Kącik Kiciputka

sobota, 29 sierpnia 2015

Meandry empatii



O ile łatwiej jest bronić życia jako abstrakcyjnej idei, której bronić można kosztem cudzego życia i zdrowia. Konkretne, istniejące życia są nie warte nawet złotówki z budżetu.

Żyjemy w smutnym świecie ludzi, dla których uchodźca jest bardziej "obcy kulturowo" niż blastocysta.

czwartek, 16 lipca 2015

Ratujmy kobiety, nie cycki




Od dłuższego czasu krąży po sieci taki rysunek, którego nie będę tu przeklejać, bo mam szczerą nadzieję, że przepadnie w końcu w odmętach internetu. Rysunek przedstawia dwie nagie dziewczyny w towarzystwie obślinionych z podniecenia chłopaków i hasło: "Kobieto, zbadaj cycki! Cycki są fajne!". Niby ok. Cycki trzeba badać. Ale czy trzeba mi przedstawiać wizję obślinionego na ich widok faceta, żeby mnie do tego przekonać? Czy naprawdę o to chodzi w profilaktyce raka piersi? Nie zrozumcie mnie źle - wiem, że piersi są atrakcyjne seksualnie dla większości facetów i nie mam z tym problemu. Nie ma też nic złego w chęci podobania się mężczyznom. Ale proszę, ludzie, może nie mieszajmy seksualności do tematu raka piersi? Tutaj chodzi o ludzkie życie. Nie skupiajmy się na ratowaniu "fajnych cycków", tylko na ratowaniu kobiet. A co, jeśli po przeprowadzeniu badań niezbędna okaże się mastektomia? Czy ktoś pomyślał, jak czują się kobiety po mastektomii trafiając w sieci na taki durny obrazek? Takie memy mają wpływ na to, jak ludzie postrzegają operacje usunięcia piersi, a jeśli myślicie, że przesadzam, to przypomnijcie sobie falę hejtu na Angelinę Jolie, po tym, jak przyznała, że poddała się zabiegowi.



Kolejny przykład. Znacie SA Wardęge? To ten popularny koleżka z youtube'a, od tych śmiesznych - he, he - filmików z psem pająkiem. Szczerze mówiąc nigdy nie lubiłam "pranków" polegających na straszeniu/zaskakiwaniu nieświadomych przechodniów i mam tylko nadzieję, że są to podstawieni statyści, albo że jeden z "nabranych" kiedyś w końcu odprocesuje któremuś takiemu cwaniaczkowi dupę. Ale to jeszcze nie jest najgorsze, bo w jednym ze swoich wczesnych filmików pan Wardęga przeszedł samego siebie i wymyślił, że bardzo śmiesznym dowcipem będzie łapanie obcych dziewczyn za piersi bez pytania. Creepy? Ależ skąd! Wszystko przecież w ironicznym kostiumie Boobsmana i w szlachetnym celu - szerzenia świadomości na temat profilaktyki raka piersi. 

Aha.

Mam do was prośbę, nie szukajcie tego filmu, jeśli jeszcze go nie znacie. Nie oglądajcie go i nie nabijajcie odsłon. Jeśli chodzi o reakcje dziewczyn złapanych znienacka za cycki - większość jest wyraźnie zaskoczona i zmieszana. Chyba tylko jedna broni się uderzeniem Wardęgi w twarz, jednak większość reaguje nerwowym chichotem. I to jest główny argument obrońców tego filmiku: "No przecież dziewczyny się dobrze bawią, nikt nie ma nikomu za złe, to w czym jest problem? Przecież same się śmieją!". Ale wiecie co? Sama nie wiem, czy nie zareagowałabym w takiej sytuacji podobnie. Bo zaskoczenie, bo nerwy, bo kamera, bo cały youtube pomyśli, że jestem sztywniarą bez dystansu do siebie. Nie wiem, w jaki sposób próbowałabym wybrnąć z takiej żenującej sytuacji. A nawet jeśli dziewczynom pokazanym akurat w filmie faktycznie się podobało - to co z tego? Czy w takim razie akceptujemy teraz łapanie obcych kobiet za biust bez pytania? Czy wystarczy wspomnieć coś przy okazji o raku piersi lub głodzie w Etiopii i możemy sobie pomacać każdego przechodnia?

Jeszcze jedna sprawa - jednym z ważnych czynników ryzyka w przypadku raka piersi jest wiek. Gwałtowny wzrost zachorowań obserwuje się po trzydziestym piątym roku życia (czy któraś z dziewczyn była w ogóle po trzydziestce? raczej nie), ale i tak liczba zachorowań jest stosunkowo rzadka przed okresem przekwitania. Co znaczy, że najbardziej zagrożone są kobiety po pięćdziesiątce. Czy szlachetny Boobsman wziął to pod uwagę? Czy łapał znienacka za piersi starsze panie, nakłaniając je do profilaktyki? Nie. Bo przecież nie ma żadnych złudzeń, że nie chodzi wcale o walkę z rakiem piersi, tylko o nabijanie odsłon na youtube'ie molestowaniem młodych dziewczyn w przestrzeni publicznej. Nie ma więc po co ukrywać, że pan Wardęga to po prostu pospolity creepster, któremu wydaje się, że może obmacywać kobiety bez pytania, bo ma kamerę, głupi kostium i naciąganą wymówkę. 

To samo dotyczy wspominanego wcześniej rysunku. Czy obwisłe, pomarszczone piersi staruszki, do których nikt się nie ślini, warto badać? Czy skoro nie są "fajne" to już nie ma sensu? 

Wiem, że wielu komentujących pod tym tekstem będzie próbowało tłuc chochoły w stylu "feministki chcą, żeby kobiety chorowały na raka w imię walki z seksizmem". Albo "co z tego, że seksizm, skoro działa". Otóż problem w tym, że nie działa.  Wierzę, że da się stworzyć mocną kampanię profilaktyki raka piersi bez seksualnych skojarzeń, a tym bardziej - bez poniżania kobiet. Akcje w takim wydaniu są po prostu szkodliwe i wstrętne. 


PS: Żeby uniknąć nieporozumień, zaznaczę, że omawiany na początku rysunek nie jest autorstwa Roberta Adlera (twórcy boli.blog), tylko Agi Robakowskiej, która najwyraźniej tak dobrze "wstrzeliła się" w jego stylistykę, że ciągle jest z nim mylona. Ja nia miałam problemu z odróżnieniem jej kreski od kreski Adlera, ale w sieci ktoś ciągle przypisuje temu durnemu obrazkowi źródło "boli.blog" więc wolałam rozwiać wątpliwości.

PS2: Krótki research uświadomił mi, że Aga Robakowska stworzyła także nagłówek dla strony placówki wykonującej usg piersi. Nagłówek przedstawia lekarza goniącego dziwnie wykręconą półnagą kobietę. Wygląda tak. Proszę państwa, właśnie zabrakło mi słów. Odnotujcie ten dzień. 

niedziela, 12 lipca 2015

Specyfika pracy rysownika

Jestem świeżo po korekcie laserowej prawego oka. Gojenie przebiega w miarę szybko i sprawnie, ale jeszcze przez kilka dni rysowanie cyfrowe będzie dla mnie nieco zbyt upierdliwe. Wyjątkowo podzielę się więc swoimi przemyśleniami w formie pisemnej (jak zwierzę!).

Zanim przejdę do rzeczy, muszę zaznaczyć, że kiedy ludzie pytają mnie, jak zostać zawodowym rysownikiem, zawsze odpowiadam: rysować, rysować, rysować, rysować. Dużo rysować. Tego się po prostu nie da inaczej zrobić. Nie ma żadnych sztuczek, a jeśli są - to marne. Trzeba przełamać pokusę prokrastynacji i perfekcjonizm. Wielu ludziom się wydaje, że perfekcjonizm tak naprawdę jest czymś fajnym, ale nie jest. Kompletnie sabotuje pracę rysownika, zwłaszcza na wczesnym etapie. Na wielu poziomach bycie wprawnym artystą polega na dokańczaniu prac i projektów, które zdążyło się szczerze znienawidzić i na unikaniu pętli wiecznych poprawek i szlifów.

Praca rysownika jest generalnie dość ciężka, często żmudna i raczej słabo płatna. Plusem jest możliwość załapania się na trochę chwały i uznania, jeżeli jesteście dobrzy i akurat was to kręci. Ale ogółem to raczej ciężka praca i każdemu polecałabym zastanowić się dwa razy przed wybraniem takiej ścieżki kariery. Jest to branża, w której ciężko o etat, a bycie prekariuszem (czy też freelancerem, jak ktoś woli) wiąże się z oczywistymi upierdliwościami. Brak urlopów i zabezpieczeń socjalnych, nieregulowany czas pracy i całkowity brak możliwości zaplanowania przyszłości na dłużej niż kilka miesięcy do przodu (nigdy nie wiadomo, kiedy wpadnie kolejne fajne zlecenie). Nie mówiąc już o takich fantazjach jak kredyt hipoteczny. To wszystko są jakieś nieistotne pierdoły, kiedy się jest beztroskim studentem, podjaranym pierwszą wynajętą kawalerką. Ale czasem tak bywa, że z wiekiem zaczyna się wymagać od życia trochę więcej. Trzeba to brać pod uwagę.

Ja wybrałam sobie takie właśnie życiowe zajęcie, mimo tych wszystkich śmieszków od fistingu Niewidzialną Ręką Rynku, według których ASP to fabryka bezrobotnych hipsterów. Zupełnie nie obczajam tego memu - artyści istnieją od początków cywilizacji i zawsze są potrzebni. Nie tylko do tworzenia wielkich, poruszających serca i umysły dzieł. Prawie wszystko w naszych czasach potrzebuje oprawy wizualnej. Każda firma, każdy event, każdy film, każda reklama czy kampania, każda książka, każda gra, Mamy co robić. 

Problem polega na tym, że jako ulubione medium wybrałam sobie komiks, ale wybrałam je z pełną świadomością, jak malutki jest polski rynek komiksowy. Dlatego raczej nikogo nie zdziwię, jeśli przyznam, że komiks nie jest bynajmniej moim głównym źródłem utrzymania. Żyję raczej z ilustrowania i okazjonalnych romansów z branżą reklamową. Patrząc w przyszłość nieśmiało snuję sobie plan życia z tworzenia książek dla dzieci i sprzedaży obrazów. 

Osób żyjących w Polsce wyłącznie z samego rysowania komiksów znam dosłownie kilka. Niektóre tworzą komiksy sieciowe, zarabiając na ich papierowych wydaniach, sprzedaży gadżetów, akcjach crowdfundingowych lub patreonie. Inni rysują komiksy na zlecenie zagranicznych wydawnictw, głównie na rynek frankofoński. Rynek komiksowy we Francji i Belgii jest ogromny. Naprawdę wielki. Przy czym praca zdalna zdalna z wypłatą w euro niesamowicie się opłaca, kiedy mieszka się w Polsce, gdzie koszty życia są tak niskie. Francuscy wydawcy o tym wiedzą, dlatego tamtejsi agenci komiksowi (czy to nie piękne, że funkcjonuje taki zawód?) regularnie odwiedzają polskie festiwale w poszukiwaniu utalentowanych rysowników. Warto więc pomyśleć o takiej ścieżce kariery. 

Trzecim znanym mi sposobem na życie z komiksu jest tworzenie plansz w technice tradycyjnej, bez nastawiania się na wielkie zyski ze sprzedaży, odbijając sobie za to na sprzedaży oryginalnych plansz. Polski rynek oryginałów całkiem nieźle się ostatnio rozkręca, między innymi dzięki działalności stron typu Artkomiks, które pośredniczą w sprzedaży między kolekcjonerem a artystą.

Wróćmy do samego rysowania. Jest taki etap, przez który przechodzi każdy wannabe rysownik. Chodzi o ten moment, kiedy świadomość artystyczna przerasta twoje możliwości warsztatowe. Czyli, w prostych słowach: wiesz, jak nasza praca powinna wyglądać, ale nie potrafisz jej oddać w pożądany sposób, bo brakuje ci wprawy, umiejętności, techniki. Takich frustrujących okresów jest zresztą wiele w ciągu całego życia i ładnie opisuje je ten wykres:

Najtrudniejszy jest zawsze pierwszy z tych kryzysów. Bez potwierdzonych sukcesów i pewności siebie łatwo pomylić ten etap z tak zwanym "brakiem talentu", stwierdzić, że rysowanie po prostu nie jest ci pisane i dać sobie spokój. 

Co zrobić, żeby pokonać te trudności i iść dalej? Z doświadczenia wydaje mi się, że trzeba przełamać w sobie dwie cechy, o których pisałam na początku: prokrastynację i perfekcjonizm. Są takie sposoby, które pomagają radzić sobie i z jednym i z drugim jednocześnie. Chodzi głównie o podejmowanie wyzwań (czy może raczej zobowiązań). Pierwszy prosty krok to publikacja prac w sieci (nawet jeśli wydają ci się niewarte pokazania). Zdobycie nawet małego grona odbiorców, którzy będą upominać się o kolejne rysunki pomoże wyćwiczyć pierwsze zalążki systematyczności. Następnym krokiem może być podjęcie drobnego zlecenia lub start w konkursie. Pierwsze zetknięcia z deadlinem są bardzo ważne - uczą pracy pod presją czasu, wymuszają nawyk regularnego rysowania i przede wszystkim dają silną motywację do skończenia pracy nawet, jeśli w trakcie rysowania przestała ci się podobać. Zaczynanie i niekończenie prac to jeden z największych problemów u początkujących. Warto pamiętać, że nawet średnio udana, ale skończona praca to o wiele większy sukces niż świetny, nigdy nie skończony pomysł.

Jeszcze jedna rada ode mnie to dać sobie spokój z porównywaniem się do innych artystów. To nie jest konkurs i nie dajcie sobie tego wmówić. Każdy z nas rysuje inaczej, to jest fantastyczne i powinniśmy czerpać z tego frajdę, a nie frustrację. To nie jest wyścig, w którym wszyscy biegną jedną drogą, a ostatni odpadają z gry. Strasznie mnie bawią niektórzy znajomi, głównie artyści digitalowi, którzy koszmarnie spinają dupki o tak zwane nabijanie skilla. To są ludzie, którzy - i przesadzam tutaj tylko odrobinę - chętnie założyliby pieluchy, żeby tylko zaoszczędzić czas i spędzić więcej czasu przed tabletem, zamiast w toalecie. Tacy ludzie z dumą opowiadają, że w wieku 20 lat nabawili się zwyrodnień kręgosłupa i nagdarstka, a znajomym spędzającym piątkowy wieczór w barze posyłają pogardliwe uśmieszki - bo jak można cokolwiek czerpać z życia zamiast poświęcać je w imię skilla? Jak już wspominałam, rysować trzeba dużo, a praca artysty jest ciężka, ale jest pewna granica, za którą kończy się pogoń za marzeniem, a zaczyna zwykłe pompowanie ego. Organizując czas na rysowanie lepiej rezygnować z wielogodzinnych prokrastynacji, klikania kolejnych tubek w sieci czy kolejnych godzin grania - ale nie ze swojego zdrowia i życia towarzyskiego.  

I to chyba wszystko. Powodzenia! 

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Ja vs Inne Dziewczyny, czyli wszystkie kobiety są prawdziwe

Mam straszną alergię na sytuacje, kiedy kobiety szczuje się przeciwko sobie. Matki na bezdzietne, grube na szczupłe, bogate na biedne - i na odwrót. Naprawdę i szczerze mi smutno, kiedy widzę, jak kobiety same pogłębiają te podziały. Nie będę udawać, że nie wiem, skąd to się bierze. Dorastałyśmy i wciąż żyjemy w atmosferze stałej rywalizacji. Obraz relacji damsko-damskich w popkulturze opiera się na konflikcie i konkurencji. Być może dlatego, że popkultura w ogóle obraca się raczej wokół mężczyzn - a więc i relacje kobiet buduje wokół mężczyzny, w kontekście którego druga kobieta ma stanowić wyłącznie zagrożenie. 

Powstał z tego, na przykład, taki trend wśród młodych kobiet, żeby nabijać sobie punkty fajności kosztem innych dziewczyn, tworząc fałszywe podziały na podstawie zupełnie absurdalnych kryteriów. Stąd rozróżnienie: pierwszy rodzaj to dziewczyny "normalne", "prawdziwe", które są głębokie, wrażliwe i mają fajne zainteresowania (fajne to zawsze te powszechnie uważane za "niebabskie", czyli gry, fantastyka, sport). Dziewczyny prawdziwe naturalne, czyli nie malują się wcale, lub bardzo delikatne. Czasami ta prawdziwość objawia się też w kształtach ciała, które u prawdziwych kobiet muszą być, oczywiście, zaokrąglone i obfite. Można powiedzieć, że to wszystko są po prostu jakieś cechy charakteru lub wyglądu, zainteresowania, wiadomo - każdy ma jakieś. Jednak z jakiegoś powodu bywają traktowane jako coś absolutnie wyjątkowego i stawiane w kontraście do tak zwanych pustaków. Pustaki są chude i blond, noszą widoczny makijaż, skąpe ubrania i generalnie lubią rzeczy uznawane za babskie. A wiadomo, że jak babskie - to głupie.

Internet już jakiś czas temu to zauważył i zaczął się nabijać. Zaczęło się od rysunku, który opublikowała na tumblrze użytkowniczka o nicku beekkake:



W zamierzeniu miała to być parodia, chociaż ironia nie przez wszystkich została odpowiednio odebrana, przez co autorka została zasypana krytycznymi komentarzami. Tak czy inaczej, mem poszedł w świat, kiedy użytkownik tokimekuwaku zreblogował post dodając komentarz o treści "I dunno guys... I think they should make out." i załączając odpowiednią ilustrację:




Tak narodził się fandom Normal-chan i Other-Girls-sempai. Powstało wiele uroczych artów.


 


Oto internet w działaniu. 
Nie mogłam dotrzeć do źródeł tych prac, więc jeśli je znacie - podrzućcie proszę w komentarzach, żebym mogła je podpisać.

Sama poczułam pewną inspirację, choć przyznam, że bardziej posłużyła mi jako wymówka do stworzenia lesbijskiej pracki prosto z centrum mojej strefy komfortu:


Przepraszam, jeśli po publikacji tej pracy wczoraj na moim facebooku spodziewaliście się tematyki czysto lesbijskiej - nie martwcie się, na pewno nie będę stronić od tematyki w przyszłości.


A teraz do sedna: dziewczyny, proszę, trzymajmy się razem. Wspierajmy się. Ten świat i tak bywa dla nas przesrany. Nie musimy dodatkowo kopać się nawzajem za jakieś błahostki. Pokażmy na przekór głupim stereotypom siłę babskiej przyjaźni i solidarności. Szanujmy i ceńmy różnice w naszym wyglądzie, zainteresowaniach i wyborach. Bez względu na stan naszej kościstości lub krągłości, bez względu na ulubiony gatunek muzyki, kolor włosów, rodzaj ubrania, orientację seksualną czy plany prokreacyjne. Nie musimy budować naszej wartości na kontraście. Każda z nas ma własną, wyjątkową wartość. Musimy ją w sobie dostrzegać. 



czwartek, 18 czerwca 2015

Zeszyt do bazgrania



Dostałam ostatnio od wydawnictwa Znak coś takiego: Zeszyt do bazgrania dla tych, którzy nudzą się w pracy (autorstwa Claire Fay). Zeszycik ten zawiera zestaw śmiesznych i odmóżdżających ćwiczeń do pobazgrania, które w ironiczny sposób opisują ból życia na etacie w korpo - co staje się podwójnie ironiczne, kiedy rozwiązuje je osoba na śmieciówce. Zwłaszcza ta strona, na której trzeba pokolorować pusty śmiech na myśl o urlopie. Cha, cha, cha.

W każdym razie siedzę sobie teraz i bazgram. Wam też polecam.






poniedziałek, 25 maja 2015

Policyjny spis wymówek dla gwałcicieli

Kliknij w obrazek żeby powiększyć.


Wypiliście już dzisiaj popołudniową kawę? Nie? Super, bo mam dla was coś doskonale i bezkofeinowo podnoszącego ciśnienie. Policyjny poradnik dla kobiet stworzony przez Komendę Powiatową Policji w Lubinie. 

Jest to kolejny poradnik dla kobiet, który uczy, jak uniknąć gwałtu. Zanim przejdę do tekstu, musze poświęcić chwilę na omówienie wątpliwości, które część z was przerabia w kółko i w kółko w komentarzach (tak często, że można by na nich pograć w Victim Blaming Bingo). Najczęściej argumenty padają takie:

  • Dlaczego nie ostrzegać kobiet przed ryzykownymi zachowaniami? Przecież ostrzegamy też, żeby zamykać drzwi na klucz, kiedy wychodzimy z domu i żeby portfel zawsze trzymać schowany przy sobie. 

Ciało kobiety to nie portfel ani mieszkanie. Nie można traktować go jak przedmiot, który można schować i zabezpieczyć przed kradzieżą. Porady "jak uniknąć gwałtu" to nie są proste triki w stylu trzymania plecaka przed sobą w autobusie. To jest zestaw reguł, które poważnie ograniczają swobodę kobiet w niemal każdej sytuacji. Gwałt różni się też tym od kradzieży, że obrósł w kulturze w zupełnie inne konteksty. Od dziecka uczy się dzieci, że nie wolno kraść, powtarza się im dziesięć przykazań, które uwzględniają kradzież i nawet cudzołóstwo, ale gwałt już nie. Nikt nie uczy chłopców, że nie wolno gwałcić. W naszej historii często gwałt w ogóle nie był uważany za coś złego - cały ciężar odpowiedzialności i konsekwencji spadał na kobiety. Do dzisiaj dla wielu mężczyzn ten problem jest niejednoznaczny. Jak długo nie istniały w prawie żadne zapisy na temat gwałtu małżeńskiego? Jak wiele mężczyzn uważa, że raz wyrażona zgoda na stosunek nie może być cofnięta? Przypomnę: 29,7% prokuratorów i 39,3% policjantów nie uważa za gwałt wymuszenia stosunku za pomocą presji innej niż fizyczna, na przykład przez podanie środków farmakologicznych. Nie można zaklinać rzeczywistości i udawać, że nie istnieją w społeczeństwie tendencje do przerzucania winy za gwałt na ofiary. Nie można udawać, że tego typu poradniki tych tendencji nie pogłębiają. 

  • Bezpieczeństwo kobiet jest ważniejsze niż ich swoboda. Lepiej, żeby kobieta została zgwałcona, byleby tylko mogła ubierać się jak chce i chodzić jak chce? Fajnie by było, ale nie żyjemy w doskonałym świecie i trzeba się z tym liczyć. Nie można ignorować rzeczywistości.

Ok, ale rzeczywistość NIE JEST taka, jak przedstawiają ją policyjne poradniki. Gdyby miały cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, musiałyby uczyć kobiety, żeby przede wszystkim unikały męskich członków swojej rodziny i jak najrzadziej przebywały w domu. Powtórzmy to kilka razy, żeby w końcu się przebiło:

80% gwałtów dokonuje się w domach, przez osobę znaną ofierze.

80% gwałtów dokonuje się w domach, przez osobę znaną ofierze.

80% gwałtów dokonuje się w domach, przez osobę znaną ofierze.

Więc dlaczego nikt nie upiera się, że kobiety powinny trzymać się z daleka od swoich ojców, mężów, chłopaków i braci, a jeżeli tego nie robią, to ich problem, bo znają ryzyko? Dlaczego poradniki nie mówią o tym, żeby trzymać się z daleka od domu? Pewnie dlatego, że to zaburzyłoby normalne funkcjonowanie. Za to pilnowanie się 24 godziny na dobę, czy aby nie wystaje nam spod ubrania za dużo ciała i czy za dużo nie wypiłyśmy i czy zawsze nas ktoś pilnuje - to już jest całkowita norma, której nieprzestrzeganie przerzuca całą odpowiedzialność na ofiarę.

  • Więc nie powiesz pijanej koleżance, żeby nie szła sama ciemną uliczką, bo feministyczna poprawność jest dla ciebie ważniejsza niż jej bezpieczeństwo? 
Oczywiście, że jej powiem i jeszcze sama ją odprowadzę. Bo trzeba rozróznić kilka sytuacji:

a.) Ostrzeganie konkretnej osoby w konkretnej sytuacji przed konkretnym zagrożeniem - OK
b.) Obwinianie i przerzucanie odpowiedzialności na ofiarę gwałtu już dokonanego, wypytywanie o to, jak była ubrana, ile piła i z kim - bezcelowe, służy tylko usprawiedliwianiu gwałciciela, NOT OK
c.) Tworzenie medialnej narracji przez społeczeństwo, dziennikarzy i policjantów, która przerzuca odpowiedzialność za gwałt na ofiary - NOT OK 


A teraz wracamy do samego tekstu spłodzonego przez policjantów z lubińskiej komendy:

"Pamiętaj - Twój wygląd zewnętrzny i zachowanie często budują ewentualną sytuację niebezpieczną. Warto wiedzieć, jak uniknąć nieprzyjemnych konsekwencji. "

Zaczynamy od nazywania gwałtu "nieprzyjemną konsekwencją". Fantastycznie...

"Często, wygląd zewnętrzny stanowi jedną z głównych przyczyn zaczepek ze strony mężczyzn."

Policjanotwi, który to pisał, polecam lekturę zwierzeń prawdziwych kobiet na temat seksualnych zaczepek. Dziwnym trafem często ten prowokujący "wygląd zewnętrzny" oznacza bycie dwunastolatką w bluzce z postaciami z kreskówek.  

"Krótkie spódnice i wydekoltowane bluzki zostaw na spotkania w gronie ludzi, których znasz i z którymi czujesz się bezpiecznie. Mocny makijaż, mini spódniczka i buty na wysokim obcasie nie są najodpowiedniejszym strojem na przejście przez park w nocy."

Ech. Chyba trzeba powtórzyć jeszcze raz:

80% gwałtów dokonuje się przez osobę znaną ofierze.

Dalej:

"Pamiętaj, że Twój prowokujący wygląd wielu mężczyzn potraktuje jako zaproszenie do krótkiej i owocnej znajomości. "

Owocnej znajomości. Owocnej. Znajomości.
Panie policjancie. Mówisz o GWAŁCIE. Jakim cudem przyszło ci do głowy, że to będą odpowiednie słowa? Czy to jest poradnik pisany z punktu widzenia gwałciciela? Bo tak to brzmi. Obleśne. 

"Jeśli spożywasz alkohol na spotkaniach towarzyskich, zakończ jego spożycie na etapie, kiedy wszystko wokół widzisz i postrzegasz wyraźnie. Istnieje takie chamskie przysłowie „baba pijana to cnota sprzedana.""

Wow. Jeszcze lepiej. Funkcjonariusze policji pouczają nas o naszym bezpieczeństwie używając przysłów o pijanych babach i określając gwałt jako sprzedaną cnotę.

"Nie prowokuj mężczyzn zbyt zalotnym zachowaniem."

Najlepiej nakryj się kocem, siądź w kącie i nie odzywaj się do nikogo. Jeżeli już musisz, bądź cicha, pokorna i skromna. Nie prowokuj. Rozmowa z mężczyznami to jak rozbrajanie tykającej bomby. Kilka zalotnych spojrzeń i w każdym budzi się gwałciciel. 

Czy to jest poradnik klinicznego paranoika? Chyba tak. Dobitnie świadczą o tym porady z akapitu zatytułowanego "mieszkanie":

"Unikaj jazdy windą z nieznajomymi osobami."

Naprawdę? To jest normalne zachowanie rekomendowane przez komendę policji? Czekanie na pustą windę, żeby uniknąć gwałtu? 


Z akapitu "życie szkolne":

"Chłopcy w tym wieku są bardzo pobudliwi - nie prowokuj ich dodatkowo."

Chłopcy w tym wieku mogą dostać wzwodu od wyjątkowo czułego podmuchu wiatru. Nie zmieni tego zakrywanie dziewczynkom ramion, kolan, łokci, ramiączek od staników czy innych rzeczy, które dorośli faceci uznają akurat za prowokujące. Może skupmy się na uczeniu chłopców samokontroli zamiast ciągłym uczeniu dziewczynek, że robią coś nie tak, bo mają ciało?

"Uważaj, aby niewinne żarty z kolegą z pracy, których granice rzekomo kontrolujesz, nie wyszły poza ramy Twojego przyzwolenia."

To chyba kolega z pracy powinien uważać, żeby nie wyjść poza ramy mojego przyzwolenia? 

"Zawsze zastanów się, czy miejsce, w którym się znajdziesz, będzie bezpieczne, jakie masz tam szansę, gdyby doszło do usiłowania ataku na twoją osobę."

To jest punkt z akapitu o "miejscu pracy". Panowie z komendy policji w Lubinie uczą nas, że powinnyśmy wybierać miejsce pracy pod kątem tego, jak łatwo jest z niego uciec w przypadku ataku gwałciciela. Jeżeli to nie jest wyższy level paranoi - to nie wiem, co jest. 

"Nie powoduj w gronie znajomych mężczyzn mocno dwuznacznych sytuacji."


A teraz policjanci uczą nas, że kobieta nie może inicjować seksu ani nawet go sugerować, bo naraża się na gwałt. 

"Nawet niewinne żarty kolega może zrozumieć czasem zupełnie inaczej, niż Ty to sobie wyobrażasz."

To jest jego problem. Żartować też nie mogę, bo narażam się na gwałt? To jest dopiero żart...

"Grono znajomych powoduje poczucie bezpieczeństwa - nie pozwól by obezwładniło ono Twoją czujność."

Życie kobiety to najwyraźniej wieczna czujność i gotowość do obrony przed gwałtem w każdej sytuacji i w każdym towarzystwie. Podczas spędzania czasu ze znajomymi powinnyśmy bezustannie poszukiwać w nich cech gwałcicieli i obmyślać plany ucieczki. Oczywistość.

"Panuj nad ilością spożytego alkoholu przez siebie i Twojego partnera."

Wieczna czujność dotyczy też pilnowania partnera, bo przecież wiadomo, że faceci sami nie potrafią się kontrolować.

" Wielokrotnie „specjaliści" od dobrej rozrywki zapewniają o zbawiennym wpływie marihuany, czyli popularnej „trawki". Pamiętaj, że jak weźmiesz raz, możesz już brać do końca (niedługiego) życia."

MARIHUANEN ZABIJA.

Zakończmy na tej marihuanie. Proszę. Na żaden dalszy komentarz nie mam siły. 

Dane i statystyki pochodzą z raportu "Dość milczenia", którego lekturę serdecznie polecam.


czwartek, 14 maja 2015

Tatuśkowie



Ok, ta notka będzie trochę zawiła, bo dotyczy dość złożonego tematu. 

Inspiracją do dzisiejszego komiksu była pewna refleksja, która naszła mnie już jakiś czas temu. Refleksja nad zjawiskiem nadopiekuńczego tatuśka zafiksowanego na punkcie dziewictwa córki. Punktem wyjścia do przemyśleń było zdjęcie tej koszulki, które kilku z moich znajomych udostępniło na facebooku:



W pierwszej chwili pomyślałam: wtf, czy to jest koszulka dla ludzi, którzy chcą mordować swoje córki? A później zdałam sobie sprawę, że to kolejna tatuśkowa koszulka z serii "straszak na potencjalnych zięciów". Bo przecież istnieje głęboko zakorzenione w naszej kulturze (i popkulturze) przekonanie, że córka to wieczne utrapienie, bo trzeba ciągle odganiać od niej zalotników, z których każdy jeden ma jak najpodlejsze zamiary. Może tę córkę na przykład - niedajboże! - rozdziewiczyć. Naruszyć ten piękny, tatusiowy kwiatuszek. Motyw utraty dziewictwa, jako "utraty czystości", "zbrukania", jako jakiejś wielkiej straty to jest w ogóle tak paskudny aspekt naszej kultury, że zasługuje na dużo szersze omówienia i na pewno takie już istnieją, więc ja sobie odpuszczę. Przejdę od razu do podwójnych standardów, jakie z tego wynikają. Co się stanie, jeżeli w dowolnej scenie z życia/książki/filmu, w której występuje nadopiekuńczy tatusiek, podmienimy córkę na syna? Wyobraźmy sobie opis takiej sceny:

Spojrzał z uczuciem na swojego synka, który nie był już tym małym chłopcem, jakim na zawsze pozostanie w jego sercu. Nie mógł nie zauważyć, że ciało jego małego chłopca jest już właściwie ciałem mężczyzny. Dostrzegał ślady zarostu na klatce piersiowej, rysujące się wyraźne pod cienkim materiałem koszuli oraz męską linię ramion i pośladków. Nagle poczuł nieodpartą nienawiść do tej drobnej dziewczyny stojącej obok. To ona chce się dobrać do jego maleństwa. Na myśl o rzeczach, które będzie robiła z jego małym synkiem zrobiło mu się niedobrze. Poczuł chęć mordu. 

Nagle robi się creepy. Dlaczego? W jaki sposób ta sytuacja się zmienia? Takie lub podobne sceny z udziałem ojców i córek widziałam w tak wielu filmach, książkach i serialach, że nie dam rady ich wszystkich zliczyć. To zawsze wygląda tak samo: dorosła lub dorastająca córka, szczęśliwa ze swoim facetem i nieufny, agresywny wobec zalotnika ojciec. Już mnie brzydzi ten motyw, a przynajmniej mocno niepokoi. Czy ojcowie naprawdę powinni poświęcać tyle myśli życiom seksualnym córek? Czy powinni w taki sposób przywiązywać uwagę do tego, jak zmienia się ich ciało? Czy to nie jest jakieś... dziwne i niezdrowe? Niby zdarza się też czasami, że w podobnej scenie widzimy matkę agresywną wobec potencjalnej synowej, ale zawsze jest to przerysowane do śmieszności, podkreślone jako coś nienaturalnego i zabawnego. Tymczasem zazdrośni tatuśkowie to zawsze ultimate badasses, do których mamy w zamierzeniu odczuwać respekt. Podobnej sytuacji na linii ojciec-syn nie ma nigdy. I niestety dobrze wiem, dlaczego. 

Wiadomo, synek "zalicza" i jest powodem do dumy. Córka "się puszcza" i przynosi wstyd. Tak po prostu jest i nikt nie zastanawia się dlaczego. Dlaczego przyjemność z seksu należy się chłopakom, ale dla dziewczyn jest hańbą? Kontrola nad seksualnością kobiet daje mężczyznom poczucie kontroli nad kobietami w ogóle. Kontroli, z której kobiety od wieków się wyzwalają, z czym część panów wciąż nie może się jakoś pogodzić. Mam też swoją nieśmiałą teorię, że nadopiekuńczy tatuśkowie to po prostu ci, którzy sami wobec kobiet zachowują się jak ostatnie chujki i projektują te swoje zachowania na wszystkich facetów na świecie. A zdolność odczuwania empatii mają tak mocno ograniczoną, że chujowość podobnego zachowania odkrywają dopiero w odniesieniu do własnych córek (ewentualnie żon i sióstr). I oczywiście nie wyciągają z tego żadnych wniosków.

I tutaj przechodzimy w końcu do sedna, które stało się tematem komiksu - do tego argumentu, powtarzanego z cwaniackim uśmieszkiem: "Klucz, który otwiera wiele zamków jest dobrym kluczem. Zamek, który jest otwierany przez wiele kluczy jest słabym zamkiem". Cóż, ołówek ostrzony przez wiele temperówek nadaje się do wyrzucenia. Za to temperówka, która zaostrzyła wiele ołówków, jest dobrą temperówką. Czy możemy już skończyć z porównywaniem naszych genitaliów do przedmiotów codziennego użytku?