Kiciputek: Mity i chochoły: wychowanie bezstresowe

niedziela, 10 sierpnia 2014

Mity i chochoły: wychowanie bezstresowe



Miałam dziś ochotę wrzucić tu dzisiaj komiks o życiu, kotach i deadline'ach, ale do poniedziałku jestem pozbawiona sprawnego tabletu. Moje plany spaliły więc na panewce. Później uświadomiłam sobie, że część z Was zagląda tu nie tylko ze względu na moje komiksy, ale czasem też dla tego, co mam do powiedzenia, a tak się składa, że od pewnego czasu mam sporo do powiedzenia na temat tak zwanego "bezstresowego wychowania". Drugim moim planem była więc notka demontująca tego chochoła. Niestety (a może na szczęście) robiąc research odkryłam, że w moich planach wyręczył mnie już Wojciech Orliński pisząc na ten temat doskonałą notkę:


Warto się zapoznać, właściwie załatwia sprawę. Dla ekstra leniwych, w skrócie: bezstresowe wychowanie nigdy tak naprawdę nie istniało jako nic, poza prawicowym mitem-straszakiem. Bo tak naprawdę: znacie kogoś, kto stosuje bezstresowe wychowanie albo chociaż wie, na czym konkretnie polega? Znacie kogoś, kto wypowiada się o nim inaczej, niż w tonie negatywno-apokaliptycznym?

Skoro to już mamy rozpracowane, można by się zastanowić, kiedy i jak właściwie zaczęła się ta paranoja. Okazuje się, że terminem "bezstresowe wychowanie" zaczęto po raz pierwszy nazywać metody prezentowane przez doktora Spocka w książce "Dziecko". Metody te sprowadzały się w skrócie do tego, żeby - o zgrozo - mniej bić dzieci w celach wychowawczych, a częściej je przytulać. Zgrozą faktycznie powiało, jako że książka wyszła w latach czterdziestych, kiedy takie podejście do wychowania było prawdziwie rewolucyjne i wzbudziło powszechne oburzenie ludzi przekonanych, że takie postępowanie rozpuści dzieci do granic możliwości i pozwoli im sterroryzować rodziców. Co ciekawe, Spock, chociaż generalnie przeciwny karom cielesnym, przyznaje również, że czasami lepszy jest jeden szybki klaps, który oczyści atmosferę, niż toskyczne trucie dziecku przez cały dzień o tym, jak bardzo nas rozczarowało:

'If an angry parent keeps himself from spanking, he may show his irritation in other ways: for instance, by nagging the child for half the day, or trying to make him feel deeply guilty. I'm not particularly advocating spanking, but I think it is less poisonous than lengthy disapproval, because it clears the air, for parent and child.'' 


Dzisiaj prawie nikt już nie pamięta o przełomowym dziele pana Spocka, jednak nadal wszyscy chętnie wylewają pomyje na bezstresowe wychowanie. 



Jeżeli interesuje was moja prywatna opinia, bicie dzieci uważam za kompletną porażkę wychowawczą i naprawdę niewiele sobie potrafię wyobrazić sytuacji, w których byłoby konieczne. Bicie dziecka nie uczy go, dlaczego powinno postępować dobrze - uczy tylko, że jeśli postąpi źle, czeka go ból i upokorzenie. A największy problem tej metody polega na tym, że dzieci szybko rosną i szybko stają się większymi od swoich rodziców nastolatkami - mniej bezbronnymi, za to wciąż często niezbyt rozgarniętymi. Jak poradzić sobie z takim nastolatkiem, którego nie można już uderzyć, bo odda, jeżeli wcześniej nie wypracowaliśmy żadnej bardziej cywilizowanej metody porozumienia? No i na koniec rzecz, która mnie najbardziej zastanawia - jak w ogóle dorosły człowiek jest w stanie uderzyć słabszą, bezbronną istotę bez oporów i wyrzutów sumienia? 




Bardzo powoli przechodzę do tego, o czym w zasadzie chciałam pisać, czyli ogólnie o tym, jak się traktuje dzisiaj dzieci i dlaczego źle. Świetnie nada się do tego przykład z takiego oto fragmentu artykułu w "Polityce": 





Żeby pokazać, jak wiele zła czai się w tym tekście, będę musiała rozebrać go na czynniki pierwsze. Już pierwsze kilka zdań jawi nam się jako pretensjonalny i pozbawiony treści bełkot. Czy ktoś w ogóle potrafi mi wyjaśnić, o co chodzi z "poczuciem niezasłużonej degradacji"? 



"Na przykład gdy 12-letnia siostrzenica zjeżdża z kilkudniową wakacyjną wizytą. I odmawia zjedzenia obiadu, bo nie lubi buraczków."



A to wredna dziewczyna, na pewno na złość mu nie lubi tych buraczków. Jak w ogóle ma czelność czegoś nie lubić.



"Wstaje bez "czy mogę" i "dziękuję". Siedzi niechlujnie, podpiera się, podkula nogi."



Ratujcie mnie, czy my się cofnęliśmy do XIX wieku? Naprawdę trzeba pytać ludzi, czy możemy odejść od stołu? Naprawdę komuś przeszkadza, jak inni układają nogi siedząc przy stole z rodziną?



"Nie przychodzi jej do głowy pomóc w nakrywaniu, sprzątaniu, zmywaniu." 



A nie można po prostu poprosić o pomoc? 



"Nie ma w zwyczaju odpowiadać pełnym zdaniem." 



Kolejna tragedia, porażka kindersztuby.



"Wcina się ze swoimi problemami i uwagami w rozmowy dorosłych."



A to już po prostu koszmar. Jeszcze bezczelny bachor sobie pomyśli, że może rozmawiać z dorosłymi na równych prawach. Bezczelnie wcina się ze swoimi durnymi, dziecięcymi problemami, zamiast milczeć i znać swoje miejsce.  



"Chichocze, gdy coś wyda jej się niedorzeczne"



Bo nikomu z nas, dobrze wychowanych ludzi, się to nie zdarza. 



"Nie patrzy w oczy podczas rozmowy. Jest niewychowna." 



Jak żyć. 




Całość tekstu, poza kompletnie bzdurnymi pretensjami, jest też wyrazem ogromnego zdziwienia tym, że dzieci zachowują się jak dzieci. Czyli, czasami po prostu... well, dziecinnie. Wielu z tych okropnie poważnych problemów można by się pozbyć po prostu traktując dziecko jak drugiego człowieka, a nie istotę niższej rasy, w dodatku z obcej planety. 


130 komentarzy:

  1. W cytowanym fragmencie widzę problem braku informacji. Dziecku nikt nie powiedział, że tego albo tamtego robić nie uchodzi. Co więcej - nadal mu nikt nie mówi, bo prościej napisać do gazety, niż poinformować osobę będąca w tym samym pomieszczeniu. Ciocia siedzi, wzdycha, przewraca oczami i liczy na cud.
    Moje dzieci nie zawsze zachowują się idealnie. Ale nigdy by mi nie przyszło do głowy wymagać czegoś, o czym ich nie poinformowałam. Zawsze starałam się przekazać im, czego od nich oczekuję w danej sytuacji, jednocześnie zdroworozsadkowo nie liczyłam na to, że zawsze staną na wysokości zadania - w końcu to tylko dzieci. A najważniejsza cześć edukacji to świecenie własnym przykładem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w stu procentach.

      Usuń
    2. Czy wiesz, jak wiele osób obraziłoby się, że ktoś zwraca uwagę ich dziecku? To kto ma to dziecko wychować - matka czy ciocia podczas wizyty?

      Usuń
  2. Bardzo dobry, treściwy tekst.

    Najtrudniejszą rzeczą w bezstresowym wychowaniu, poza dojrzałością, jaką trzeba się wykazać, jest... czas. Bo niejednemu rodzicowi się wydaje, że można załatwić sprawę wychowania dziecka widząc się z nim dwie godziny dziennie, i to jeszcze w sferze "porób sobie coś kochanie, mamusia jest zmęczona po pracy". Nie zarzucam, bo czasem nie ma wyjścia i rodzic musi tyrać na trzy zmiany, ale nie zawsze tak jest. Bo z reguły człowiekowi po prostu się nie chce. I wydaje mi się, że stąd się potem biorą pomsty na bezstresowe wychowanie, że be, fuj i nie działa. A jak ma działać, skoro rodzic nie poświęca czasu, który jest potrzebny na rozmowy, a przede wszystkim na DAWANIE PRZYKŁADU, żeby dziecku nie było tylko tłumaczone, ale też pokazywane, jak warto i dobrze jest się zachowywać w różnych sytuacjach?

    OdpowiedzUsuń
  3. No i cały tekst, którego fragment tutaj przytoczono mówi o tym, że dzieci od jakiegoś czasu nie są uczone zasad dobrego wychwania. Jest tam też mowa o tym, że ten brak znajomości zasad savoir vivre rzutuje na ich dorosle życie, a także ma wplyw na całe społeczeństwo. Czego mały Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. W przypadku obiadu u cioci trzymanie lokci na stole i wpadanie innym w słowo, może się wydawać bez znaczenia, a co z obiadem biznesowym za 10 lat?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po co nam właściwie większość zasad savoir-vivre? Naprawdę musimy sobie tak utrudniać życie? Naprawdę musim dwunastoletnią dziewczynkę tresować na rodzinnym obiedzie do przyszłej rozmowy biznesowej?

      Usuń
    2. Kiedyś widziałam bardzo ładne porównanie zasad dobrego wychowania, do przepisów ruchu drogowego. I właśnie po to on nam jest, żeby się "nie zderzać" w relacjach z innymi. Żeby nikt po rozmowie z nami nie czuł się urażony. Dobre wychowanie nie jest tresurą. Większość zasad opiera się na poszanowaniu innych i zachowaniu hierarchii: kto komu podaje rękę na dzień dobry, kto komu proponuje przejście na "ty", itd. Kwestie zachowania przy stole też nie są takie zupełnie z czapy: nie wiem czy zdarzyło Ci się jeść kiedyś obiad na przeciwko kogoś kto mlaskał, mówił z pełnymi ustami i ogólnie zachowywał się nieładnie. Może to odebrać apetyt. Nie przerywanie w czasie rozmowy? Uważam, że tego akurat powinno się uczyć wszystkich i w każdym wieku, jeśli cztery osoby zaczynają się przekrzykiwać rozmowa robi się nieprzyjemna. Kwestia jest tego jak się tą naukę dziecku zrobi. Wcale nie uważam, że musi to być nieprzyjemne. Małe dzieci bardzo chcą naśladować dorosłych, więc najlepszą nauką dobrego wychowania będzie po prostu dawanie przykładu i zwracanie uwagi, że dorośli tak się nie zachowują i dziecko też nie powinno. A co do obiadu biznesowego, czy ogólnie potem poruszania się w społeczeństwie, to jak się pewnych rzeczy nie nauczy w wieku dziecinnym, to potem będzie człowiekowi bardzo ciężko - pewne zachowania nie będą już przychodzić tak naturalnie, o ile ktoś w ogóle będzie miał świadomość, że powinien się zachować w jakiś sposób...

      Jak będziesz miała okazję przeczytać cały artykuł, którego akapit tutaj wkleiłaś, to zrób to. Wyjaśni parę kwestii :)

      Usuń
    3. Dzień dobry, wtrącę swoje kilka groszy. Zasady savoir -vivre, są przydatne, bo życie to jednak gra, oparta na różnych regułach społecznych, zasadach, kodach, dzięki którym po prostu łatwiej się w nim poruszać. Na tym polega przecież socjalizacja - na przyswojeniu norm i wzorów zachowań, akceptowanych w danym społeczeństwie. Tylko co to ma wspólnego z "tresowaniem". Dziecko najłatwiej uczy się przecież poprzez przykład i zabawę. :) Wydanie na przykład, balu dla lalek, w którym przemycimy przy okazji trochę wiedzy, nie wydaje mi się jakimś specjalnie okrutnym zabiegiem... Ważne jest, żeby zachować zdrowy rozsądek we wszystkim. Nie przeginać w jedną ani drugą stronę. Ech, temat rzeka... Pozdrawiam :)

      Usuń
    4. Savoir-vivre to nie jest zestaw jakichś absurdalnych, wyssanych z palca zasad ani sposobów na dręczenie dziecka, tylko ogólne zasady "jak mieć szacunek do innych". Wszystkie rzeczy wypisane w tej ramce wskazują bardzo mocno, że dziewczyna nie ma szacunku do nikogo i niczego - to nie są normalne rzeczy, które tam są wymienione. To są fochy i kaprysy, które może mogą być zrozumiałe w przypadku dziecka kilkuletniego, ale nie u dwunastolatki! Z rozkapryszonej dwunastolatki wyrośnie niedługo chamska i roszczeniowa dorosła kobieta.

      Z tym, że rzeczywiście problemem nie jest ta dziewczyna sama w sobie. Problemem jest to, że nikt przez dwanaście lat jej życia nie nauczył jej, że mówienie o innych per "idiota, głupek, kretyn" może być krzywdzące dla tej osoby. Że osoba, która przygotowała posiłek się przy tym namęczyła, więc trzeba jej za to podziękować i zaproponować pomoc przy posprzątaniu. Że może jeśli widzisz dwie osoby rozmawiające o czymś, nie zawsze w porządku jest im się w tę rozmowę wtrącać ze swoimi złotymi myślami i że jeśli już musisz, bo może te myśli rzeczywiście są złote, należy to zrobić z taktem? Dwanaście lat to dużo, wystarczająco dużo żeby takie rzeczy doskonale rozumieć. Zrozumiałe jest czasem jakieś potknięcie, każdy może się zapomnieć, mieć gorszy humor albo coś. Ale jeśli takie zachowanie jest standardem - to jest problem. I to nie chodzi o tresowanie dzieci, a o wychowywanie je tak, żeby były w stanie czasem posłuchać cudzego głosu, a nie tylko swojego w kółko i wciąż.

      (Zresztą, cały proces wychowywania Z ZASADY jest procesem wtłaczania w dziecko swojego światopoglądu i przystosowywaniem go do możliwie bezkonfliktowego życia w społeczeństwie. Ważne jest tylko, żeby nie przesadzić i nie stłamsić dziecka w trakcie.)

      Usuń
    5. "Z rozkapryszonej dwunastolatki wyrośnie niedługo chamska i roszczeniowa dorosła kobieta."
      To nie jest najgorsza rzecz, jaka może przytrafić się jej w życiu, serio.

      Usuń
    6. Co mają te wszystkie przykłady do tego co tam jest opisane? Dziewczynka miała grzecznie zjeść coś czego nie lubi, a później dziękować, że w ogóle dostała coś do jedzenia? Czy na spotkaniu biznesowym ktoś będzie śmiał wmuszać w nią te buraczki? Raczej zaproponuje jej coś innego. Co do słownictwa, zachowania to takie zachowanie bywa zaletą. Ile razy polityk tak robi, bo są ludzi, którym to się podoba. W szkole też są nauczycielki, które lubią dzieci mające własne zdanie, szczere i takie, które lubią lizusów łykających wszystko (nie tylko buraczki) żeby się przypodobać.

      Usuń
    7. Niektóre pozostałości z savoir-vivru uważam za słuszne i rozsądne, inne za bzdurne. Bzdurne jest według mnie wymaganie od dwunastolatki, żeby miała odpowiednie ułożenie nóg przy stole, albo żeby pytała, czy może od niego odejść. Nie uważam też, żeby wymaganie tego od niej przy każdym rodzinnym obiedzie było dobrym i koniecznym przygotowaniem do przyszłych ewentualnych spotkań biznesowych.

      W przedstawionym fragmencie jest rzeczywiście kilka prawdziwych problemów, jak te niegrzeczne określenia lub przepychanie się w autobusie, ale naprawdę nie uważam, żeby to było aż tak niedoprzerobienia z dzieckiem, ze trzeba pisać o tym artykuł i biadolić o degradacji. Zwłaszcza, że wypunktowana przeze mnie reszta to już podłe, czepialskie bzdury.

      Usuń
    8. Mnie surowe wychowanie przeszkadzalo przy pierwszych obiadach biznesowych. Nauczylo mnie tyle, ze wszyscy inni przy stole sa wazniejsi niz ja i ze nie wolno sie odzywac, bo na pewno nie mam nic waznego do powiedzenia. Hardly helpful.
      Ten fragment to takie typowe narzekanie starej ciotki, do tego nerwicowej, dla ktorej spontaniczne zachowanie dziecka jest nie do zniesienia. Kiciputek ma racje: dzieci to dzieci. Nie mali dorosli, ktorzy sa w stanie zachowac sie idealnie. Powiem wiecej: gdybym zobaczyla dziecko perfekcyjnie grzeczne, to zaczelabym sie martwic.Bo to oznacza, ze zostalo zupelnie spacyfikowane i ze odebrano mu dziecieca spontanicznosc.

      Usuń
    9. Zresztą wymaganie pracy od gościa też jest niegrzeczne. Tak samo jak późniejsze obgadywanie w gazecie. Dziewczynka przyjeżdża na wakacje, jest gościem, a ciotka myśli, że mała będzie razem z nią zmywać, sprzątać i kto wie co jeszcze, jakby to było na wsi to może byłyby też zarzuty, że mała nie pomogła w polu, nie nakarmiła zwierząt. Gość w pracach domowych może pomóc, ale jeśli tego nie robi to nie jest to nic niewłaściwego.

      Usuń
    10. Wtrącę się, co do tego savoir-vivru.
      Jestem praworęczna, ale przy stole nóż trzymam w lewej ręce. I dostałam za to opieprz od kilku osób.
      I kto mi wyjaśni, po co to komu?

      Usuń
    11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    12. Ach, te nieszczęsne buraczki, które mamy jeść, bo ktoś się NAMĘCZYŁ - na tym właśnie polega kłopot z pokutującym u nas pojmowaniem savoir vivre'u, wyśmianym dawno, dawno temu przez Jana Brzechwę pytającego "Czy ta kwoka, proszę pana, była dobrze wychowana?". Cierpiętnicza pani domu zaprasza gościa, którego częstuje jednym z dań tradycyjnie kontrowersyjnych wśród młodzieży (ja nie znając upodobań gości, unikałabym szpinaku, wątróbki, flaków - albo dawałabym coś oprócz). Na dodatek gość nie zrywa się ochoczo do zmywania! A jeszcze, znudzony drętwą rozmową dorosłych, w której nie może uczestniczyć, postanowił wystąpić z czymś, co dla niego jest problemem.Powyższy cytowany tekst opisuje jakiś podwieczorek u panny Stefci z lat 20. XX w, przeniesiony we współczesne realia. Dzieci mają jeść w milczeniu wszystko, co im się poda (wszak zwykłe nie smakuje mi/nie lubię to fanaberia, w dobie dzisiejszego braku wyboru powinny dziękować, że to nie suchy chleb), nie wtrącać się do rozmowy, chyba, że ktoś je wreszcie zauważy, odpowiadać pełnymi zdaniami, a jeżeli chcą się wyrwać z tego koszmaru, to mają zapytać o pozwolenie, najlepiej zaznaczając, że wstają tylko po to, żeby po wszystkich pozmywać.
      Komu zatem brakuje savoir vivre'u: dziecku, czy osobie, która zaprasza gości, żeby mu dom sprzątali, ignoruje jednocześnie tych gości jako osoby, nie interesuje się ich problemami, ma w d.. to, że dana osoba z tych czy innych powodów nie jada danej potrawy.
      Drodzy dyskutanci, mamy wiek XXI, już wiek temu Janusz Korczak walczył o godność dziecka, nie bądźmy więc kwokami, uczącymi źle pojętej grzeczności.

      Usuń
    13. "Z rozkapryszonej dwunastolatki wyrośnie niedługo chamska i roszczeniowa dorosła kobieta."
      To nie jest najgorsza rzecz, jaka może przytrafić się jej w życiu, serio. "
      do Szproty - za to praca z taką chamską i roszczeniową kobietą może być najgorszym co Cie spotka. Serio.

      Usuń
    14. Mnie to zastanawia takie podejście, że w domu się uczysz manier do ewentualnych spotkań biznesowych.
      Może ja jestem dziwna, ale dom to dom, a spotkanie to spotkanie. Nigdy w domu ode mnie nie wymagano by siedzieć sztywno przy stole itp. bo to dom i tutaj można się zachowywać swobodnie. Jadłam sobie często obiad w pokoju na łóżku, a i tak doskonale wiedziałam jak się trzeba zachowywać przy stole i jak szliśmy w gości to maniery miałam obcykane - od rąk przy stole do ułożenia nóg.
      Tak samo - mój dziadek był fanem opery i często jeździłam, nawet na premiery z bankietami. Zasady savoir-vivru miałam w małym palcu. A w domu robiłam co chciałam bo byłam w domu.
      Dlatego dziwi mnie ta dyskusja. Podstawowe maniery - żeby nie gadać z pełnymi ustami czy nie kłaść nóg na stole są zrozumiałe, ale czepianie się kogokolwiek - nie ważne czy dorosłego czy nastolatka, że w domu zachowuje się swobodnie to bzdura. Tak samo jak argumentowanie tego tym, że to się przyda w przyszłości.

      Usuń
  4. "Jak poradzić sobie z takim nastolatkiem, którego nie można już uderzyć, bo odda, jeżeli wcześniej nie wypracowaliśmy żadnej bardziej cywilizowanej metody porozumienia?"

    Bardzo dobry argument. Chociaż zwolennicy bicia chyba stawiają na powstawanie odruchów warunkowych. Jak dziecko zrobi to samo również w przyszłości, to ma u dziecka (już większego) powracać też wspomnienie lania. Dla sytuacji przyszłych pomysłu nie ma. Wielu ma do powiedzenia tylko tyle, że "ja byłem bity i wyrosłem na ludzi, a dziecko ma być takie jak ja".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ..i często ci bici wyrastają na takich ludzi, z którymi niekoniecznie chcesz mieć coś do czynienia. w każdym patologicznym domu dzieci się bije. czy mała anżelika wyrasta na mądrą i empatyczną osobę, bo regularnie dostawała wpierdol od matki? rzadko kiedy.

      Usuń
  5. Polecam St.Trinians film oparty poniekąd na prawdziwym pomyśle szkoły z bezstresowym wychowaniem. A przy tym jest to całkiem zabawna komedia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Moi rodzice nigdy mnie nie uderzyli, ale też reagowali na moje złe zachowanie. W takich dyskusjach zawsze ktoś poda argument, że lepiej zlać dzieciaka pasem niż pozwalać mu na wszystko. Ale mi nikt nie pozwalał na wszystko. Karano mnie brakiem deseru, szlabanem, naganą słowną, brakiem dostępu do komputera itd... Zwolennicy kar cielesnych zdają się nie zauważać, że dziecko można wychowywać surowo bez użycia przemocy.
    A, i pragnę zaznaczyć, że nie uciekłam z domu w wieku 15 lat, nie zostałam złodziejką i przestępczynią, mam świetny kontakt z rodzicami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to ja dodam, że nigdy nie dostałam klapsa, szlabanu na wyjścia/korzystanie z komputera/komórki, nie "odbierano" ;) mi deserów... Dla mnie zawsze wystarczyła wspomniana wyżej nagana słowna i też wyrosłam na ludzi, bo zawsze byłam traktowana jak człowiek, a nie "istota niższej rasy, w dodatku z obcej planety" :)

      Usuń
    2. To ja też coś dodam. To, czy dziecku wystarczy słowna reprymenda, czy przemówi do niego dopiero szlaban na ciastka, zależy w dużej mierze od samego dziecka i jego charakteru. Przecież nie jest tak, że każde dziecko traktowane jak człowiek będzie zachowywało się jednakowo w określonych sytuacjach. Jesteśmy wszyscy bardzo podobni, ale też bardzo, bardzo różni.

      Usuń
  7. 1/2

    No dobra, to jedziemy. Coby nie pisać bardzo długich epopei, postaram się streszczać.

    Jak się już ktoś zabiera za "poważne tematy" to wypadałoby przytoczyć poważne źródła. Jakkolwiek interesujący, pan Orliński w swojej notce się nie wykazał. Jest publicystą i w żadnym wypadku autorytetem na w/w tematy nie jest (zresztą trudno oczekiwać, aby w krótkiej notce dogłębnie przeanalizować temat i myślę, że nie to było zamiarem pana Orlińskiego - raczej w stosunkowo populistycznym stylu i "po łebkach" wyrazić swoją opinię).

    Zanim weźmiesz w dłoń widły Kiciputku, to powiem, że wbrew pozorom generalnie się z Tobą zgadzam (na inne tematy również). No, bardzo generalnie. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Książka Spocka bardzo dobra, i choć dość stara zawiera wiele cennych informacji (z ciekawości; czytałaś, że się podpierasz, czy tylko tak wyrywkowo?); argument bardzo dobry (i rzetelny, czego niestety często brakuje twoim wypowiedziom).

    Przejdźmy więc do twojej analizy tekstu z "Polityki" (który aż ocieka demagogią i jest tak wiarygodny, że aż się dziwię, czemu nie wzięłaś na warsztat jakiegoś tekstu z Pudelka. Z jednej strony atakujesz "głupich" (cytując za p. Orlińskim), którzy selektywnie wybierają swoje informacje nt. tzw. "bezstresowego wychowania" z drugiej sama podpierasz się tendencyjnym, fasadowym "tekstem").

    «A to wredna dziewczyna, na pewno na złość mu nie lubi tych buraczków. Jak w ogóle ma czelność czegoś nie lubić.»

    « Ratujcie mnie, czy my się cofnęliśmy do XIX wieku? Naprawdę trzeba pytać ludzi, czy możemy odejść od stołu? Naprawdę komuś przeszkadza, jak inni układają nogi siedząc przy stole z rodziną? »

    « A nie można po prostu poprosić o pomoc? »

    « A to już po prostu koszmar. Jeszcze bezczelny bachor sobie pomyśli, że może rozmawiać z dorosłymi na równych prawach. Bezczelnie wcina się ze swoimi durnymi, dziecięcymi problemami, zamiast milczeć i znać swoje miejsce. »

    Oczywiście, że ma prawo nie lubić buraczków. Sam ich nie lubię. Ale powinna również wiedzieć, że brakiem szacunku dla gospodarzy jest powyższe zachowanie. Że, nawet jeśli nie lubi buraczków to nie rozgrzebuje ich na talerzu (abstrahując, że nawet jeśli czegoś nie lubi to, było nie było, nie jest to gówno a jedzenie i zjeść może - nie musi wszak brać dokładek), nie zachowuje się jak buc i rozkapryszona księżniczka. Twierdzisz, że dzieci zachowują się jak dzieci, ale to nie jest zachowanie typowe dla normalnego dziecka ale właśnie dla rozkapryszonego bachora. Od 12 letniej dziewczynki (lub chłopca) wymaga się już pewnych zasad przyjętych w społeczeństwie.

    Chciałbym zobaczyć jak idziesz do restauracji, kładziesz nogi na stół, rzucasz mięsem i każesz się obsłużyć. Powiesz - ale co to ma do rzeczy, to zupełnie inna sytuacja, w końcu to dziecko/restauracja (a nie "przy stole, z rodziną"). Wychowanie nie bierze się z próżni. Nie sęk w tym, żeby z dziecka zrobić żołnierza/robota, ale dać mu cały zestaw "narzędzi" i instrukcje kiedy i jak ich używać. I cały czas może pozostać dzieckiem. Nie sęk w tym, żeby dziecko stłamsić czy przygotować na obiady biznesowe (ten przykład z komentarzy powyżej to dopiero wymagał kreatywnego myślenia).

    Co do samej dziewczynki z tego pożal się Boże artykułu, to akurat pretensje powinny być skierowane do rodziców - tylko jakieś 8 lat temu. Trudno oczekiwać od dziecka, żeby się samo wychowało.


    « Kolejna tragedia, porażka kindersztuby.»
    « Jak żyć. »

    Jak pisać analizę? Borze lesisty, dopomórz! (Widzisz, ja też mogę wtrącić ironiczny komentarz i być dumnym jak paw ze swojej błyskotliwej inteligencji nic nie wnosząc do dyskusji).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 2/2

      Twierdzisz, że tekst to bzdurne pretensje (przejaskrawione, pewnie, ale czy całkowicie bzdurne? Zresztą jak wybierasz absurdalny artykuł to otrzymujesz absurdalne rezultaty.), ale tendencyjnie nie "rozbierasz na czynniki pierwsze" fragmentu o zachowaniu w autobusie czy roszczeniowej postawy względem prezentów (odnosząc się dopiero później w komentarzach). Twoja (skądinąd słuszna) konkluzja to rozmawiać z dzieckiem, ale (już mniej słusznie) powyższe problemy to "podłe bzdury". Odsyłam do komentarza green granate, której się w sumie udało powiedzieć lepiej o co mi chodzi.

      Nie rozumiem takiego zero-jedynkowego myślenia. Albo dziecko jest stłamszone, surowo wychowane i bite albo rozkapryszone, roszczeniowe, agresywne. Nie ma nic pomiędzy. Nie można być wymagającym rodzicem, który kocha swoje dziecko i jednak jest w stanie zapewnić mu mnóstwo frajdy, pozwolić na indywidualizm i rozwój. Znaczy, można, ale wymaga to faktycznej pracy i poświęcania dziecku więcej niż 10 minut dziennie.

      Temat rzeka, ale na koniec o czymś zupełnie innym.
      Kiciputku, komiks świetny. Rysunki bardzo lubię. Barwy czytam namiętnie. Z kubka piję herbatę.
      Ale czemu z uporem maniaka starasz się predestynować do roli SJW tego nie jestem w stanie pojąć. Za każdym razem jak widzę dłuższy wpis, to już wiem, że mi ciśnienie skoczy, bo zazwyczaj jest tendencyjny, zarówno we wniosku końcowym, jak i doborze źródeł (nie mówiąc o ich rzetelności, jakby poszukać głębiej) i ich interpretacji.
      Z jednej strony cuchnie to demagogią, z drugiej strony starasz się postawić na obiektywną, konstruktywną analizę zjawiska (jakie by ono nie było). Tylko, że, wybacz, ale kompletnie Ci to nie wychodzi. Z dwojga złego może lepiej zarzucić wszelkie próby "uwiarygodnienia" wpisów i postawić na "jestę opiniotwórczym blogerę".
      Ale tak naprawdę to sugeruję pozostać przy rysunkach.

      PS.
      I cholera, miało być krótko a wyszło jak zwykle.

      Usuń
    2. Wychodzisz jednak z błędnego założenia, że aspiruję do bycia bystrą i obiektywną dziennikarką, tymczasem w istocie faktycznie "jestę tylko opiniotwórczym blogerę".

      Doszukuję się bzdur w bzdurnym artykule, owszem. Żeby się doszukiwać bzdur w poważnej naukowej publikacji, musiałabym podejść do sprawy poważnie, zrobić porządny research i generalnie mieć zamiar zrobić coś innego, niż wykaz głupot okraszonych krótkim, ironicznym komentarzem, do poczytania przy popołudniowej kawie.

      Analogia z restauracją jest nietrafna, bo dziewczynka nie kładła nóg na stole, tylko podkuliła je pod siebie (naprawdę uważasz, że to takie niegrzeczne?). Nie rzucała też bluźnierstwami przy stole. Po prostu nie zjadła buraczków, pobabrała widelcem w talerzu, podkuliła nogi i nie spytała, czy może odejść od stołu. Naprawdę taki big deal?

      Jak sam zauważyłeś wypunktowałam kilka problemów z zachowaniem dziewczynki, które faktycznie wymagałyby interwencji, ale większość pretensji wydała mi się właśnie po prostu bzdurna. I właśnie te fragmenty postanowiłam wypunktować. A nawet te fragmenty o faktycznych problemach wydają mi się sprawą do łatwego przepracowania z dzieckiem, a nie do pisania artykułu w tak desperackim tonie.

      "Ale tak naprawdę to sugeruję pozostać przy rysunkach."

      Zapewniam Cię, że jedno w drugim mi w żaden sposób nie przeszkadza.

      Usuń
    3. Co ciekawe, czytałem jakiś czas temu jakiś lifehack jak zachować się w restauracji na spotkaniu z kimś ważnym. I tam było jak byk: jak się czegoś nie lubi albo ma się alergię, podziubać w talerzu, podziubać i zostawić. Żeby nie było że nietknięte :)

      Usuń
    4. "nawet jeśli czegoś nie lubi to, było nie było, nie jest to gówno a jedzenie i zjeść może"

      Nienawidzę ryb i szansa, że jakąś zjem jest taka jak, że zjem wymienione przez ciebie gówno (co to za porównanie?). Oraz z tekstu wynika, że dziewczynka jest z wizytą- ja jak karmię gości to wcześniej pytam czy czegoś nie jadają. Zwłaszcza jeśli gotuję coś czego wiadomo, że spora liczba osób nie lubi- jak np. buraczki. Oraz jeśli chcą to niech sobie siedzą z podwiniętymi nogami, po turecku i z łokciami na stole. Bo jak ktoś mnie odwiedza to ma czuć się dobrze, zwłaszcza jeśli jest dzieckiem.
      I nie wiem ile lat ma ciotka-klotka, która napisała ten tekst ale ja jeszcze pamiętam, że tak około 12-13 roku życia hormony zaczynają buzować i nagle okazuje się, że dorośli są głupi a dzieci dziecinne, więc budowanie pełnych zdań jest daremne.

      Usuń
    5. Miałam już pisać podobną epopeję, ale zauważyłam twój wpis i w 100% się zgadzam. Nareszcie ktoś powiedział to co we mnie siedziało od dłuższego czasu :)

      Dodam do tego jeszcze jedno. Kiciputek zazwyczaj pisze teksty zwracając uwagę tylko na jedną stronę medalu ignorując przy tym drugą. Nie chce spojrzeć na sprawę z innej perspektywy.

      Usuń
    6. "
      Dodam do tego jeszcze jedno. Kiciputek zazwyczaj pisze teksty zwracając uwagę tylko na jedną stronę medalu ignorując przy tym drugą. Nie chce spojrzeć na sprawę z innej perspektywy."

      Może dlatego, że Kiciputek unika asekuranckiego i zwodzącego na manowce prawdopośrodkizmu.

      Usuń
    7. Nie, to raczej dlatego że Kiciputek nie rozumie jak działa ludzki mózg i że większość jej opinii nie wynika z jej przemyśleń, ale tego którą stronę medalu jej neurony uznały za wygodniejszą i łatwiejszą do przetworzenia.

      Usuń
    8. Te, Anonimowy 6.41.Takie patronizujace komentarze to mozesz sobie na kiju w szalecie powiesic. Od Kiciputka mi wara.
      /moderacja obywatelska/

      Usuń
    9. Twoją teorię może potwierdzać fakt, że masz bardzo proste i wygodnę pojęcie o tym, jak działa ludzki mózg.

      Usuń
    10. Od razu zaznaczę, że anonimowy z 11 sierpnia 2014 02:48 to nie ten sam co z 11 sierpnia 2014 06:41.

      I nie zgadzam się z tym drugim.

      Usuń
    11. Według mnie to nie jest tak, że Kiciputek patrzy tylko na jedną stronę medalu. Kiciputek zwyczajnie odrzuca wszelkie mity i stereotypy, które właśnie utrudniają spojrzenie na świat z innej perspektywy.

      Usuń
  8. Pamiętam jak weszłam kiedyś do Polskiego Sklepu w Szkocji i grzecznie czejałam w kolejce, podczas gdy 2 dzieci w wieku 4-5 lat latało po rzeczonym sklepie przewracając towar, obijając się o nogi innych klientów i generalnie drą japy.
    Mama i tato owych dzieci stali przy ladzie i wybierali szynkę i ser. Na wybryki dzieci mama reagowała zmęczonym głosem ' Przestańcie, no - bo coś się stanie,
    Czekałam na to, co się stanie. Ku mojemu zaskoczeniu nic się nie stało.
    Ja rozumiem , że ludzie są zmęczeni pracując na 10 etatów, ale to naprawdę nie jest rozwiązanie - ignorować dzieci. Tata, zamist razem z mamą zastanawiać się nad przewagami podwawelskiej nad krakowską suchą mógłby z dziećmi pogadać, opowiedzieć jakąś historyjkę - cokolwiek, żeby te dzieci z nudów nie wywracały połowy sklepu. Bądźmy szczerzy - poza jakimiś losowymi wypadkami - jeśli nie mamy na dzieci tej odrobiny czasu i energii, to nie miejmy dzieci. Dzieci to nie świnki morskie, którym wystarczy dać papu i wysprzątać klatkę. One potrzebują uwagi, czasu i energii. Ja wiem - nie jestem PRAWDZIWĄ kobietą, jeśli neguję obowiązek posiadania dzieci przez każdego. Ale sorry Winnetou. Z dzieci ignorowanych kompletnie przez rodziców, prędzej wyrosną młodociani delikwenci niż ludzie dobrze przystosowani do życia w społeczeństwie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Tyle że to nie jest problem bezstresowego wychowania, tylko zaniechania wychowania.

      Usuń
    2. Inna sprawa, że przez wielu "bezstresowe wychowanie" jest rozumiane jako "brak wychowania i pozwalanie na wszystko". A jeszcze inna sprawa, to że sama dostawałam klapsa, nieczęsto, może kilka razy w życiu, ale nigdy nie czułam się zestresowana. Dzieciństwo miałam fajne. Głównie dzięki rozsądkowi rodziców. Nazwa "bezstresowe" sugeruje, że dziecko nie przeżywa stresu, co oczywiście jest nieprawdą, bo każdy przeżywa i nie zawsze daje o tym znać. Oraz, że każda inna metoda wychowania powoduje u dziecka traumę. Co też jest nieprawdą. A ludzie są tylko ludźmi i każdy popełnia błędy. Gdyby dzieci mieli tylko tacy, co to dokładnie wiedzą, jak je idealnie wychować, to byśmy już dawno wyginęli.

      Usuń
  9. Niestety ale to co zwykle nawet sami rodzice potrafią nazywać bezstresowym wychowaniem, jest brakiem radzenia sobie z dzieckiem. Klaps niestety czasami jest pozytywnym szokiem.
    Porażką jest dosłowne napierdalanie dziecka, za to że czyta komiksy marvela zamiast książki, albo że sobie nie radzi przy naprawie samochodu, nie umie wbijać gwoździ itp., co niestety znam z dzieciństwa moich kolegów ( ja nie mogłem czytać komiksów marvela, ale ojciec umiał mi powiedzieć że są głupie i zamiast tego miałem komiksy takie jak Wieczna Wojna. Yans czy Storm jako dziecko)... nie można dawać klapsa z nudów czy jak wracamy wkurwieni z roboty. Niestety nie każde dziecko jest tak rozumne żeby zrozumieć jak mówimy Nie, części trzeba dać "sygnał" klapsem, by wyrobiły odruch że nie wolno, bo może zrobić sobie krzywdę ( lepiej zareagować, niż potem mieć dzieciaka kalekę, lub w ogóle.
    Ja dostawałem klapsa jak trzeba było i ojciec nie raz mi mówił że po prostu musiał bo trzeba było otrzeźwić, bo nie dochodziła do mnie jego gadka.
    Ja uważam że klapsa należy unikać, jeżeli można zastosować bezbolesne rozwiązanie, o ile właśnie dziecko będzie się słuchać, bo jak będzie uparcie robiło coś, co może wyrządzić mu czy innym krzywdę, to niestety trzeba będzie ręcznie zresetować uparciucha.



    Problem który dotyka art. polityki mylnie faktycznie nazwali bezstresowym wychowaniem, to raczej brak kultury osobistej, taki brak oferowania pomocy w kuchni to po prostu takie "wychowanie", a wcinanie się to nie jest problem Praw Dziecka, tylko często młodzi nie rozumieją że nie wchodzi się w zdanie, nie pytają się "czy mogę coś dodać", albo pyskują... dorosły to nie rówieśnik. Inna sprawa że dorośli nie raz uzurpują sobie prawo do uciszania małolatów, bez wysłuchania tego co mają do powiedzenia, "Bo oni wiedzą lepiej", co jest szkodliwe dla dzieciaka, bo zamiast racjonalnie naprowadzić go na odpowiedni tok myślowy i pokazać że jego argument nie sprawdza się w tej lub innej sytuacji, albo wskazać że nie wziął czynnika bądź okoliczności pod uwagę, to go gniotą że się nie zna.
    I w ten sposób dziecko ani nie dowiedziało się jak ma patrzeć na sprawy, oraz zostało zgnojone przez własnych rodziców.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, klaps nie jest dopuszczalną ani skuteczną metodą wychowawczą. Tekst o "ręcznym resetowaniu dzieciaka" jest nie tylko upiorny, ale i kompletnie nieprawdziwy.

      Klaps nie wyrabia odruchu "nie wolno". Gdyby ból był czynnikiem, który odstrasza dzieci od robienia rzeczy, nie byłoby dzieciaków, które jeszcze z gipsem na ręce lub szwami na czole lecą z powrotem wspinać się na drzewa.

      Jeżeli dziecko nie jest na tyle rozumne, żeby zrozumieć "nie" to nie zrozumie też klapsa. Dzieci za młode, żeby zrozumieć związki przyczynowo-skutkowe trzeba po prostu pilnować, żeby nie zrobiły sobie krzywdy.

      To, że nie dochodziła do ciebie gadka ojca to niestety jego porażka w komunikacji z dzieckiem, tylko dałeś sobie wmówić, że to twoja wina i teraz po prostu racjonalizujesz sobie to, że ojciec cię bił. To naturalne, ale szkodliwe, bo nakręca spiralę przemocy.

      Usuń
    2. O cholera... Wiesz co, ja Ci nawet do tego biletu do Szwecji dopłacę.

      Usuń
    3. "Spirala przemocy"? Serio..? Myślisz, że wszyscy, którzy kiedyś dostali klapsa od taty racjonalizują sobie jego znęcanie się? Jeśli dziecko jest traktowane jak człowiek, nie jest bite, a dostaje klapsa w ramach "otrzeźwienia" - zazwyczaj to nawet nie boli. A psychicznie nie bardziej, niż nagana lub widok łez rodzica z powodu zachowania dziecka, bo i tak bywa (chyba, że dziecko w ogóle wychowane jest w braku empatii, ale to inna para kaloszy). Dzieci jak się w coś wkręcą to czasem wręcz niemożliwe jest do nich dotrzeć. Więc może lepiej, jak dostaną raz klapsa, niż gdyby miały wpaść pod samochód, bo stwierdziły któregoś razu, że mama głupia jest, że zabrania wybiegać na ulicę.

      Usuń
    4. Ja znam biednego bezbronnego dzieciaczka, który ganiał swoją opiekunkę z nożem, bo mamusia idiotka tak jak Ty twierdziła, że to tylko dziecko, ono nie jest złe i w ogóle... Gnojek ma 12 lat - pluje na nauczycielki, bije kolegów, bije matkę, a jak raz za to dostał po dupie od ojca to wielka afera bo to przecież biedne bezbronne dziecko i jak można je bić. Lepiej niech kogoś zabije dla zabawy, bo co biednemu dzieciaczkowi odmawiać prawda?
      Współczuję Ci Kiciputku podejścia do życia i tak skrajnego braku doświadczenia, bo takie bzdury tu piszesz, że głowa boli.

      Usuń
    5. Ann. Wychowanie dziecka to miedzy innymi nie dopuszczenie by gnojek ganial z nozami i plul. Akcja lanua w dupe w takiej sytuacji jest wyrazem bezradnosci popisowka na pewno nie jest wychowaniem. Tu nie trzeba doswiadczenia.

      Usuń
  10. Niestety raz musiałem walnąć, ale nie klapsa, tylko w pysk, gówniarza który rzucił w mojego kota kamieniem (no krzywda była i kot musiał do weterynarza jeździć, do dziś niedowidzi) ... złapałem go i jeszcze mi darł się "Nic mi nie zrobisz, hahahaha!" Dostał po ryju że nie wiedział czy ma ryczeć czy wołać starego... w końcu jak przyszedł ojciec gnoja to zaczął mnie pouczać że nie miałem prawa zbić jego synka, a że to tylko kot.
    Niestety ojciec chyba za bardzo nie życiowy był, ani bronić synka nie stanął, jak policja przyjechała to pieprzył że to tylko zabawa (rzucanie kamieniem w kota), że dzieci się tak bawią (inni rodzice potrafią uczyć dzieci jak bawić się z kotkiem, "nie ciągnij, kotek podrapie bo go boli jak ciągniesz, delikatnie", a że mam dwa koty które uwielbiają dzieci, to Normalni rodzice często zatrzymują się by dziecko pobawiło się z kotkiem, potrafią pokazać dziecku jak się bawić z kotkiem i widać że te dzieci są ułożone, słuchają się rodziców - klaps czy nie, ale rodzice sobie radzą), ale dzieciak omija mój dom i to się liczy, ma gówniarz nauczkę.
    Tylko że to sa niestety przypadki że jak rozwydrzonemu gnojowi ojciec nie umiał przemówić do "mózgu gadziego", to musisz to zrobić Ty... ale pan tatuś w ogóle jakiś nie tego, chyba pięć razy groził mi dzwonieniem na policje zanim zadzwonił, więc chyba sam bał się policji...

    Takie dzieciaki popularnie nazywa się bezstresowymi, tak na prawdę są właśnie rozwydrzone bezkarnością i brakiem autorytetu ojca czy matki, jak ojca nie ma czy jest do dupy. Ewentualnie starzy uznają że dziecko zabije kota, potem przejdzie mu przez głowę refleksja że zrobił coś złego (bo dzieci z natury są dobre, każda książka dla intelektualistów tego uczy) i więcej tego nie zrobi... w życiu niestety tak bywa że refleksje takie łebki mają dopiero wtedy, kiedy ich dupsko, albo morda boli.
    Albo kiedy jeżdżą na wózku i mają problem z podtarciem sobie tyłka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję, przyjebałeś w twarz słabszemu, bezbronnemu dziecku. Mam nadzieję, że czujesz się z siebie dumny.

      Dzieci są dziećmi. Nie robią złych rzeczy z czystego zła, tylko z głupoty, braku doświadczenia, braku wzorców. "Walnięcie w pysk" na pewno dało mu doskonały wzorzec zachowania.

      Odpowiedzialność za skrzywdzenie zwierzaka nie spada na dziecko, tylko na rodziców, którzy go nie wychowali, nie nauczyli odpowiednich zachowań i nie przypilnowali. To od nich powinieneś wyciągać konsekwencje. Zamiast tego uderzyłeś w twarz nieświadome, bezbronne, skrzywione dziecko. Na pewno dostanie w twarz od obcego faceta pomogło mu wyjść na prostą.

      Uderzając z wściekłości w twarz dziecko zachowałeś się gorzej niż dziecko rzucające kamieniem w kota. Po raz kolejny - mam nadzieję, że jesteś z siebie dumny. Dorównujesz w swoich reakcjach poziomowi rozwoju małego dziecka.

      Usuń
    2. Jak Ci zrobię krzywdę i permanentnie okaleczę to też nie będzie moja wina, w końcu tak mnie rodzice (nie) wychowali. A gdy przyjedzie policja, to pogrozi mi tylko paluszkiem "a ti ti, zły obywatel, tak nie można" i pojedzie dalej.

      Wiesz, może wyjedź do Szwecji czy innej Norwegii. Tam się odnajdziesz. Ale póki co mieszkasz w cywilizowanym kraju a nie oderwanej od rzeczywistości przerośniętej dżungli niedorzecznych praw człowieka i dziecka.

      Ale co ja mówię, przecież nie możesz się mylić, w końcu jesteś teoretykiem doskonałym, dokładnie tak jak reszta tobie podobnych ideowców.

      Usuń
    3. To w końcu jesteś dzieckiem czy dorosłym? Bo jeśli tym drugim, to przykro mi, ale musisz odpowiadać za swoje czyny. Nie wiem, czy masz dzieci, ale według prawa odpowiadają za nie opiekunowie, wiesz? Łatwa do ogarnięcia różnica.

      Prawa dziecka takie niedorzeczne...

      Usuń
    4. bicia nie popieram ale niestety...

      w opisanej sytuacji sam bym pewnie nie zdzierżył
      podziwiam opanowanie, tatusiowi "dzieci się tak bawio" też bym przyładował w łeb czymś ciężkim

      ... tylko, że nie miałbym prawa ani racji, refleksja jest tu niestety odrobinę wolniejsza od pięści

      cały ambaras w tym, że krzywda zwierzęcia bardziej mnie tu porusza niż krzywda dziecka, ten drugi chociaż zrozumie za co oberwał...

      Usuń
    5. "jak się nie będziesz liczyć z innymi to oni przestaną się liczyć z tobą"
      można się nie zgadzać z biciem ale trudno nie uznać powyższego za cenną lekcję wychowawczą

      Usuń
    6. Wszyscy jesteśmy ludźmi, a znęcanie się nad zwierzętami w większości nas porusza bardzo wrażliwą strunę, sama z trudem w ogóle czytam o takich rzeczach. Ale chodzi o to, żeby na te emocjonalne reakcje reagować jak normalny dorosły człowiek - wstydem, a nie dumą. I unikać ich, bo po to stworzyliśmy cywilizację i społeczeństwo, żeby opanować naturalną w ludziach agresję i reakcje oparte na emocjach.

      Usuń
    7. "można się nie zgadzać z biciem ale trudno nie uznać powyższego za cenną lekcję wychowawczą"

      A co z tego niby wyniósł dzieciak? "Nie znęcaj się nad zwierzętami, bo dostaniesz po ryju"? Nie skuteczniejsze byłoby "nie znęcaj się nad zwierzętami, bo są zdolne do bólu i cierpienia"?

      Usuń
    8. "A co z tego niby wyniósł dzieciak? \"Nie znęcaj się nad zwierzętami, bo dostaniesz po ryju\"? Nie skuteczniejsze byłoby \"nie znęcaj się nad zwierzętami, bo są zdolne do bólu i cierpienia\"?"

      bardzo bym chciał

      z odpowiedzialną postawą ojca można by dojść nawet do "zapracujesz na leczenie kota i zrozumiesz ile bólu zadałeś jemu i właścicielowi"
      a w każdym razie to coś w co BARDZO chciałbym wierzyć
      ... tylko widzi mi się to coś nie po tej stronie tęczy

      Usuń
    9. Kiciputek ma rację. I nie chodzi tu o to, że biedne dziecko jest skrzywdzone, bo to jednak jest człowiek świadomy swoich czynów i w wieku 9-10 lat znakomicie rozumie pojęcie bólu i strachu. Ale zachowuje się agresywnie, dlatego że chce wyrobić swoją pozycję kosztem słabszych i nie ma to znaczenia czy to będzie kot, żaba czy inne dziecko. A robi tak bo się nauczył, że silniejszy jest lepszy i jeśli chce się osiągnąć sukces trzeba pokazać swoją przewagę. Ty kiedy go uderzyłeś pokazałeś mu, że jesteś jeszcze silniejszy, więc tak naprawdę zmotywowało go to jedynie do tego aby jeszcze zacieklej podbudowywać swoje ego, bo może kiedyś Cię pokona. Gdybyś w tym momencie po prostu go chwycił, spojrzał mu w oczy i powiedział mu stanowczo (nie drąc ryja), że kotów się nie bije, bo je to boli to dopiero wtedy przyszedłby czas na reflelsje, chociaż w pierwszej chwili pewnie by Ci tylko naubliżał i zbiegł.

      Usuń
    10. Nie rozumiem tego wielkiego oburzenia. Notka na blogu dotyczy bezstresowego wychowania, a tutaj mamy do czynienia z dzieckiem, które raz: nie jest nasze, dwa: ma już wyuczone pewne określone zachowania, nie wiadomo skąd, ma pewne wzorce, których też nie znamy (być może rodzice, ale nie stwierdzimy tego w żaden sposób). Postarajcie postawić się w tej sytuacji - obcy dzieciak rzuca w zwierzątko kamieniami (do tego dzieje mu się jakaś permanentna krzywda), a jakby nie było, kotek jest słabszy od dziecka i jest członkiem rodziny, którego trzeba chronić. Jakby dziwnie to nie brzmiało - dziecko jest zagrożeniem dla tego kota.

      Łatwo jest krytykować, że ktoś uderzył dziecko, nie stawiając się w takiej sytuacji. Ja bym nie pozwoliła, żeby obcy dzieciak okaleczył moje zwierzę. Nie mówię, że zaraz uderzyłabym je w twarz albo sama zaczęła rzucać kamieniami, ale jestem pewna, że gdybym nawet próbowała porozmawiać z nim, ono dalej uparłoby się przy swoim. Dlaczego? Bo nie jestem nikim ważnym dla tego dzieciaka, obcą osobą, którą spotkał gdzieś na ulicy i zaczął w jej stronę rzucać kamieniami.

      W takich momentach nie ma jak wytłumaczyć dziecku, że robi źle, tu nie ma miejsca na wychowywanie. Powody do refleksji najpewniej mogą dać tylko rodzice/koledzy/nauczyciele, czyli najbliższe środowisko, a nie obca osoba. Można próbować, owszem, może akurat tym razem dziecko przemyśli swoje zachowanie, ale stawiam na to, że są to marne szanse. Choć racja, nie zaszkodzi spróbować.

      Nawet w takiej sytuacji ciężko złapać dzieciaka i zaprowadzić do rodziców, kiedy ma się jeszcze do upilnowania kota. ; ) A tak na poważnie - lepiej próbować z rodzicami, jasne, powiedzieć im, żeby bardziej skupili się na wychowywaniu i pilnowaniu swojej pociechy, ale też nie zawsze jest to wykonalne, niestety.

      W każdym razie, jestem pewna, że dla każdego komentującego tutaj, ważniejszy byłby własny kotek, a nie obcy dzieciak, który dodatkowo je dręczy. Może nie każdy zareagowałby agresywnie, ale nie zdziwiłabym się, gdyby w ostateczności posunął się i do tego. I to nie z chęci zrobienia komuś krzywdy, ale w obronie zwierzaka.

      Dziwią mnie takie reakcje, w których ewidentnie zapomina się, że najbardziej poszkodowany jest kot.

      Usuń
    11. "Może nie każdy zareagowałby agresywnie, ale nie zdziwiłabym się, gdyby w ostateczności posunął się i do tego. I to nie z chęci zrobienia komuś krzywdy, ale w obronie zwierzaka."

      Tak, a nawet z pewnej utraty panowania, w tzw. afekcie. Natomiast nie każdy obnosi to potem z dumą po internetach i poleca jako działanie.

      Usuń
    12. Obawiam się, że ja postąpiłabym podobnie, co autor notki o kocie. Moje zwierzaki kocham bardzo i dla mnie są ważniejsze niż agresywny obcy bachor. Z nerwów na pewno bym walnęła gnoja. I możecie sobie pisać, oburzając się świętoszkowato, że jestem nienormalna, żeby bić "niewinnego" dzieciaczka.
      Radę, by wytłumaczyć takiemu młodocianemu psychopacie na ulicy, że "kotka to boli, tak nie wolno" można tylko wyśmiać jak stąd do Honolulu. To nieżyciowe. Dziewczyno, z księżyca się urwałaś? Wyjrzyj zza książkowych idei - ludzie nie są cudowni, grzeczni i idealni. A już dzieci tym bardziej. Podejście typu "słodkie dzieciaczki" nikomu zła nie czynią chyba ostatnio było modne w epoce wiktoriańskiej (która normalna obyczajowo na pewno nie była).
      A takie rady ("kotka to boli") powinni mu wpajać rodzice, a nie obca osoba. Bo i tak by to olał! Już pomijam fakt, że w takiej chwili naprawdę myśli się tylko o rannym zwierzaku albo jest się wk***nym na napastnika - a ja mam mu spokojnie tłumaczyć?! Trzeba by chyba być robotem, nieodczuwającym emocji.
      P.S. Pomyśl, o ile skuteczniejsza jest akcja: walnięcia bachora i powiedzenia mu po tym: Bolało? No widzisz, kotka też bolało. Bólu nie można sobie wyobrazić ani nikt ci go nie wytłumaczy...

      Aha - nie popieram bicia dzieci. Ale opisana sytuacja dotyczy utraty kontroli pod wpływem emocji - gdy ktoś (wiek napastnika jest nieistotny) krzywdzi istotę, którą darzysz uczuciem. Istotę, która - w tym przypadku - jest jeszcze słabsza niż dzieciak!

      Usuń
  11. "Niestety raz musiałem walnąć, ale nie klapsa, tylko w pysk, gówniarza który rzucił w mojego kota kamieniem".
    Bicie dzieci jest przestępstwem. Jesteś pewien, że chcesz się tym chwalić?

    OdpowiedzUsuń
  12. ,,nieświadome, bezbronne" srsly

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziecko w stosunku do dorosłego JEST bezbronne, z czym tu w ogóle dyskutować? W pełni świadome też jeszcze nie są, gdyby były, wychowanie i socjalizacja w ogóle nie byłoby potrzebne.

      Usuń
    2. Zależy, jak definiujemy dziecko. Znam dzieciaki z podstawówki, które mają ponad 170cm wzrostu.

      Usuń
    3. I oczywiście zależy też od rodzaju tej bezbronności – czy fizyczna, czy mentalna.

      Usuń
    4. "Dziecko w stosunku do dorosłego JEST bezbronne"

      Taaaak, te nastoletnie szczyle biegające z nożami i wykonujące rozboje są takie bezbronne. A już nie daj borze uderzyć takiego!

      Usuń
    5. Ach, te bandy dziesięciolatków masowo rabujące na ulicach.

      Usuń
  13. Osoba, ktora sie zalila na nastolatke jest osoba niewychowana. Jedna z najwazniejszych zasad sv to .... zyczliwosc. Jak wychodzi sie z tego zrodla to najpewniej idzie sie w dobrym kierunku zw. s-v. Savoir vivre jest wszak po to abym nam latwiej bylo przejsc przez to zycie we wzajemnym poszanowaniu.
    Pani komentujaca zachowanie swojej siostrzenicy popelnila kardynalne bledy: sv wymaga aby cudzych bledow nie dostrzegac, a juz narzekanie/jojczenie/obgadywanie jest niedopuszcalne pod zadnym pozorem czy wymowka. Pani owa sama powinna wziac lekcje dobrego wychowania.
    Zapraszajac gosci gospodarz nie ma prawa wymagac aby mu gosc w czymkolwiek pomagal. Gosc sam moze zaproponowac, ale jesli tego nie robi to jego prawo, ktore dobrze wychowany gospodarz szanuje. Uprzejmie jest tez ze strony gospodarza jesli uzyska wiede na temt upodoban kulinarnych goscia. Jesli tego nie zrobil i serwuje cos co gosciowi nie smakuje w zaden ale to w zaden sposob nie powinien tego komentowac.
    Generalnie cala masa przykladow fatalnego zachowania gospodyni, tak dalece odbiegajacego od podstawowych zasad dobrego wychowania gospodarza, ze bardziej nie mozna.

    OdpowiedzUsuń
  14. Kiciputku, to mój pierwszy komentarz na Twoim blogu. Zwykle tylko z przyjemnością czytam i oglądam. Dziś jednak poruszasz temat, który dotyka mnie do żywego, w dodatku głosząc poglądy "nie wolno bić dzieci" czy "klaps to przemoc" stajesz do nierównej walki bo w naszym społeczeństwie, chrześcijańskim, a nawet, jak tu ktoś wykrzyczał cywilizowanym, większość ludzi i tak uważa, że dzieciakowi należy się lanie, a jak nie lanie to pełen wyrzuów i poniżeń ton głosu, karcący wzrok, zimne odseparowanie na karnego jeżyka itp. Widząc, że w komentarzach wypowiedziało się większość młodych ludzi, bezdzietnych, jak mniemam, postanowiłam troche Cię wesprzeć pisząc, że nie tylko klaps, lanie, zamykanie w pokoju bez kolacji, szarpanie, straszenie (!) są krzywdzące dla dziecka, dla rodzica, (tak, rodzicu, prędej czy później obróca się przeciwko Tobie), a nawet dla świata bo wychowują znerwicowanych (patrz koleś który strzelił dzieciakowi w twarz), niesamodzielnych, niezdolnych do własnych wniosków i opinii, potrzebujących autorytetów na każdym kroku, karnych i podporządkowanych niczym w pruskiej armi. Naprawdę, takie chcecie miec dzieci? Takich chcecie mieć wokół sąsiadów, lekarzy, nauczycieli, sprzedawców, kierowców?
    Jestem mama dwójki dzieci i uwierzcie mi, da się wychowywać dzieci pięknie, z SZACUNKIEM, z akceptacją tego, że są dziećmi, że moga popełniać błędy, mieć swoje zdanie, nie lubic buraczków, a nawet cioci!!! Bo czy od dorosłych się wymaga aby opróżniali talerz do czysta?? Czy dorosłemu ktoś się osmieli powiedzieć "siedź normalnie", "a ty dokąd? nie pozwoliłam ci odejść od stołu!" Moje córki mówią dzień dobry i dziękuję, przepuszczają ludzi w drzwiach, pomagają starszym, nie dlatego, że im z mężem każemy, że dostają klapsa czy karę gdy tego nie robią ale dlatego, że widzą, że my to robimy. Dzieci uczą się przez naśladownictwo i modelowanie. Ten strzał w twarz, z którego pan od kotka jest dumny, poszedł w świat z tym dzieciakiem, który pewnie odda go komuś innemu, drugiemu kotu, innemu dzieciakowi albo panu od kotka, jak będzie większy.
    Dzieci wpadają do nas tylko "na chwilę", w skali życia dzieciństwo i szansa na zbudowanie bliskich kontaktów z rodzicem trwa bardzo krótko, zaledwie chwilę. Nasze dzieci większość życia są dorosłe i nie po to je wychowujemy, żeby właziły w tyłek cioci i udawały, że lubią buraczki ...
    Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozdrowienia i wielki szacun dla takiej mamy!

      Usuń
    2. A co miał zrobić pan od kotka? Wychowywać cudzego bachora? Kotkowi stała się krzywda, pana szarpnęło za serce, bo kocha kotka, emocje puściły i walnął agresora. To bardzo ludzkie. Nazywa się "działanie w afekcie" albo "pod wpływem emocji". Wy jesteście pewnie robotami, które nad leżącym rannym, zakrwawionym zwierzęciem łagodnie przemawiałyby do śmiejącego się młodego drania: "Chłopczyku, ależ tak nie wolno robić, ty niegrzeczny ty. No zobacz, co narobiłeś, kotek rzęzi i ma wybite oczko".
      A potem, gdy już gówniarz obrzuci was wyzwiskami i odejdzie, śmiejąc się szyderczo, może zabierzecie kota do weterynarza...
      Hierarchia musi być. Co tam wasz kot, który wam ufa, że go obronicie. Cudzy psychopatyczny bachor, jego wychowanie i dobrostan jest ważniejsze.

      Usuń
  15. "Na przykład gdy 12-letnia siostrzenica zjeżdża z kilkudniową wakacyjną wizytą. I odmawia zjedzenia obiadu, bo nie lubi buraczków."
    A to wredna dziewczyna, na pewno na złość mu nie lubi tych buraczków. Jak w ogóle ma czelność czegoś nie lubić.

    To takie trudne zjeść z talerza to, co się lubi i chociaż spróbować tych nieszczęsnych buraczków? Nikt ich na siłę nie będzie jej wpychał do gardła. To bark szacunku do jedzenia. Kto wie, czy jutro nie będzie stać jej rodziny na nic innego tylko buraczki? Pomijam już to, że takie wybrzydzanie psuje apatyt pozostałym.

    "Wstaje bez "czy mogę" i "dziękuję". Siedzi niechlujnie, podpiera się, podkula nogi."
    Ratujcie mnie, czy my się cofnęliśmy do XIX wieku? Naprawdę trzeba pytać ludzi, czy możemy odejść od stołu? Naprawdę komuś przeszkadza, jak inni układają nogi siedząc przy stole z rodziną?

    Tekst dotyczy dzieci, nie dorosłych. Słabo to wygląda, gdy dziecko się naje, olewa pozostałych i idzie zająć się sobą. Zwykły komunikat, że już zjadło i chce się iść pobawić jest przecież taaaki upokarzający. Podziękować za posiłek, nawet jeśli nie smakował, też by wypadało. Co do siedzenia przy stole, to zwykłe kształtowane nawyków. Jak dziecko nie potrafi przez pół godziny siedzieć prosto przy rodzinnym obiedzie, to na pewno nie będzie tak siedzieć w innych sytuacjach. Ale co tam, promujmy skoliozę!

    "Nie przychodzi jej do głowy pomóc w nakrywaniu, sprzątaniu, zmywaniu." 
    A nie można po prostu poprosić o pomoc? 

    W takim wieku, to chyba już się wie, że stół sam się nie nakryje. Dużo lepiej to wygląda, gdy dziecko samo wyskakuje z taką inicjatywą.

    "Nie ma w zwyczaju odpowiadać pełnym zdaniem." 
    Kolejna tragedia, porażka kindersztuby.

    Trochę to zasmucające, kiedy dwunastolatka nie potrafi (nie chce) wypowiadać się pełnym zdaniem. Nikt nie chce zadawać się z mrukiem i gburkiem.

    "Wcina się ze swoimi problemami i uwagami w rozmowy dorosłych."
    A to już po prostu koszmar. Jeszcze bezczelny bachor sobie pomyśli, że może rozmawiać z dorosłymi na równych prawach. Bezczelnie wcina się ze swoimi durnymi, dziecięcymi problemami, zamiast milczeć i znać swoje miejsce.  

    Takie wcinanie się komuś w zdanie, nie tylko przez dzieci, jest zwyczajnie aroganckie. Kolejny raz tak trudno spytać: „czy można coś dodać?”. Strasznie irytujące i niepoważne jest, gdy dwunastolatka przerywa ci zdanie, twierdzi, że nie masz racji, bo ona usłyszała, że kolega kuzyna jej koleżanki, coś tam, gdzieś tam zobaczył. Nikt tu nie zabrania dziecku nie odzywać się w ogóle. Dzieci również mają wiele ciekawego do powiedzenia, ale powinny wiedzieć kiedy i w jaki sposób to zrobić.

    "Chichocze, gdy coś wyda jej się niedorzeczne"
    Bo nikomu z nas, dobrze wychowanych ludzi, się to nie zdarza. 

    Jeśli zdarza się jej to zbyt często, to wyrabia sobie (i poniekąd jej rodzicom) ładną opinię głuptaska.

    "Nie patrzy w oczy podczas rozmowy. Jest niewychowna." 
    Jak żyć. 

    Wyrabianie nawyku. Jak rozmawiasz z ludźmi to patrzysz, czy masz czyste buty?


    To straszne, że dorośli ludzie mają czelność wymagać czegokolwiek od dzieci, nie? I to jeszcze adekwatnie do ich wieku, no koszmar! Po co pokazywać dziecku, jak należy się zachowywać w danej sytuacji i uczyć kultury osobistej? Niech robi co chce i niech nikt nie waży się zwrócić mu uwagi! Ale co ja tam wiem, wychowujcie sobie pokolenie egoistycznych, zapatrzonych w siebie smarkaczy, które myślą, że wszystko im się należy i ma być tak jak one chcą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "tak trudno spytać: „czy można coś dodać?”."
      Naprawdę tak rozmawiasz z przyjaciółmi, z bliskimi?? Aż dziw, w takim razie, że nie zapytałaś na początku swojego komentarza, czy mogłabyś coś dodać ...

      Usuń
    2. "To takie trudne zjeść z talerza to, co się lubi i chociaż spróbować tych nieszczęsnych buraczków? "
      Kiedyś, właśnie u ciotki ;), spróbowałam jeść żylaste mięso (dla mnie takie mięso jest niejadalne), po trzech kawałkach poszłam do toalety i zwymiotowałam. Po prostu istnieje jedzenie, które nie przejdzie mi przez gardło i już nic na to nie poradzę. Dlatego też uważam, że nie powinno się nikogo zmuszać/przekonywać do jedzenia nielubianych potraw.

      Usuń
    3. Zgadzam się z większością posta. Co do buraczków (których również nie znoszę;) to jest opcja po prostu pozostawienia ich na talerzu i tyle. Nikt nie powinien się czepiać. Ale z pozostałych opisanych cech tej nastolatki wyłania się dość odpychający obrazek. Taka trochę rozwydrzona osóbka, której - tak, przyznaje - rodzice nie wpoili podstawowych zasad. A zasady te, choć nie każdemu się podobają, są uniwersalnym kodeksem "bezpiecznego zachowania". Każdy z nas jest inny, więc taki zbiór zasad jest kompromisem, żeby jakoś dało się w społeczeństwie funkcjonować. Obrażanie się na te zasady to cecha niedojrzałości, ot co.

      Usuń
  16. "To takie trudne zjeść z talerza to, co się lubi i chociaż spróbować tych nieszczęsnych buraczków? Nikt ich na siłę nie będzie jej wpychał do gardła. To bark szacunku do jedzenia. Kto wie, czy jutro nie będzie stać jej rodziny na nic innego tylko buraczki? Pomijam już to, że takie wybrzydzanie psuje apatyt pozostałym."

    Nie będzie stać na nic poza buraczkami? Jaja sobie ze mnie robisz, czy po prostu nigdy w życiu sam nie robiłeś zakupów spożywczych?

    Zresztą - ma wmuszać w siebie coś, czego nie lubi, żeby nie psuć innym apetytu? Od dorosłych też wymagasz, żeby zjedli wszystko z talerza?

    "Tekst dotyczy dzieci, nie dorosłych. Słabo to wygląda, gdy dziecko się naje, olewa pozostałych i idzie zająć się sobą. Zwykły komunikat, że już zjadło i chce się iść pobawić jest przecież taaaki upokarzający. Podziękować za posiłek, nawet jeśli nie smakował, też by wypadało. Co do siedzenia przy stole, to zwykłe kształtowane nawyków. Jak dziecko nie potrafi przez pół godziny siedzieć prosto przy rodzinnym obiedzie, to na pewno nie będzie tak siedzieć w innych sytuacjach. Ale co tam, promujmy skoliozę! "

    Słabo to wygląda? A kogo to obchodzi? Nie ważniejsze jest samopoczucie dziecka niż jakieś abstrakcyjne pojęcie tego, jak to wygląda? Nie dziwię się, że nie chciało jej się siedzieć przy stole z dorosłymi, które powiedzenie czegoś o swoich sprawach lub problemach przez dziecko jest traktowane jako "wciananie się". Jeśli chodzi o postawę, podkulanie nóg pod siebie nie zabija, nie dramatyzuj.

    "W takim wieku, to chyba już się wie, że stół sam się nie nakryje. Dużo lepiej to wygląda, gdy dziecko samo wyskakuje z taką inicjatywą. "

    Dużo lepiej to wygląda, gdy gospodarz nie oczekuje od gości, że będą mu sprzątać.

    "Trochę to zasmucające, kiedy dwunastolatka nie potrafi (nie chce) wypowiadać się pełnym zdaniem. Nikt nie chce zadawać się z mrukiem i gburkiem"

    To jest jakiś niesamowity wymysł, ty każdemu codziennie odpowiadasz pełnym, pięknie skonstruowanym zdaniem? Nawet jeśli, po cholerę wymagać tego od innych?

    "Takie wcinanie się komuś w zdanie, nie tylko przez dzieci, jest zwyczajnie aroganckie. Kolejny raz tak trudno spytać: „czy można coś dodać?”. Strasznie irytujące i niepoważne jest, gdy dwunastolatka przerywa ci zdanie, twierdzi, że nie masz racji, bo ona usłyszała, że kolega kuzyna jej koleżanki, coś tam, gdzieś tam zobaczył. Nikt tu nie zabrania dziecku nie odzywać się w ogóle. Dzieci również mają wiele ciekawego do powiedzenia, ale powinny wiedzieć kiedy i w jaki sposób to zrobić."

    Nie było nic o tym, że przerwała komuś w połowie zdania, tylko, że się "wcina" do rozmowy dorosłych. Dzieci nie mają obowiązku pojmować jakichś wymyślonych przez ciebie reguł jak i kiedy coś powiedzieć, żeby nie było to głupie ani irytujące. Może zamiast się irytować faktem, że dziecko coś mówi i oceniać jakość jego wypowiedzi, po prostu go posłuchaj.

    "Wyrabianie nawyku. Jak rozmawiasz z ludźmi to patrzysz, czy masz czyste buty?"

    Tak, czasem, zwłaszcza jeśli rozmawiam z kimś bliskim, przy kim czuję się swobodnie. No i?

    "To straszne, że dorośli ludzie mają czelność wymagać czegokolwiek od dzieci, nie"

    To straszne, jeśli wymagają od nich nikomu niepotrzebnych bzdur tylko po to, żeby sobie móc na nie pomarudzić.

    "Niech robi co chce i niech nikt nie waży się zwrócić mu uwagi!"

    Zwrócenie uwagi to nie to samo, co napisanie artykułu do gazety.

    "Ale co ja tam wiem, wychowujcie sobie pokolenie egoistycznych, zapatrzonych w siebie smarkaczy, które myślą, że wszystko im się należy i ma być tak jak one chcą."

    I które bezczelnie odchodzą od stołu nie pytając Pana Ojca o pozwolenie. Ech, ta dzisiejsza młodzież.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wymagać niepotrzebnych bzdur, by sobie ponarzekać na dzieci? Ale sprytni ci rodzice! Właśnie po to sobie te dzieci zrobili, nie? Wcale nie chcą ich czegoś nauczyć, przekazać im swoich wartości, uświadomić jakie zachowanie pasuje do danej sytuacji. Nie, bo przecież wszystkie te zasady wymyślono na złość dzieciom, wcale nie przydadzą się w dorosłym życiu i nie będą wpływać na odbiór przez inne osoby.

      Usuń
    2. Cieszę się, że rozumiesz.

      Usuń
    3. Kicipiutku serio....?

      Bo dla mnie to co napisał wyżej anonimowy to miodnej jakości ironia.

      Usuń
    4. Skoro ironia wyżej anonimowego jest dla ciebie miodnej jakości, to nic dziwnego, że moje zdanie potraktowałaś jako dosłowną i szczerą radość.

      Usuń
    5. Twój komentarz był po prostu zbyt krótki, aby uznać go za ironiczny. Zwłaszcza w kontekście innych Twoich wypowiedzi w temacie.

      Pewnie po prostu się nie znam i z pewnością jest to spowodowane tym, że w dzieciństwie zabaniano mi pewnych rzeczy, a i raz czy dwa klapsem oberwałam.

      Usuń
    6. Komentarz był krótki, bo kiciputkowi zabrakło argumentów, więc wolała zakończyć rozmowę błyskotliwą, w jej mniemaniu, kontrą.

      Usuń
    7. Ironię, jak wiadomo, poznaje się po długości wypowiedzi.

      Usuń
    8. . (ironia, czy nie? I tak, mam na myśli postawiąną przed nawiasem kropkę).
      Bo Kropka owa i Kicipiutkowe "Zgadzam się" niosą ze sobą tyle samo treści. Przynajmniej dla mnie, głupiej dziewoi.

      Usuń
  17. 1. Kurde nie traktujemy tych buraków tak poważnie i dosłownie. Dla mnie bardziej chodzi o to że dziecko nie powinno wybrzydzać i jeść w miare zdrowo. Znam babkę która od zawsze pytała swoją córkę co chce zjeść a co nie i teraz mała ma 6 lat i cały dzień je sam cukier : dżem, słodka kaszka, naleśniki, płatki, kakao ... Wiadomo że nie można dziecku wmuszać rzeczy których nie lubi, no ale bez przesady. Nie popadajmy ze skrajności w skrajność.
    2. U mnie w domu obiad nie jest tylko posiłkiem, ale tez okazją by spędzić razem troche czasu przy stole, dlatego tak, chciałabym żeby moje dziecko grzecznie siedziało ze wszystkimi i nie odchodziło od stołu bez pozwolenia. Nie wymagam przecież żeby siedziało tam 3 godziny, taki obiad trwa chyba z 30 min myślę, że tyle wysiedzieć jakoś i nie umrze z nudów ..
    3. Co jest nieformalnego w tym, że uczymy dziecko pomagania w drobnych pracach domowych ? 12 lat to chyba wystarczająco dużo żeby przynieść pare talerzy.
    4. Cała twoja wypowiedź dotycząca notki jest dla mnie troche przesadzona, brzmi to troche tak : pozwólmy dziecku robić co chce bo to tylko dziecko ..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i_am_keyser_soze11 sierpnia 2014 11:47

      W tym rzecz - ucz i pokazuj a nie wymagaj, a potem sam tego nie rób. Dorośli nie robią większości rzeczy których wymagają od dzieci, marudzą na nie a potem dziwią się, że dziecko też nie chce ich robić.

      Usuń
    2. "Wiadomo że nie można dziecku wmuszać rzeczy których nie lubi"

      Chyba jednak nie wiadomo.

      "i cały dzień je sam cukier : dżem, słodka kaszka, naleśniki, płatki, kakao ..."

      A ma nadwagę? Słabo się czuje? Ma złe wyniki badań krwi? Z pewnością nie. Również przy takich posiłkach można mieć zdrowe dziecko.

      "U mnie w domu obiad nie jest tylko posiłkiem, ale tez okazją by spędzić razem troche czasu przy stole"

      Z dorosłymi, których problemy dziecka nie obchodzą i z takimi, którzy wolą rozmawiać tylko sami ze sobą i nie pozwalają dziecku się wtrącić? Bo u tej ciotki tak wygląda chyba wspólne spędzanie czasu.


      "12 lat to chyba wystarczająco dużo żeby przynieść pare talerzy."

      Dlaczego gość ma przynosić talerze? Bo jest dzieckiem? 40 lat to też dosyć żeby przynieść parę talerzy, a ciekawe czy jak będziesz miała u siebie jakiegoś pana w odwiedzinach to poślesz go po talerze, a po obiedzie rozkażesz żeby pozmywał. Prawdopodobnie nawet nie przyjdzie ci to do głowy. Jak się kogoś zaprasza to nie oczekuje się od niego prac domowych, bo same takie oczekiwania są niegrzeczne. Zresztą pytanie na ile należy się wtrącać do wychowania cudzych dzieci podczas wakacji.

      Usuń
    3. "U mnie w domu obiad nie jest tylko posiłkiem, ale tez okazją by spędzić razem troche czasu przy stole, dlatego tak, chciałabym żeby moje dziecko grzecznie siedziało ze wszystkimi i nie odchodziło od stołu bez pozwolenia."
      Grzecznie siedziało ... Grzecznie, prosto, sztywno, z paszczą w kubeł i pełną buraczkow... Coś mi się nie chce wierzyć, że w Twoim domu tak miło spędza się wspólny czas przy stole. Jeśli chcesz, żeby Twoje dziecko nie marzyło, żeby wynieść się do swojego pokoju jak tylko przełknie ostatni kęs to warto je zachęcić, zainteresować, pokazać, że warto, że ten czas jest cenny, cenniejszy niż czysty obrus i proste plecy.

      Usuń
    4. "i cały dzień je sam cukier : dżem, słodka kaszka, naleśniki, płatki, kakao ..."
      Co śmieszne, córka kuzynki właśnie tak się odżywia, nie przepada za mięsem w ogóle, i jest zdrową czternastolatką - co więcej, bardzo szczupłą, także nadwagą nie straszcie.

      Usuń
    5. Aha...

      http://www.poradnikzdrowie.pl/ciaza-i-macierzynstwo/zdrowie-dziecka/otylosc-u-dzieci-tragiczne-statystyki-ile-jest-w-polsce-dzieci-z-nadwaga-i-otyloscia_40927.html

      http://natemat.pl/14143,polskie-dzieci-w-czolowce-najbardziej-otylych-rodzice-robia-z-nich-grubasow-jak-uchowac-dziecko-od-nadwagi

      http://www.edziecko.pl/zdrowy_start/1,133873,14551875,Polskie_dzieci_tyja_najszybciej_w_Europie___Juz_od.html

      Usuń
    6. "Grzecznie siedziało ... Grzecznie, prosto, sztywno, z paszczą w kubeł i pełną buraczkow..."

      Nie rozumiem dlaczego pojawiają się od razu takie skrajności i doszukiwanie się czegoś na siłę. Rozumiem, że ty swoim dzieciom pozwalasz leżeć na stole z nogą w półmisku z burakami i ręką w kompocie? Bez przesady.

      Usuń
    7. Zamiast czytać anonimowe statystki i ankiety, lepiej popatrzyć na przypadki prosto z życia.

      Usuń
    8. No właśnie PRZYPADKI, to słowo-klucz.

      Usuń
    9. 1. To, że dziecko dzień w dzień żre same słodkie rzeczy ( podkreślam, że nie je nic innego ) i nie ma nadwagi, nie oznacza, że się zdrowo odżywia..

      2. A kto mówi, że moje dzieci siedzą prosto, sztywno przy stole i nie mogą odezwać się słowem ? Absolutnie tak nie jest. Siedzimy razem, jemy, rozmawiamy : o tym jak było w szkole/ przedszkolu, co u koleżanek/kolegów, ewentualnie planujemy co będziemy robić jutro. Nigdy nie widziałam, żeby były nieszczęśliwe z tego powodu, że muszą siedzieć przy stole i rozmawać z rodziną, no poprostu koszmar.

      3. Wiem, że wszystko zależy od dziecka i sytuacji, ale ten wycinek jest ewidentnie o rozwydrzonej małolacie, która robi co chce ..

      Usuń
  18. Najpierw przeczytałam tekst z Polityki. W pierwszej chwili sądziłam, że to tekst z lat co najmniej 50. ubiegłego wieku, albo i starszy i zapewniam, że to nie kolor tła mnie tak zasugerował. Potem zaczęłam czytac notkę Kiciputka i utwierdziłam się w tym przekonaniu, do którego doszło kolejne, że ten antyczny fragment stanowi ilustrację tego, jak wyglądał stosunek do dzieci PRZED wydaniem książki dr Spocka. A potem w końcu do mnie dotarło, że mówimy o artykule w magazynie adresownym do wykształconego czytelnika na wysokim poziomie intelektualnym, kulturalnego, moralnego lub etycznego - co kto woli, praworządnego, itp. (Polityka wydaje także np. "Niezbednik Inteligenta"). Mało tego - jest to tekst napisany w XXIw., w środku Europy, w kraju, który ratyfikowął Kartę Praw Dziecka, że o Karcie Praw Człowieka nie wspomnę i w którym mamy nawet naszą własną, rodzimą super-nianię. A potem przeczytałam część komentarzy (nie wszystkie mogłam zdzierżyć) - co ciekawe, w większości anonimowych - i już nic mnie nie dziwi. Kiciputku - szczerze podziwiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. SMutne jest to, że większość komentarzy napisali młodzi ludzie, studenci (!!), którzy jeszcze nie mają dzieci, jeszcze nie poznali trudu wychowania, jeszcze ich nie zalała krew dnia codziennego, spędzonego z zasmarkanym, jęczącym dwulatkiem, a już wiedzą, że trzeba lać, tresować, wpajać nawyki i tłamsić wszelkie przejawy buntu ...
      Tak długo na świecie nie będzie pokoju, jak długo od dziecka wpaja się wszystkim, że porządek musi być, a słabszemu można śmiało przylutować w gębę, tudzież z rakiety przeciwlotniczej, w imię celów wyższych, oczywiście.
      Stay strong, Kiciputku!

      Usuń
  19. Przedstawię wychowanie mojej 5 letniej kuzynki.
    W domu się jej nie bije, pozwala się robić co chce, słucha co ma do powiedzenia (bo inaczej i tak się rozmowy nie da prowadzić do póki się tego nie zrobi, bo ta będzie wykrzykiwać co ma do powiedzenia), spokojnie tłumaczy się jej, że coś jest złe i dlaczego (dziecko powtarza błędy, a rodzice spokojnie i uparcie tłumaczą dlaczego tak robić nie wolno).
    Skutki:
    - dziecko gdy jest w pobliżu, decyduje z kim moja ciocia (a jej mama) może rozmawiać i jak długo,
    - ciocia kupuje sobie chustkę, a dzieciak tonem rozkazującym każe ją sobie oddać i nie pomagają perswazje, że dostanie inną w tym kolorze - ma być konkretnie ta,
    - nie szanuje własności innych (pourywała elementy w płaszcza innej ciotki), a karcenie spływa po niej jak po kaczce,
    - ona nadaje rytm życia swojej rodzinie - decyduje jak spędza się czas, kto w co i jak się z nią bawi, kiedy wracają do domu i kiedy chce iść spać - gdy napotyka sprzeciw robi małą jesień średniowiecza ze spokojnego popołudnia
    - wiele wiele innych podobnych historii

    Oduczyła się jednej rzeczy - kopać po szafkach będąc w gościach u kogoś. Mianowicie moja mama raz dała jej klapsa gdy ostrzeżenia i tłumaczenia nie zadziałały. Problem wyparował. Ba teraz reaguje na każde upomnienie i u mnie w domu zachowuje się grzecznie i nagle zaczęła rozumieć gdy coś jej się tłumaczy (niestety obejmuje to zakresem tylko osoby moich rodziców, moją i mojej siostry).
    Swoją matkę nadal traktuje jakby w hierarchii stała poniżej niej (ojca na równi).

    Wniosek czasem wystarczy jeden klaps, żadne katowanie dziecka, tłuczenie kablem, bicie po twarzy, czy coś w tym stylu. Owszem do dziecka należy podchodzić jak do młodego człowieka, nie jak do jakiejś niedorozwiniętej formy bytu. Ale czasem wstrząs, który daje bodziec fizyczny (lekki klaps, który z bólem nie ma wiele wspólnego) działa na dziecko jak kubeł zimnej wody. Tak więc klaps jako ostateczna droga perswazji - jak najbardziej

    Jako dziecko w skrajnych sytuacjach nie raz zdarzyło mi się dostać klapsa czy kilka. Tak w tajemnicy Ci Kiciputku powiem, że nic mi się nie stało. Przeżyłem, ba nie spowodowało to żadnego uszczerbku na moim zdrowiu fizycznym, czy też psychicznym. Być może jako dziecko się gniewałem na rodziców, ale gdy dorosłem zrozumiałem dlaczego mi się wtedy "oberwało" i jestem w stanie zauważyć słuszny wpływ na moje późniejsze postępowanie i zachowanie.

    To jest moje zdanie, i nie mam zamiaru nikogo przekonywać do niego na siłę, ani też negować czyichś racji. Co więcej jeśli ktoś uważa inaczej - proszę bardzo, droga wolna. Niech każdy wychowuje swoje dziecko jak chce.
    Najbardziej irytuje mnie gdy ktoś chce wprowadzić standaryzowany podręcznik wychowania dziecka co wolno a co nie - zwłaszcza że każde dziecko jest inne.

    P.S.
    Mój ulubiony argument: "Ratujcie mnie, czy my się cofnęliśmy do XIX wieku?"
    Otóż nie, nie cofnęliśmy się, ale opieramy się na doświadczeniach i czerpiemy z wynalazków ze wszystkich epok. Najpewniej czytając ten komentarz siedzisz na krześle - jego pierwowzory zostały wymyślone setki, a nawet tysiące lat temu. Bieżące formy nie licząc wyglądu, pod względem konstrukcji od ostatnich 100-50 lat nie zmieniły się. Tak więc wszystkie XIX wieczne krzesła na których da się jeszcze wygodnie usiąść i mogą służyć nadal należy zniszczyć, wstawić do muzeum?
    Tak samo jest z większością zasad savoir vivre i dobrego wychowania - mimo super nowoczesnego i "wolnego" XXI wieku nadal się sprawdzają, działają i spełniają swoją rolę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sorry, ale to matka tej dziewczynki "stawia się w hierarchii" niżej od córki. Problemem nie jest tłumaczenie dziecku rzeczy, a pozwalanie mu na wszystko, czego chce i dawanie mu wszystkiego, czego chce. Serio nie zauważyłaś tej drobnej różnicy?

      Usuń
    2. Społeczeństwa zmieniają się jednak dynamiczniej niż konstrukcja krzesła, nie uważasz? :P Trochę trudno porównywać jedno i drugie.

      A co do przytoczonego przykładu - moim zdaniem to nie klaps sam w sobie, a raczej szok, że ktoś ośmielił się sprzeciwić jej kaprysom, tak podziałał na dziewczynkę. Każda inna forma postawienia się pewnie również by zadziałała, nie ma sensu idealizować owego klapsa. Ja otrzymane w dzieciństwie klapsy pamiętam co do jednego - i nie, wcale nie zrozumiałam po latach, dlaczego je dostałam, nie mogę sobie nawet przypomnieć, za co one były i czego miały mnie nauczyć; pamiętam za to towarzyszące im poczucie niesprawiedliwości (które tkwi we mnie do dziś i czasem powraca, a były to tylko klapsy!) i nic więcej z tej rzekomej nauki nie wyniosłam. Może tylko to, że próba "wychowywania" mnie przez co-ludzie-powiedzą-babcię skończyła się tym, że dziś brakuje mi pewności siebie i pięć razy się zastanawiam, nim zabiorę głoś, nie mówiąc już o odszczeknięciu komuś na poczekaniu. Za to jeżę się, gdy tylko ktoś obok mnie używa słowa "normy" i "tak należy". I dlatego mam wielki szacunek do mojej mamy, która zawsze traktowała mnie jak równą sobie, a do babci, od której słyszałam często, że jestem za mała/głupia, żeby coś pojąć - żal.

      A tej dziewczynce współczuję rodziców, którzy nie potrafią wzbudzić szacunku własnego potomka. Dzieci są jak małe pieski czy kotki - rozbrykane, beztroskie, ale wciąż przy tym uważnie testują, na jak wiele mogą sobie pozwolić. Jeśli rodzic w odpowiednim momencie nie powie "stop", to sorry. To nie bezstresowe wychowanie, a brak wychowania w ogóle.

      Usuń
    3. Święte słowa. Ja byłam koszmarnym bachorem i rodzice szybko mnie wychowali - wystarczyło, że raz za coś dostałam po dupie i drugi raz już tego nigdy nie zrobiłam.
      Co ciekawe gdy byłam już starsza rodzice zaczęli mnie traktować już jak prawie dorosłą, bo dzięki klapsom bardzo szybko nauczyłam się wyciągać wnioski odnośnie tego co złe. W dalszych latach jako nastolatka miałam pełną swobodę i zaufanie ze strony rodziców, bo mieliśmy świetny kontakt.
      Obecnie jako osoba dorosła i na swoim bardzo blisko przyjaźnię się z rodzicami.

      A przecież dostawałam te potworne faszystowskie klapsy, więc powinnam być degeneratem nienawidzącym własnych rodziców. ;)
      Krzywdą nie jest klaps tylko bezstresowe wychowanie - takie jak w wypadku tej dziewczynki.

      Usuń
  20. To znaczy jest coś takiego, pewien model pedagogiczny. Natomiast potoczne znaczenie tego słowa, nie ma z tym nic wspólnego. Zrobił się synonim dla braku wychowania albo rozpuszczenia dziecka. W pierwszym przypadku rodzicom nie chcą wysilać, ani zajmować ani uczyć dziecka, w drugim to źle pojęta miłość. I to nie są żadne nowe wynalazki, ale stare przypadki np. w XVII w. szlachta zatrudniała nauczycieli domowych. I jeśli ich potomstwo nie nauczyło się czegoś to rózgi dostawał... nauczyciel.

    OdpowiedzUsuń
  21. Po pierwsze - masz dzieci, Kiciputku?
    Po drugie - tekst z Polityki jest przez was wszystkich brany zbyt dosłownie, a już szczególnie te nieszczęsne buraczki. Tym burakiem mogło być wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  22. Co byś zrobiła z dzieckiem, które ma 3 lata i kiedy wyleje talerz gorącej zupę na prababcię rży ze śmiechu i wie, że zrobiło źle, ale jest z tego powodu szczęśliwe? I kiedy tłumaczysz, że babcia chciała tylko go nakarmić, a teraz jest jej niemiło, że mokra, że zupka wylana, to młody postanawia babci przyłożyć w twarz talerzem i dusi się ze śmiechu? Albo ma takie hobby podduszać brata (1,5 roku) siadając mu na głowie? A kiedy mówi się "wstań proszę, bo robisz mu krzywdę", to wstaje i zaczyna małego kopać z całej sił w brzuch i w twarz? Dałabyś mu w tyłek? Gdybyś miała takie w domu? Przytulałabyś i mówiłabyś, że to źle, że maamusię boli po tym jak jej pazurami rozrył twarz lepiej niż niejeden kot, kiedy on jest z siebie dumny, głaskała po głowie, czy dała w tyłek/karę? Mamusia tego uroczego stworzenia nie uznaje kar i klapsów oraz podnoszenia tonu, nikomu innemu nie wolno oczywiście też podnieść tonu, więc młody rzuca w ludzi talerzami, potrafi uderzyć dorosłego w twarz z pięści lub talerzem, wyrzuca jedzenie notorycznie za okno, rozbija młotkiem ludziom monitory, a aparatem cyfrowym rzuca o bruk? Może ludzie są przeciwko "bezstresowemu wychowaniu", bo mają takie dzieci w okolicy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Co byś zrobiła z dzieckiem, które ma 3 lata i kiedy wyleje talerz gorącej zupę na prababcię rży ze śmiechu i wie, że zrobiło źle, ale jest z tego powodu szczęśliwe? I kiedy tłumaczysz, że babcia chciała tylko go nakarmić, a teraz jest jej niemiło, że mokra, że zupka wylana, to młody postanawia babci przyłożyć w twarz talerzem i dusi się ze śmiechu? Albo ma takie hobby podduszać brata (1,5 roku) siadając mu na głowie?"

      Zaprowadziła do psychologa. Nie są to normalne zachowania ale reagowanie na nie przemocą? Najgorszy pomysł świata.

      Usuń
    2. "Mamusia tego uroczego stworzenia nie uznaje kar i klapsów" - no i tu leży pies pogrzebany. Czym innym jest kara, czym innym klaps. To w ogóle nie jest ta sama kategoria, więc po co to łączyć? Czym innym jest mityczne bezstresowe wychowanie, czym innym wysyłanie dziecku mieszanych sygnałów i nie próbowanie wychowania go wcale. Karać można nie tylko fizycznie. (i zgadzam się z przedmówcą, jeśli rzeczywiście panuje taka patologia, a nie to co podejrzewam, czyli komentator widzial jedna sytuacje i sobie wyolbrzymił na doktryne wychowawczą, to to sie kwalifikuje na wizyte u profesjonalisty).

      Usuń
    3. Komentator z nim mieszka, pozdrawiam. Widzi codziennie i takie sytuacje zdarzają się codziennie. Mniej lub bardziej. Ostatni wyczyn - młody młodszemu bratu próbował grabkami zrobić gastroskopię. Buzia cała w piachu i w krwi, wyrwałam my grabki i już rodzice mówią, że źle zrobiłam, bo stresuję dziecko. (I pewnie mają rację - wyrywać nie wolno, tak uczymy swoje, ale robił młodszemu krzywdę...)
      I wiem, że kara i klaps to co innego, po prostu chodzi mi o jakąkolwiek reakcję. Żeby to dziecię nie było z siebie dumne! Metodą rodziców jest "Mały nic się nie stało". Ja wiem, że takie dzieci trzeba wyciszać i nie mówię, że trzeba stosować przemoc, ale czasem krzyknąć, chociaż podnieść ton, zareagować ostrzej w momencie, kiedy komuś innemu robi krzywdę - ale nie. Nie stresujemy dziecka. Ew. "tak nie wolno" obojętnym tonem. Bo dla nich bezstresowe oznacza: "powiem mu, ze to złe, ale nie złapię za rękę, kiedy to robi, niech se robi bez konsekwencji".
      Ja naprawdę liczyłam, że może ktoś powie, co by zrobił, a nie "wyolbrzymia sobie".

      Usuń
    4. ''Nie są to normalne zachowania ale reagowanie na nie przemocą?''
      I w ogóle ja pierdzielę - kara czy podwyższenie tonu, zwykłe złapanie za ręke i odciągnięcie (silą nawet), to nie przemoc ani patologia. Ludzie, litości. Nikt nie mówi, że tego małego trzeba lać pasem, ja nie o tym.

      Usuń
    5. W momencie, kiedy dziecko robi komuś krzywdę albo może zrobić sobie, trzeba reagować stanowczo. Wtedy żadne tłumaczenia dziecku nie zdadzą egzaminu. No bo co z tego, że babcię boli? To nie dotyczy bezpośrednio tego dziecka, więc to olewa. Zwykły klaps (nie lanie, ale jako forma przerwania ciągu), krzyknięcie czy gwałtowna reakcja na krzywdę dadzą znacznie więcej. Tłumaczenie zła w tym przypadku to takie chrzanienie. Dziecka to nie obchodzi.

      Usuń
  23. Córka mojej kuzynki miała głupi zwyczaj malowania pisakami po ścianach i dywanach w całym domu. I na nic się zdały tłumaczenia i prośby rodziców, by tego nie robiła. Co chwilę trzeba było zamalowywać ściany, z dywanami było gorzej, bo nie chciały się doczyścić. W końcu matka się zdenerwowała i pomazała właśnie tymi pisakami ulubioną, najdroższą lalkę barbie, tak, że nie dało się tego wyczyścić. Nagle dziecku w zupełności wystarczały kartki papieru.
    Dlatego myślę, że gdy nie pomagają tłumaczenia i dziecko notorycznie źle się zachowuje, należy mu pokazać, że jego zachowanie spotkają konsekwencje. Jak widać, nie musi to być bicie, można znaleźć bardziej przemawiającą do dziecka karę.

    OdpowiedzUsuń
  24. A ja parę razy dostałam w życiu w dupę, nawet pasem. I wiecie co, w sumie prawica ma rację, to się pamięta! Tylko, kurczę, czy jest sukcesem wychowawczym wychowanie sobie nastolatki, która, owszem, zawsze z imprez wraca o tej godzinie, o której kazali, ale nocując u koleżanki obala pół litra? A później (teraz), jako 25-latka wciąż ma za każdego klapsa żal i tryska jadem przy każdej okazji, kiedy można go wypomnieć?
    Owszem, wyszłam na ludzi, nie uważam siebie za jakąś ofiarę przemocy i patologii, bo i nią nie jestem. Ale niech mi starzy prawacy nie wmawiają, że za klapsy z dzieciństwa jest się w przyszłości wdzięcznym. Nie jest się. Wspomina się je jako porażki wychowawcze, jako momenty, kiedy kilkuletnie dziecko zaczyna tracić szacunek i zaufanie dla własnego rodzica. W wychowaniu moich przyszłych dzieci na pewno nie zamierzam tego uskuteczniać.
    A do tego, że bezstresowe wychowanie to jakiś mit bez oparcia w rzeczywistości doszłam jakis czas temu sama, zwykłym eksperymentem myślowym. Owszem, są rodzice, którzy pozwalają dzieciakom szaleć w autobusie i pluć w parku. Czasem są to rodzice, którzy zwyczajnie jakiegokolwiek wychowania zaniechali, maja je gdzieś, pozwalają na wszystko, aż miarka się przeleje i wtedy zresztą zaczyna się agresja słowna i fizyczna, bo najwygodniej jest dziecku niczego nie wytłumaczyć, a potem mieć pretensje, ze samo nie zgadło. Z drugiej strony, polecam czasem spojrzeć na tych rodziców drącego sie w pociągu kilkulatka - czasem są po prostu zmęczeni. Kurcze, rodzic też człowiek, a dziecko, jak to zresztą bylo podkreslone w tekście, to jest dziecko. Czasem mozna na glowie stawać i nic to nie da. Trzeba przeczekać awanturę. Bądźmy dla takich rodziców wyrozumiali, zamiast obgadywać ich po forach internetowych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako Twoja rówieśniczka i osoba wychowywana z klapsami i pasem czuję potrzebę wypowiedzenia się.

      Jako dzieciak byłam koszmarnym bachorem (takim, że gdybym spotkała swoją młodszą wersję to chyba bym udusiła). Zdarzało mi się często dostawać klapsy w cztery litery (tudzież oberwać w tyłek pasem) bo uparta byłam i niereformowalna. Efekt? Bardzo szybko przyswajałam sobie za co można dostać po dupsku i nigdy dwa razy nie zrobiłam tej samej głupoty. Bardzo szybko to podziałało i ostatni klaps w tyłek dostałam zanim w ogóle poszłam do szkoły. Co za tym idzie rodzice bardzo szybko zaczęli mnie potem traktować poważnie. W wieku nastu lat jako jedyna spośród grona szkolnych kolegów i koleżanek miałam swobodę i zaufanie rodziców, którzy nie dawali mi masy zakazów i nakazów, bo uważali mnie za na tyle mądrą bym sama umiała wyciągać wnioski. Nie musiałam wracać do domu o określonych godzinach bo wystarczało, że w razie czego był ze mną kontakt. Jestem obecnie Twoją rówieśnicą i nigdy nie zrobiłam niczego czego bym żałowała. Wątpię bym miała tak dobrą relację z rodzicami gdyby cackali się z tym koszmarnym bachorem jakim byłam i chowali mnie bez stresu.
      Owszem jeśli taka nastolatka dostałaby pasem po tyłku mogłaby stracić szacunek do rodziców. Ale nie 5 letni uparty bachor.
      Bardzo się cieszę, że moi rodzice nie cackali się ze mną i tak - jestem wdzięczna za te klapsy, bo gdyby nie to wpadłabym pod jakieś auto czy co innego. Uważam, że dzięki temu odnieśli wychowawczy sukces.
      Za to wychowawczą porażkę oglądam w postaci koleżanki mojej mamy, która postanowiła wychowywać swojego synka bez stresu i gdy 5letni gnojek latał za swoją opiekunką z nożem mamusia słodko mówiła tylko "kochanie tak nie można" a kochanie miało to w dupie. Gówiarz ma teraz 12 lat i nauczyciele w szkole sobie z nim nie radzą, bo jest absolutnie bezstresowo wychowany, może opluć nauczycielkę, a rodzice powiedzą mu tylko, że się "brzydko zachowuje".

      Usuń
  25. Hej Kiciputku, rozmawiałyśmy na NAKWie, ale nie mogę teraz tego wątasa odszukać, więc odpowiem ci tutaj, pozwolisz?
    Otóż wspomniałam dziękowanie po posiłku, jako że znajduje się ono w cytowanym przez ciebie fragmencie. Zrozumiałam, że odniosłaś się do obu części- odchodzenie od stołu bez pytania o zgodę (no, jeszcze jestem w stanie zrozumieć małe dziecko- bo może nie skończyło posiłku, albo leci napchać się czekoladek, wymaga jednak chyba większej kontroli), oraz dziękowania osobie przygotowującej jedzenie- tutaj dalej będę się upierać przy zachowaniu tej zasady.
    W komentarzach (albo na twoim blogu albo na forum) pojawił się postulat, żeby zdać się na zdrowy rozsądek i empatię, a sztywne zasady odrzucić- moim zdaniem to nie przejdzie, ale trochę zahaczam o SV, a temat na dzisiaj jest- wychowanie.

    Nie znam żadnego dziecka wychowywanego bezstresowo, raczej nieudolnie czy bez wyraźnych granic a wtedy bywają naprawdę inwazyjne. Nie jestem dzieciata, ale wydaje mi się, że można wychować dzieci bez wzbudzania w nich strachu czy wstydu, niewątpliwie jest to bardziej pracochłonne.

    OdpowiedzUsuń
  26. Wypowiedzi cz 1 (sie produkowałam, a tu ogranicznik ilosci znaków, bleee)

    Wszystko zależy. Przyznaję, jestem osobą anty-dzieciową - staram się unikać ich jak ognia, nigdy nie zamierzam ich mieć etc. - ale do nich jako-takich USIŁUJĘ podchodzić z głowa, traktować w porządku... I w tym usiłowaniu zauważyłam, że częściej wnerwiają mnie rodzice niż dzieci. Z tym, że nie nazwałabym egzemplarzy mnie wkurzających rodzicami bezstresowymi (chociaż autentycznie ich dzieciaki nie zaznają stresu) tylko "nie chce mi się" lub "nie umiem".
    Tak, dzieci to tylko dzieci. Powinny mieć prawo wybrudzić się jak małe wieprzki, drzeć na placu zabaw jakby mordował ich socjopatyczny morderca, zadręczać miliardami pytań, wyć jak syreny, kiedy stało im się kuku, grymasić i "paść kozły", gdy są przemęczone, ale to z ograniczeniem. Mogą też grymasić albo odmawiać zjedzenia rzeczy, których nie lubią, chyba, ze "nie lubię odnosi się do wszystkiego co nie jest fast foodem/słodyczami. Mają do tego prawo (przynajmniej w granicach rozsądku i pewnych granicach wiekowych). Jednak mają też obowiązek zachowywać się jak ludzie w miejscach publicznych. Pijąc do raczej młodszych osobników - dziecko nie powinno ryczeć i biegać w kółko, zaczepiać obcych, źle się odnosić do innych ludzi lub rodziców. Bo to raz widziałam jak rodzice o obojętnością przypatrywali się jak gównażeria rozrabia, inni wokoło mają ochotę porozrywać bachory na małe, krwawe strzępy, ale siedzą cicho w imię złej myśli "to przecież dzieci są". Czasami się ktos odezwie, ale w tym momencie często protoplaści małego terrorysty (którzy nie raz sami dostają kopniaki i plaskacze od dzieciaka-terrorysty) wyskakują z wrzaskiem, i ryczą jak lwy bo ktoś śmiał urazić ich "tak ekspresywne cudo" lub ich samych jako rodziców. Ma się ochotę kałacha wyciagnąć.
    "Bicie porażka wychowawczą". Tu to się uśmiałam. Dziecko w odpowiednich sytuacjach powinno dostać w tyłek i to porządnie. Głównie w takich, kiedy nie rozumie, że czyni komuś krzywdę/szkodę lub naraza sie na bezpieczeństwo. Dajmy na to, dzieciak dłubiący w kablach pod napięciem, taki sześciolatek np. podchodzi rodzic i mwi "nie rób, bo cie prąd kopnie" etc, itp, itd. a on dalej swoje. Kolejne uwagi, tłumaczenia nie pomagają. Wyjście - zabudować kable, przy czym nie jest pewne, ze mały McGywer nie rozgryzie i tak jak się do nich dobrać lub pozwolić się dzieciakowi usmażyć, lub dać mu taki wpieprz, zeby długi okres czasu kojarzył taką dłubaninę z czymś bolesnym i upokarzającym. Człowiek się uczy przez doświadczenie. Kiedys jak dziecko nie słuchało rodzica było zjadane, wpadało pod kombajn etc i otrzymywało ostateczne doświadczenie, raczej już bezuzyteczne. Potem, w zastępstwie zaczęto używać klapsów, żeby malec przeżył i zrobić Darwinowi na złość.

    OdpowiedzUsuń
  27. wypowiedzi cz2
    Tyle jeśli chodzi o autozagrożenie, a o robienie krzywdy innym... Otóż rodzimy się socjopatami, nasza zdolność do empatii rozwija się z czasem, za to ciekawość i radość z dziwnych reakcji jest juz na miejscu. Dziecko bawi, ze człowiek ukłuty igłą wrzaśnie. Niektóre dzieci przestaną, jeżeli wyjaśni im się, ze to boli, inne nie... Kuzynka miała tak z ciągnięciem innych za włosy, do czasu aż ciocia nie straciła cierpliwości i nie wytargała jej za kudły, wtedy mała zrozumiała, co to znaczy. Ja ciągnęłam dziadkowego psa (tak spokojny owczarek niemiecki, że zastanawiam się teraz czy nie był całe życie na walium) psa za uszy, az ten popiskiwał z bólu, do czasu aż dziadek i mnie nie wytargał w podobny sposób. No i dwa fajne przykłady z niedawnej przeszłości, jeden bezpośrednio mnie dotknął i niezbyt chlubny. pociąg, na przeciw mnie kobieta z dziewczynką. Ok pięć lat, blond włoski, lalunia jak z obrazka. Z tym, że głośna i wiercąca się, ale "to dziecko" W tych granicach miała prawo do uciążliwego zachowania... Do czasu aż mnie zaczęła kopać machając kulasami. Zwróciłam jej uwagę - nic. Zwróciłam uwagę jej matce, ta upomniała dziewczynkę i... mała zaczęła już z premedytacją celować w moje nogi. Jeszcze raz upomniałam kobietę, ta stwierdziła "da pani spokój to dziecko, musi wyładować energię". Dziecko, które właśnie się uczy, ze może wszystko. Nie wytrzymałam i oddałam jej, porządnie kopnęłam dziewczynkę, az ta podskoczyła, ale chyba ze strachu nie wozpłakała się, tylko przytuliła do matki. Matka na mnie z gębą, a ja na to "musiałam wyładować energię i... frustracię". Po paru wrzaskach obie się przesiadły. Może zachowanie z mojej strony nie chlubne, ale jak tydzień potem trafiłam na tę parkę to dziewczynka nie odwalała tego typu numerów, siedziała jak porcelanowa lalka. No i nauczyła sie, ze nie może wszystkiego, nawet jeżeli rodzice jej na wszystko pozwalają. Że świat jest ma ograniczoną cierpliwość dla tych, którzy nie stosują się do norm.

    OdpowiedzUsuń
  28. wypowiedzi cz 3

    Druga sytuacja zaobserwowana: tłukło się dwóch (na oko) ośmiolatków, a właściwie jeden był tłuczony przez większego i silniejszego osobnika. Ruszyłam tłuste dupsko aby ingerować (dzieci nie lubię, no ale czasem trzeba), ze mną jakaś kobita, no ale ubiegła nas dziewczyna, dwa-trzy lata starsza od chopaków, jak się okazało siostra bitego. Wzięła i panu dręczycielowi sprawiła niezły łomot. Widząc, ze sytuacja opanowana, a dzieciak odbiera solidną lekcję zawróciłam, ale kobieta podeszła do nich i ze skrzyżowanymi rękoma to obserwowała - nie robiła absolutnie nic, tylko patrzyła. Wtedy nie dawny dręczyciel, wyjący jak syrena do kobiety "mamo, pomoż, maaamaa...". Na to mamcia: "nie pomogę, bo masz to na co zapracowałeś. Widzisz, jak fajnie jest być bitym przez kogoś większego? Widzisz? Miło ci?" Rozwarłam usta, siostrzyczka ofiary przestała lać dręczyciela i z szokiem w oczach na babkę. Mama do niego: "a teraz do domu. Na miesiąc zapomnij o komputerze". Pierwszy raz w życiu spotkałam obcą mamuśkę, której miałam ochotę przybić piątkę.
    Oczywiście lanie za każde przewinienie nie jest opcją, najlepszą metoda wychowania jest metoda kija i marchewki, ale jedno i drugie powinno być adekwatne do kontekstu. No i solidny klaps, czy nawet lekkie przetrzepanie tylca paskiem to nie to samo co tłuczenie dziecka do nieprzytomności albo wprowadzanie terroru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tej matce sama z chęcią przybiłabym piątke! W szkołach jest mnóstwo oprawców, z którymi potem nie radzą sobie rodzice, koledzy, nauczyciele. Chłopak odebrał dobrą lekcję. Szkoda, że większość matek wykrzyczałaby "co pani robi?" i broniłaby biednego synka, co tylko by wzmocniło skłonności do znęcania. Dobra historia.

      Usuń
  29. wypowiedzi cz 3
    A co do oburzenia na powyższy wycinek z gazety (btw raczej unikałabym wrzucania nastolatków i dzieci do tego samego worka. Od ok 12stego roku życia zaczyna się całe to hormonalne piekło i metody wychowawcze powinny byc (w oczach osobniczki teoretyzującej, posługującej się jedynie obserwacjami, a nie doświadczeniem) wtórnie dostosowane do danego osobnika.), to powiem tak. Nie znasz kontekstu, a on wiele znaczy:

    "I odmawia zjedzenia obiadu, bo nie lubi buraczków" - tu się zgadzam z tobą. Nie wszyscy muszą wszystko lubić

    "Wstaje bez "czy mogę" i "dziękuję". Siedzi niechlujnie, podpiera się, podkula nogi." - nie znasz rodziny, do której przyjeżdżała. a nóż wujostwo jada przy wspólnym stole w tradycyjny sposób z kurtuazjami. Nawet niezbyt bystry dzieciak, ba nastolatka (w patologiach już takie dzieci rodzą) powinna się zorientować, ze tu trzeba dostosować zachowanie do otoczenia.

    "Nie przychodzi jej do głowy pomóc w nakrywaniu, sprzątaniu, zmywaniu." - tu się też zgadzam z tobą, bo sama przerabiałam. Dla niektórych poproszenie to abstrakcja, wymagają jasnowidztwa połączonego z wolontariatem

    "Nie ma w zwyczaju odpowiadać pełnym zdaniem." - tu taka sama odpowiedź jak przy sytuacji z obiadem. Jeżeli wszyscy w rodzinie wujostwa mówią pełnymi zdaniami, kultywują sztywniejszą kulturę wypowiedzi, to większość kretynów zorientowałaby się, że należy dostroić swoje wysławianie.

    "Wcina się ze swoimi problemami i uwagami w rozmowy dorosłych." - są rozmowy dorosłych takie, w których jest dopuszczalna, a nawet mile widziana uwaga młodszego i takie w których nie, gdzie dopuszczalne jedynie słuchanie. Większość łatwo rozpoznawalna po tonie. Wyobraź sobie - rozmawiasz na poważniejszy temat z kimś w równym wieku, a tu dziecko wcina się nieustannie ze swoimi uwagami i pytaniami. Wytrąca z tematu, przeszkadza jak kamień w bucie. Zresztą i kiedy ktoś dorosły wtyka się, gdy rozmawiasz z kims prywatnie, na temat, który trzeciej osoby nie dotyczy, to też wkurza, prawda? No a trudno, żeby wszystkie prywatne rozmowy prowadzić, przy zamkniętych drzwiach. No a takiego nie wtykania powinno się uczyc od najmłodszych lat, prawda? Oczywiście, są wyjątki dla uwag, ktore autentycznie mogą wnieść coś wartościowego do rozmowy, no ale gdyby wyżej wspomniana dwunastolatka takimi zarzucała, raczej (RACZEJ) nie byłoby skargi.

    "Nie patrzy w oczy podczas rozmowy. Jest niewychowna." dodawszy do tego uwagi o trzaskaniu drzwiami, braku podziękowania za prezenty i fochów co do ich rodzaju, to cóż... tak, jest niewychowana. Może nie zupełnie niewychowana, ale na tyle, aby być pozbawioną taktu na pewno.
    Właściwie, jedynym całkowicie absurdalnym, niemal z kosmosu, zarzutem jest to o chichotaniu. Tu, przyznają, zrobiłam "WTF?".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aj waj, anonimowa - napracowałaś się, dusze i sercę włożyłaś - a i tak Cię kiciputkowi krzyżowcy żywcem zjedzą.

      Bo "czy to naprawdę taki problem, że siedzi krzywo przy stole" oraz pogratulują Ci że skopałaś "słabe, bezbronne" dzieciątko. I że ograniczasz ekspresję jakimś przestarzałym savoir-vivre'em.

      Wstydź się i sio się napiętnować. Na nic twe żale, zrozumienia tu nie znajdziesz! Jeszcze, tfu, bestronności i obiektywizmu Ci się zachciewa pewnie, tak? Faszystka.

      Usuń
    2. A niech zjedzą. Sadła mam za duzo, to zapcha im arterie i zemsta będzie moja. I "bezbronne dzieciątko" mogłam nie tylko kopnąć ale i porwać, żeby upiec jego mięsko na ruszcie, a kości zemleć na chleb jak to antydzieciowe zimnoserduchowe wiedźmy robią w opinii społeczeństwa ;) Wystarczy mówić "nie lubie dzieci, nie chce mieć dzieci" i sie po pewnym czasie robi odpornym na zjadanie.

      A tak serio, jaki sens jest wrzucać tylko lajkowalne komentarze? Kiciputkowe wpisy lubie, z jednymi się z gadzam z innymi nie, a jak mam przemyślenie to pisze. W razie czego wywołam ciekawą internet fight lub pośmieję się z hejterów.

      Usuń
    3. Ja przeczytałam całą wieloczęściową wypowiedź i bardzo mi się spodobała. Jest po prostu ŻYCIOWA i mądra. Wyidealizowane teorie z książek (dzieciaczki są słodkie i wystarczy im wszystko wytłumaczyć) sobie, a życie codzienne swoją drogą.

      Usuń
  30. A ja bym tylko chciała, żeby ktoś wrzucił mi na pokazywarkę, albo inne coś komiks, bo żadna z moich przeglądarek nie chce mi go pokazać :(

    OdpowiedzUsuń
  31. Drogi Kiciputku,
    kiedyś byłam taka jak Ty - miałam teorię wychowania dzieci w małym palcu i wszystko wydawało mi się proste. Z politowaniem patrzyłam na mamuśki ryczące na swoje cherubinki w piaskownicach, tatusiów ciągnących po podłodze córeczki przez całą długość działu z zabawkami. Każdą sytuację umiałabym rozpracować, wiedziałabym co powiedzieć, jak wytłumaczyć, jak uspokoić... W teorii. Bo kiedy zostajesz rodzicem absolutnie NIC w wychowaniu dzieci nie jest takie jak się wydawało - nie ma książkowych przykładów, a ty nie jesteś swoim własnym psychoanalitykiem i nie zawsze umiesz "na chłodno" ocenić dana sytuację. Zostając rodzicem nabierasz DUŻO więcej wyrozumiałości zarówno dla innych rodziców, jak i do swoich rodzicieli... Bo czasem pomimo, że kochasz swoje dzieci najbardziej na świecie, nieba im przychylasz, robisz kanapeczki, kupujesz zabawki, wysyłasz na wakacje, hołubisz, tłumaczysz spokojnie, głaszczesz na dobranoc, dziecko zrobi Ci coś takiego, że pomimo iż kochasz je najbardziej na świecie, to masz ochotę wyrzucić przez okno i zrobić nowe. Tą frustrację i ambiwalencję zna każdy rodzic i różne rzeczy z nich wynikają, podejrzewam, że u niektórych klapsy i, chociaż sama swoich dzieci nie biję, jestem w stanie po części to zrozumieć. Polecam lekturę książek Leszka Talko, która może w pewnym stopniu przybliżyć czym jest wychowanie.
    W każdym razie arbitralność Twojego postu wprawia mnie w poważną zadumę - każdy ma prawo (i to, o zgrozo, konstytucyjne) wychowywać dzieci według własnych przekonań - a to oznacza, że ma prawo wymagać szacunku, bo o szacunek cała notka z Polityki się przecież rozbija, (do pracy - bo ktoś do jasnej ciasnej te buraczki nieszczęsne przygotował i pod nos podsunął, do siebie, do miru domowego, ba nawet dla konwenansu ma prawo, a jakże). Nikt tu się przecież nie znęca, nie łamie praw Małego Człowieka - proste sprawy codzienne sprawy omawiamy. Myślę, Kiciputku, że ciągle wczuwasz się w sytuację tego dziecka z buzią pełną niechcianych buraczków. Niepotrzebnie, bo prawda jest taka, że w 99,9% dzieci nie potrzebują adwokata - nikt przecież nie chce ich krzywdy, wręcz przeciwnie.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam pojęcia, jakie wyzwania będą mnie czekały jako rodzica, nie mam pojęcia jak zareaguję w nerwowych sytuacjach. Bycie rodzicem to hardkorowy sport i ciężko przewidzieć swoje reakcje. Każdy ma prawo do błędów - sęk w tym, żeby te błędy traktować właśnie jak błędy i przyznawać się do nich przed sobą, a nie dorabiać sobie do nich narrację i robić z nich powód do dumy. Jak się zachowam w konkretnej sytuacji - nie wiem, ale wiem, do jakiego wzoru chcę dążyć. Znam rodziców traktujących dzieci z szacunkiem i czułością, znam rodziców, którzy budują swój autorytet inaczej niż bólem i poniżeniem - i do tego chcę sama dążyć, bo znam ich dzieci i wyrastają na zajebistych ludzi.

      "Każdy ma prawo wychowywać dzieci według własnych przekonań" - każdy ma też prawo te przekonania wyśmiać. Na litość, nie odmawiam przecież nikomu żadnych konstytucyjnych praw, nie piszę o znęcaniu się. To po prostu prześmiewcza notka na blogasku. No big drama. Deal with it.

      Usuń
  32. Sluchajcie ale wychowanie to bie jest warunkowanie. Wychowanie polega na tym ze dziecko rozumie dlaczego cos robimy albo czegos nie i decyduje sie postepowac podobnie. Nie jest sztuka wbic klapem ze prEz ulice idziemy za raczke. Chodzi o to by dziecko idac bez nas nadal nie przebiegalo. By rozumialo dlaczego nie prsebiegamy. Nigdy. Oczywiscie zdarzenie sie reorii z praktyka bywa bolesne ale gdy ktos roxumie ze bic nie wolno albo nie bedzie bic w ogole kopnie krzeslo walnie poduszke czy w stol albo jak juz mu sie zdarzy prseprosi bedzie sie wstydzil itd. Bo nie chodzi o to by nie poplniac bledow ale by rozumiec ze to sa bledy.

    OdpowiedzUsuń
  33. no proszę, a ja jestem z tych, którzy za młodu zawsze musieli pytać o wstanie od stołu, a i nauczono mnie, że zasady dyskusji rządzą się swoimi prawami (i że dołączenie do rozmowy jest ok, ale wcinanie się z innymi tematami już nie, i że zawsze trzeba być uprzejmym dla rozmówcy). szczerze? chwalę sobie takie wychowanie. nie tylko ja musiałam szanować dorosłych, ale i oni szanowali mnie. liczyli się z moim zdaniem, jeśli tylko było należycie wyrażone. i wiecie co? całe moje dorosłe życie potwierdza, że dyplomacją i savoir vivrem można osiągnąć znacznie więcej (i łatwiej), niż tupiąc nóżkami

    OdpowiedzUsuń
  34. Taka sytuacja. Znam dwie odziecione koleżanki. Jedna ma dwójkę maluszków - jeden jeszcze ledwo mówiący - którym pozwala na wszystko i słucha, co mówią, druga ma dziecia, któremu wszystkiego zabrania i często strofuje. Dwójka maluszków jest supergrzeczna i komunikatywna, a to drugie małe wiecznie ma na coś focha.
    Ktoś coś tutaj robi dobrze i chętnie pozwoliłabym sobie na dłuższą obserwację.

    OdpowiedzUsuń
  35. A tak w ogóle to ten list jako żywo przypomniał mi wierszyk, bo problem nie jest nowy i już starożytni Rzymianie, ehem, klasycy o nim pisali.
    http://www.interklasa.pl/portal/dokumenty/kolorowe_strony/d15.htm

    OdpowiedzUsuń
  36. Wiem że to już archeologia, ale jakoś nie potrafię przejść koło dyskusji obojętnie. Otóż z dniem dzisiejszym odkryłam że moi rodzice są gorliwymi wyznawcami "prawdopośrodkizmu" w tej materii. Czyli okazuję się porażką wychowawczą...

    Tylko dlatego że za zdaniem "klaps nie jest niczym złym" dla uprzedzonych kryje się rzymskie 40 batów bez jednego. Tymczasem można dziecku wytłumaczyć co robi źle i dlaczego, po czym ostrzec jeszcze raz, a ewentualny brak reakcji zwieńczyć pacnięciem w tyłek.

    Dostałam klapsa nie jeden raz i nie nazwałabym wrażenia po nim "cierpieniem". Za to wiedziałam że jeśli rozmażę podkład mamy po całej łazience, samowolnie wybiegnę na ulicę podczas spaceru albo nie zabiorę zabawek ze środka salonu to może być przypał.

    Ciekawostką jest że zdarzały się sytuacje w których z perspektywy czasu wolałabym dostać klapsa wcześniej, bo może uchroniłoby mnie to m.in przed szarpaniem za rączkę garnka, w którym akurat wrzało mleko. Bo klaps bolałby minutę, a oparzenia zostały do dziś.

    A zabroń tu dziecku komputera jeśli nie posiada takowego, deseru którego i tak nie je, lub ukarz typ samotnika chwilą odosobnienia...

    Zwykły klaps to nie jest przemoc, a wiele wypowiedzi o "bezstresowym wychowaniu" prowadzi rodziców do wniosku że skarcone dziecko to niekochane dziecko i że dla prawidłowego rozwoju dziecka, trzeba mu pozwalać na wszystko. Błąd który z tego co widzę kosztuje bardzo dużo zarówno dziecko jak i rodzica...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. Prawo do wypowiedzi dla dziecka: proszę bardzo. Niestety ani dziecku ani dorosłemu nie powinno być wolno wcinać się w czyjąś wypowiedź nie powiązanym z wydarzeniem darciem japy, tylko dlatego że uwaga wszystkich obecnych nie jest akurat skupiona na rzeczonym drzącym elemencie...

      Usuń
  37. Ech. Ja mam wrażenie, że tu się bardzo miesza pojęcie bezstresowego wychowania z błędnymi nawykami i wymogów stawianych dziecku z laniem go po tyłku. Świat nie jest czarno-biały. Mam wrazenie że obie wypowiedzi - ta cytowana i kiciputka powstały na fali "swiętego gniewu i oburzenia". Rodzic poza stworzeniem dziecku wspaniałego dzieciństwa musi tez zadbać by to dzieciństwo dało mu zdrowy i dobry start na resztę życia. Co czasem wymaga gotowości do starcia się z jego niezadowoleniem i naburmuszeniem.


    Nieszczęsne buraczki - paradoksalnie jest to temat bardzo mocno teraz wałkowany w medycznym środowisku i coraz głośniej i z większym przerażeniem podnoszony przez dieteyków współpracujących z dziećmi. Problem polega nie na tym, że każdy ma prawo jakiegoś smaku nie lubić (bo tak przecież jest), ale na tym, że dzieci od pewnego momentu w swoim zyciu bardzo silnie jedzą "oczyma"a także boją się nowych smaków, co w efekcie daje często grymaszenie nie poparte kwestią realnego poczucia smaku, tylko wyobrażeniami, typowym okresem "nie" w rozwoju dziecka albo walką z rodzicem o dominacje. I tu pojawia się częsty problem - po jednej próbie włączenie do diety dziecka nowego produktu zakładamy, że "ble" i na bok. (pominę osobistą chęć mordu wobec wygłaszanych przez dorosłych tego typu komentarzach na głos, przy latorośli, bo takie jest własne przekonanie). Może dla Was brzmi to błaho, bo został przytoczony przykład jedynie buraczków, ale skala zaburzeń żywienia, niedożywienia (sic!) i zdominowania diety u dzieci przez np. cukry jest naprawdę przerażająca. Brak krytycznego podejścia rodzica do dziecięcego grymaszenia naprawdę czesto kończy się ogromnymi niedoborami składników w diecie.

    Co do mocno aspołecznych zachować zaprezentowanych przez dziewczynkę - jasne, że ma prawo mieć własne zdanie i chęci, ale dzieci są bezkrytyczne do własnego zachowania i nie czuja pewnych zjawisk, bo te umiejętności przychodzą z czasem (patrz np. mali narciarze na stoku, którzy nie czują lęku i nie sa w stanie zrozumieć pewnych związków przyczynowo-skutkowych). A utrwalenie postawy aspołecznej, bez kształcenia w dziecku empatii i umiejętnosci podejmowania zdrowych relacji między ludżmi nie prowadzi do niczego dobrego. Z pustego to i Salomon nie naleje - jeśli sami nie uczymy dziecka pewnych zachować to nie liczmy na cud. Poza tym - kto z Was lubi jeść posiłek w restauracji z maniakiem komórkowego FBuka?

    W większości zawodów umiejętności interpersonalne maja OGROMNE znaczenie. Nawet sam nawyk nie patrzenia w oczy rozmówcy jest fatalny. Pewnie wiecie, że udowodniono, że nie patrzenie rozmówcy w oczy jest jednym z najsilniejszych sygnałów budzących nieufność. Ale niepatrzenie w oczy może być też sygnałem zaburzeń lękowych i nie powinno się tego ot tak olewać, tylko zastanwoić co jest grane i popracować z dzieckiem.

    Kształcenie w dzieciaku zrozumienia dla wartości pracy, otrzymywanych rzeczy czy wysiłku włożonego przez drugą osobę w daną rzecz nie zabije go, tylko na starsze lata da większe poczucie własnej wartości, realne oczekiwania wobec Świata i brak frustracji tym, że tenże Świat nie jest na każde skinienie ;).

    BTW. Wiecie że w przypadku pracy z dzieciakami o zaburzeniach koncentracji i nadpobudliwości często zaczyna sie prace własnie od wysiedzenia przy stole przy posiłkach? I jak wielki wpływ na dalszy rozwój ma opanowanie właśnie takich prostych wydawałoby się umiejętności?

    Dziecko ma prawo się chichotać, nie rozumieć problemów dorosłych, nie znać wszystkich zasad etykiety itd, ale my musimy dbać o to, by nasze "bezstresowe wychowanie" nie było wychowaniem pozbawionym nauki i korekty niezdrowych nawyków które obserwujemy.

    OdpowiedzUsuń