uświadomił mi, że według autorów strony pasożytem można wyjaśnić właściwie wszystko, od nieświeżego oddechu po raka. 

Podsumujmy: na czym stoję? Może mam zapalenie, może liszaja, może półpaśca. Prawdopodobnie to trzecie. Rewelacje o pasożytach pozwolę sobie zbyć milczeniem. Co mogę z tym zrobić? Internauci proponują mi... zioła i homeopatię. Niby nic takiego, co jest złego w ziółkach i wodzie z cukrem? Może nie zaszkodzą, ale jeżeli zastąpią wizytę u specjalisty, może się to skończyć nieciekawie. Żeby dotrzeć do faktów skonsultowałam się z prawdziwym lekarzem - okazuje się, że niektóre postacie półpaśca nieleczone mogą prowadzić do upośledzenia widzenia. 

Nie wiem jak wy, ale ja jestem już pewna : gdyby to nie był test, tylko życie - po prostu poszłabym do lekarza. 

Zerknijcie zresztą na oficjalny spot kampanii - miałam w niego swój skromny wkład graficzny i nie tylko. 





poniedziałek, 14 września 2015

Instruktorzy życia i architekci sukcesu


Hej, poznęcamy się dzisiaj trochę nad zjawiskiem life coachingu, co wy na to? Nie wiem jak was, ale mnie straszliwie bawi idea kogoś, kto uczy ludzi osiągania sukcesu na podstawie własnych sukcesów, które odniósł w uczeniu ludzi sukcesu. 

Zanim pojawił się coaching (przynajmniej w mojej świadomości), jego zalążki funkcjonowały już w szemranym biznesie MLM (mulit-level marketing). MLM to inaczej pospolita piramida finansowa - chociaż zaangażowani będą zarzekali się, że to wcale nie jest piramida, tylko drzewko.

Biznes tego typu nie utrzymuje się ze sprzedaży produktów, chociaż znów - będą cię przekonywać, że tak jest. W rzeczywistości jedynym sposobem na zysk jest wciągnięcie jak największej ilości ludzi "pod siebie" (a raczej nad siebie, w końcu to drzewko). Dlatego realnie zarabiają tylko ci, którzy dołączyli najwcześniej. Cała reszta mamiona jest obietnicą fortuny czekającej już, tutaj, za rogiem, za chwilkę. Wystarczy, że wykupią pakiet produktów premium (można kupić podstawowy, ale daj spokój, nikt cię wtedy nie uzna za poważnego biznesmena). Na specjalnych szkoleniach firmowych poznają superfajnych ludzi jeżdżących firmowymi mercedesami, obejrzą filmy z superfajnych wycieczek firmowych w Tunezji. Zostaną przekonani, że to wszystko już za chwilę będzie w zasięgu ich ręki, wystarczy, że jeszcze trochę ciężej popracują i jeszcze więcej ludzi wciągną na finansowe drzewko. Po trzech miesiącach dostaną dziesięć złotych wypłaty, rachunek na dwieście za zakupione produkty premium (którymi teraz mają obłożone całe mieszkanie) i nadal większość z nich z całkowitym przekonaniem zapewni cię, że wielka fortuna wciąż czeka na nich za rogiem - po prostu nie pracowali na nią wystarczająco ciężko. 

Takie przekonanie, według którego każdy student-gołodupiec jest już Kulczykiem in spe, wyrosła na naszych oczach w odrębną filozofię życia, której uczą nas tak zwani life coache. 

Co mnie wyjątkowo odrzuca w ludziach dzielących to przekonanie, to idea robienia biznesu dla samego biznesu i mnożenia pieniędzy dla samego mnożenia pieniędzy. Nie zrozumcie mnie źle - pieniądze są spoko i wszyscy ich potrzebujemy. Ale mam jakąś wrodzoną nieufność do ludzi, dla których kasa nie jest środkiem, tylko celem. 

Wspomniana filozofia opiera się w zasadzie na jednym - jeżeli jesteś biedny, to jest twoja wina, bo po prostu za mało chcesz być bogaty. Cała reszta to motywacyjna mowa-trawa, pusty bullshit, który zawstydziłby nawet Paula Coehlo, czy Jasona Hunta. Taki jak tu: 


Albo tutaj: 

Paweł Kielak zapytany o to, co zadziwia go w mężczyznach...Odpowiedział!!!
Bo jesteśmy gotowi dać WSZYSTKO...nie mając NICZEGO!
Nie dając NICZEGO...oczekujemy WSZYSTKIEGO!
Nie WIEMY czego CHCEMY
WIEMY czego Nie CHCEMY
MAMY to czego Nie CHCEMY
CHCEMY to czego Nie MAMY!
Żyjemy w pewnym ciągłym PARADOKSIE ISTNIENIA, nawet nie zdając sobie z tego sprawy!
W poszukiwaniu KOBIETY!
SZUKAMY nie wiedząc CZEGO CHCEMY?!...To Nie ZNAJDUJEMY!
Nie wiedząc CZEGO CHCEMY, Przestajemy SZUKAĆ....A właśnie wtedy DOSTAJEMY to czego, nie wiemy CZY CHCEMY!
MAJĄC to co DOSTALIŚMY nie WIEDZĄC czy właśnie to jest tym CZEGO CHCEMY...SZUKAMY dalej WCIĄŻ nie zadając sobie pytania KIM JEST TA JEDYNA, której CHCEMY!
Staramy się PRZED i NA starcie!
Przestajemy W TRAKCIE!
Rozumiemy PO fakcie, gdy jest już ZA PÓŹNO!
ZA WCZEŚNIE...nie DOCENIAMY, tego co MAMY
Rozumiejąc to, że DOCENIAMY, gdy już nie MAMY Emotikon frown
Często!
Tak jak dajemy KWITNĄĆ, dajemy również USYCHAĆ...
Tak jak dajemy MIŁOŚĆ, dajemy również NIENAWIŚĆ...
Tak jak szybko potrafimy się ZŁĄCZYĆ, tak również się ROZDZIELIĆ...
Rodzimy się w ZALEŻNOŚCI!
żyjąc w NIEŚWIADOMOŚCI!
że dążymy do WSPÓŁZALEŻNOŚCI!
pozostając w ślepej chęci NIEZALEŻNOŚCI!
umrzemy w SAMOTNOŚCI!!!
Żyjemy, żeby NIE ponieść PORAŻKI...
Ponosimy PORAŻKĘ...za Życia!!! tak naprawdę NIE ŻYJĄC PEŁNIĄ ŻYCIA z tą jedyną właśnie we współzależności 

Poruszające, prawda? Jak poezja naskrobna na marginesie zeszytu egzaltowanego gimnazjalisty. 

Znam takich ludzi "nastawionych na sukces", takich właśnie wspomnianych Kulczyków in spe. I wiecie co? Większość z nich to bezrobotni lub studenci na śmieciówkach, bez pieniędzy i bez osiągnięć. Ludzie, którzy dali sobie wmówić, że nie ma sensu walczyć o godne traktowanie, bo już za chwilę staną się miliarderami i żaden z obecnych problemów nie będzie ich dotyczyć. Że dzieli ich od tej przyszłości tylko jeden startup, jeden zmyślny przekręt (bo przecież nie ciężka i uczciwa praca - ona jest dla frajerów na etacie). 

Znam też ludzi, których życie obrodziło w prawdziwe sukcesy. I z obserwacji tych ludzi mogę wymienić wam pewne składniki sukcesu:

- dużo szczęścia
- dużo ciężkiej, ciężkiej pracy

a najczęściej:

- kombinacja tych obu. 

To pewne, że ciężka praca przybliża wymarzony cel. Ale jest też bardziej niż pewne, że można pracować ciężko i mimo tego ponieść porażkę. Życie takie po prostu jest, niestety i musimy radzić sobie z tą świadomością. Słusznie pisał w swoim felietonie Wojciech Orliński, że szkodliwe jest programowanie ludzi już od dziecka na wielki i spektakularny sukces. Większość z nas nic w życiu spektakularnego nie zrobi i nie ma w tym nic złego. Źródła satysfakcji z życia są dużo bardziej zróżnicowane. 

Ja, na przykład, uważam się za osobę względnie szczęśliwą, mam jakieś relatywnie niezłe osiągnięcia. I chociaż faktycznie dużo pracuję, to byłabym głupia i zarozumiała twierdząc, że niczego nie zawdzięczam po prostu szczęściu. Miałam dobry start w życie, świetne warunki do nauki, wspierających bliskich, dobre zdrowie - jako jedna z niewielu znanych mi osób z mojego pokolenia uniknęłam depresji, nerwicy, przewlekłych chorób czy osobistych tragedii. Tylko dzięki tym czynnikom miałam czas i możliwości, które odpowiednio wykorzystałam. 

A i tak zdaję sobie sprawę, że to wcale nie jest najlepsze, co można zrobić ze swoim życiem. W czasie, kiedy ja pracowałam nad swoimi umiejętnościami, inni podróżowali autostopem po świecie, czytali mnóstwo wartościowych książek, zakładali rodziny, uczyli się, zarabiali na życie. 

To wszystko są wartościowe sposoby na wypełnienie czymś tej krótkiej wycieczki pomiędzy jedną a drugą nicością.



PS: Polecam ciekawy profil na ten temat.