Kiciputek: lipca 2015

czwartek, 16 lipca 2015

Ratujmy kobiety, nie cycki




Od dłuższego czasu krąży po sieci taki rysunek, którego nie będę tu przeklejać, bo mam szczerą nadzieję, że przepadnie w końcu w odmętach internetu. Rysunek przedstawia dwie nagie dziewczyny w towarzystwie obślinionych z podniecenia chłopaków i hasło: "Kobieto, zbadaj cycki! Cycki są fajne!". Niby ok. Cycki trzeba badać. Ale czy trzeba mi przedstawiać wizję obślinionego na ich widok faceta, żeby mnie do tego przekonać? Czy naprawdę o to chodzi w profilaktyce raka piersi? Nie zrozumcie mnie źle - wiem, że piersi są atrakcyjne seksualnie dla większości facetów i nie mam z tym problemu. Nie ma też nic złego w chęci podobania się mężczyznom. Ale proszę, ludzie, może nie mieszajmy seksualności do tematu raka piersi? Tutaj chodzi o ludzkie życie. Nie skupiajmy się na ratowaniu "fajnych cycków", tylko na ratowaniu kobiet. A co, jeśli po przeprowadzeniu badań niezbędna okaże się mastektomia? Czy ktoś pomyślał, jak czują się kobiety po mastektomii trafiając w sieci na taki durny obrazek? Takie memy mają wpływ na to, jak ludzie postrzegają operacje usunięcia piersi, a jeśli myślicie, że przesadzam, to przypomnijcie sobie falę hejtu na Angelinę Jolie, po tym, jak przyznała, że poddała się zabiegowi.



Kolejny przykład. Znacie SA Wardęge? To ten popularny koleżka z youtube'a, od tych śmiesznych - he, he - filmików z psem pająkiem. Szczerze mówiąc nigdy nie lubiłam "pranków" polegających na straszeniu/zaskakiwaniu nieświadomych przechodniów i mam tylko nadzieję, że są to podstawieni statyści, albo że jeden z "nabranych" kiedyś w końcu odprocesuje któremuś takiemu cwaniaczkowi dupę. Ale to jeszcze nie jest najgorsze, bo w jednym ze swoich wczesnych filmików pan Wardęga przeszedł samego siebie i wymyślił, że bardzo śmiesznym dowcipem będzie łapanie obcych dziewczyn za piersi bez pytania. Creepy? Ależ skąd! Wszystko przecież w ironicznym kostiumie Boobsmana i w szlachetnym celu - szerzenia świadomości na temat profilaktyki raka piersi. 

Aha.

Mam do was prośbę, nie szukajcie tego filmu, jeśli jeszcze go nie znacie. Nie oglądajcie go i nie nabijajcie odsłon. Jeśli chodzi o reakcje dziewczyn złapanych znienacka za cycki - większość jest wyraźnie zaskoczona i zmieszana. Chyba tylko jedna broni się uderzeniem Wardęgi w twarz, jednak większość reaguje nerwowym chichotem. I to jest główny argument obrońców tego filmiku: "No przecież dziewczyny się dobrze bawią, nikt nie ma nikomu za złe, to w czym jest problem? Przecież same się śmieją!". Ale wiecie co? Sama nie wiem, czy nie zareagowałabym w takiej sytuacji podobnie. Bo zaskoczenie, bo nerwy, bo kamera, bo cały youtube pomyśli, że jestem sztywniarą bez dystansu do siebie. Nie wiem, w jaki sposób próbowałabym wybrnąć z takiej żenującej sytuacji. A nawet jeśli dziewczynom pokazanym akurat w filmie faktycznie się podobało - to co z tego? Czy w takim razie akceptujemy teraz łapanie obcych kobiet za biust bez pytania? Czy wystarczy wspomnieć coś przy okazji o raku piersi lub głodzie w Etiopii i możemy sobie pomacać każdego przechodnia?

Jeszcze jedna sprawa - jednym z ważnych czynników ryzyka w przypadku raka piersi jest wiek. Gwałtowny wzrost zachorowań obserwuje się po trzydziestym piątym roku życia (czy któraś z dziewczyn była w ogóle po trzydziestce? raczej nie), ale i tak liczba zachorowań jest stosunkowo rzadka przed okresem przekwitania. Co znaczy, że najbardziej zagrożone są kobiety po pięćdziesiątce. Czy szlachetny Boobsman wziął to pod uwagę? Czy łapał znienacka za piersi starsze panie, nakłaniając je do profilaktyki? Nie. Bo przecież nie ma żadnych złudzeń, że nie chodzi wcale o walkę z rakiem piersi, tylko o nabijanie odsłon na youtube'ie molestowaniem młodych dziewczyn w przestrzeni publicznej. Nie ma więc po co ukrywać, że pan Wardęga to po prostu pospolity creepster, któremu wydaje się, że może obmacywać kobiety bez pytania, bo ma kamerę, głupi kostium i naciąganą wymówkę. 

To samo dotyczy wspominanego wcześniej rysunku. Czy obwisłe, pomarszczone piersi staruszki, do których nikt się nie ślini, warto badać? Czy skoro nie są "fajne" to już nie ma sensu? 

Wiem, że wielu komentujących pod tym tekstem będzie próbowało tłuc chochoły w stylu "feministki chcą, żeby kobiety chorowały na raka w imię walki z seksizmem". Albo "co z tego, że seksizm, skoro działa". Otóż problem w tym, że nie działa.  Wierzę, że da się stworzyć mocną kampanię profilaktyki raka piersi bez seksualnych skojarzeń, a tym bardziej - bez poniżania kobiet. Akcje w takim wydaniu są po prostu szkodliwe i wstrętne. 


PS: Żeby uniknąć nieporozumień, zaznaczę, że omawiany na początku rysunek nie jest autorstwa Roberta Adlera (twórcy boli.blog), tylko Agi Robakowskiej, która najwyraźniej tak dobrze "wstrzeliła się" w jego stylistykę, że ciągle jest z nim mylona. Ja nia miałam problemu z odróżnieniem jej kreski od kreski Adlera, ale w sieci ktoś ciągle przypisuje temu durnemu obrazkowi źródło "boli.blog" więc wolałam rozwiać wątpliwości.

PS2: Krótki research uświadomił mi, że Aga Robakowska stworzyła także nagłówek dla strony placówki wykonującej usg piersi. Nagłówek przedstawia lekarza goniącego dziwnie wykręconą półnagą kobietę. Wygląda tak. Proszę państwa, właśnie zabrakło mi słów. Odnotujcie ten dzień. 

niedziela, 12 lipca 2015

Specyfika pracy rysownika

Jestem świeżo po korekcie laserowej prawego oka. Gojenie przebiega w miarę szybko i sprawnie, ale jeszcze przez kilka dni rysowanie cyfrowe będzie dla mnie nieco zbyt upierdliwe. Wyjątkowo podzielę się więc swoimi przemyśleniami w formie pisemnej (jak zwierzę!).

Zanim przejdę do rzeczy, muszę zaznaczyć, że kiedy ludzie pytają mnie, jak zostać zawodowym rysownikiem, zawsze odpowiadam: rysować, rysować, rysować, rysować. Dużo rysować. Tego się po prostu nie da inaczej zrobić. Nie ma żadnych sztuczek, a jeśli są - to marne. Trzeba przełamać pokusę prokrastynacji i perfekcjonizm. Wielu ludziom się wydaje, że perfekcjonizm tak naprawdę jest czymś fajnym, ale nie jest. Kompletnie sabotuje pracę rysownika, zwłaszcza na wczesnym etapie. Na wielu poziomach bycie wprawnym artystą polega na dokańczaniu prac i projektów, które zdążyło się szczerze znienawidzić i na unikaniu pętli wiecznych poprawek i szlifów.

Praca rysownika jest generalnie dość ciężka, często żmudna i raczej słabo płatna. Plusem jest możliwość załapania się na trochę chwały i uznania, jeżeli jesteście dobrzy i akurat was to kręci. Ale ogółem to raczej ciężka praca i każdemu polecałabym zastanowić się dwa razy przed wybraniem takiej ścieżki kariery. Jest to branża, w której ciężko o etat, a bycie prekariuszem (czy też freelancerem, jak ktoś woli) wiąże się z oczywistymi upierdliwościami. Brak urlopów i zabezpieczeń socjalnych, nieregulowany czas pracy i całkowity brak możliwości zaplanowania przyszłości na dłużej niż kilka miesięcy do przodu (nigdy nie wiadomo, kiedy wpadnie kolejne fajne zlecenie). Nie mówiąc już o takich fantazjach jak kredyt hipoteczny. To wszystko są jakieś nieistotne pierdoły, kiedy się jest beztroskim studentem, podjaranym pierwszą wynajętą kawalerką. Ale czasem tak bywa, że z wiekiem zaczyna się wymagać od życia trochę więcej. Trzeba to brać pod uwagę.

Ja wybrałam sobie takie właśnie życiowe zajęcie, mimo tych wszystkich śmieszków od fistingu Niewidzialną Ręką Rynku, według których ASP to fabryka bezrobotnych hipsterów. Zupełnie nie obczajam tego memu - artyści istnieją od początków cywilizacji i zawsze są potrzebni. Nie tylko do tworzenia wielkich, poruszających serca i umysły dzieł. Prawie wszystko w naszych czasach potrzebuje oprawy wizualnej. Każda firma, każdy event, każdy film, każda reklama czy kampania, każda książka, każda gra, Mamy co robić. 

Problem polega na tym, że jako ulubione medium wybrałam sobie komiks, ale wybrałam je z pełną świadomością, jak malutki jest polski rynek komiksowy. Dlatego raczej nikogo nie zdziwię, jeśli przyznam, że komiks nie jest bynajmniej moim głównym źródłem utrzymania. Żyję raczej z ilustrowania i okazjonalnych romansów z branżą reklamową. Patrząc w przyszłość nieśmiało snuję sobie plan życia z tworzenia książek dla dzieci i sprzedaży obrazów. 

Osób żyjących w Polsce wyłącznie z samego rysowania komiksów znam dosłownie kilka. Niektóre tworzą komiksy sieciowe, zarabiając na ich papierowych wydaniach, sprzedaży gadżetów, akcjach crowdfundingowych lub patreonie. Inni rysują komiksy na zlecenie zagranicznych wydawnictw, głównie na rynek frankofoński. Rynek komiksowy we Francji i Belgii jest ogromny. Naprawdę wielki. Przy czym praca zdalna zdalna z wypłatą w euro niesamowicie się opłaca, kiedy mieszka się w Polsce, gdzie koszty życia są tak niskie. Francuscy wydawcy o tym wiedzą, dlatego tamtejsi agenci komiksowi (czy to nie piękne, że funkcjonuje taki zawód?) regularnie odwiedzają polskie festiwale w poszukiwaniu utalentowanych rysowników. Warto więc pomyśleć o takiej ścieżce kariery. 

Trzecim znanym mi sposobem na życie z komiksu jest tworzenie plansz w technice tradycyjnej, bez nastawiania się na wielkie zyski ze sprzedaży, odbijając sobie za to na sprzedaży oryginalnych plansz. Polski rynek oryginałów całkiem nieźle się ostatnio rozkręca, między innymi dzięki działalności stron typu Artkomiks, które pośredniczą w sprzedaży między kolekcjonerem a artystą.

Wróćmy do samego rysowania. Jest taki etap, przez który przechodzi każdy wannabe rysownik. Chodzi o ten moment, kiedy świadomość artystyczna przerasta twoje możliwości warsztatowe. Czyli, w prostych słowach: wiesz, jak nasza praca powinna wyglądać, ale nie potrafisz jej oddać w pożądany sposób, bo brakuje ci wprawy, umiejętności, techniki. Takich frustrujących okresów jest zresztą wiele w ciągu całego życia i ładnie opisuje je ten wykres:

Najtrudniejszy jest zawsze pierwszy z tych kryzysów. Bez potwierdzonych sukcesów i pewności siebie łatwo pomylić ten etap z tak zwanym "brakiem talentu", stwierdzić, że rysowanie po prostu nie jest ci pisane i dać sobie spokój. 

Co zrobić, żeby pokonać te trudności i iść dalej? Z doświadczenia wydaje mi się, że trzeba przełamać w sobie dwie cechy, o których pisałam na początku: prokrastynację i perfekcjonizm. Są takie sposoby, które pomagają radzić sobie i z jednym i z drugim jednocześnie. Chodzi głównie o podejmowanie wyzwań (czy może raczej zobowiązań). Pierwszy prosty krok to publikacja prac w sieci (nawet jeśli wydają ci się niewarte pokazania). Zdobycie nawet małego grona odbiorców, którzy będą upominać się o kolejne rysunki pomoże wyćwiczyć pierwsze zalążki systematyczności. Następnym krokiem może być podjęcie drobnego zlecenia lub start w konkursie. Pierwsze zetknięcia z deadlinem są bardzo ważne - uczą pracy pod presją czasu, wymuszają nawyk regularnego rysowania i przede wszystkim dają silną motywację do skończenia pracy nawet, jeśli w trakcie rysowania przestała ci się podobać. Zaczynanie i niekończenie prac to jeden z największych problemów u początkujących. Warto pamiętać, że nawet średnio udana, ale skończona praca to o wiele większy sukces niż świetny, nigdy nie skończony pomysł.

Jeszcze jedna rada ode mnie to dać sobie spokój z porównywaniem się do innych artystów. To nie jest konkurs i nie dajcie sobie tego wmówić. Każdy z nas rysuje inaczej, to jest fantastyczne i powinniśmy czerpać z tego frajdę, a nie frustrację. To nie jest wyścig, w którym wszyscy biegną jedną drogą, a ostatni odpadają z gry. Strasznie mnie bawią niektórzy znajomi, głównie artyści digitalowi, którzy koszmarnie spinają dupki o tak zwane nabijanie skilla. To są ludzie, którzy - i przesadzam tutaj tylko odrobinę - chętnie założyliby pieluchy, żeby tylko zaoszczędzić czas i spędzić więcej czasu przed tabletem, zamiast w toalecie. Tacy ludzie z dumą opowiadają, że w wieku 20 lat nabawili się zwyrodnień kręgosłupa i nagdarstka, a znajomym spędzającym piątkowy wieczór w barze posyłają pogardliwe uśmieszki - bo jak można cokolwiek czerpać z życia zamiast poświęcać je w imię skilla? Jak już wspominałam, rysować trzeba dużo, a praca artysty jest ciężka, ale jest pewna granica, za którą kończy się pogoń za marzeniem, a zaczyna zwykłe pompowanie ego. Organizując czas na rysowanie lepiej rezygnować z wielogodzinnych prokrastynacji, klikania kolejnych tubek w sieci czy kolejnych godzin grania - ale nie ze swojego zdrowia i życia towarzyskiego.  

I to chyba wszystko. Powodzenia!