Kącik Kiciputka

środa, 23 grudnia 2015

Harry Potter i terror Politycznej Poprawności



Poprawność polityczna :/// Nie podoba mi się ten pomysł. Po co robić takie myki, skoro HP był wystarczająco zróżnicowany kulturowo...


Taki post znajomej przewinął mi się dzisiaj na facebookowej tablicy i postanowiłam użyć go jako przykładu do rozprawienia się z tym, co się ostatnio dzieje wokół decyzji castingowej do sztuki "Harry Potter and the Cursed Child".

W czym jest problem można domyślić się na pierwszy rzut oka - Hermionę zagra czarna aktorka. Sama Rowling wypowiada się o takim doborze obsady bardzo pozytywnie, co oczywiście sceptykom nie dowodzi niczego - może poza tym, że biedna autorka została tak zmanipulowana polityczną poprawnością, że traci pojęcie na temat własnego dzieła.

No właśnie, zacznijmy znów od politycznej poprawności, bo ta głupia memetyczna zbitka słowna ciągle nie chce jakoś umrzeć śmiercią naturalną. Bardzo bym chciała, żebyśmy jako społeczeństwo przyjęli w końcu do wiadomości, że bardzo wielu mieszkańców naszej planety to ludzie o innym kolorze skóry niż biały. W świetle tego faktu odpowiednia ich reprezentacja w popkulturze to nie jest żaden nienaturalny "myk", "chwyt" ani "zabieg", nie potrzebujemy do tego tworzyć określeń typu "poprawność polityczna". To po prostu odwzorywanie rzeczywistości, której obraz w kulturze był przez wiele lat nieproporcjonalnie zakrzywiony. Z różnych powodów, które współczesnemu człowiekowi powinny już wydawać się niedorzeczne, ale których nie możemy dzisiaj ignorować udając, że problem rasizmu nigdy nie zaistniał a jeśli nawet, to na nic już nie ma wpływu.

Samo określenie, że Harry Potter był już "wystarczająco zróżnicowany kulturowo" dużo zdradza o tym, jak myślimy o problemie reprezentacji w popkulturze. Taki sposób rozumowania stawia białą rasę niejako w defaulcie, a wszystkie inne kolory skóry traktuje jako dodatki. Niezbędne, żeby nie ściągnąć na siebie gniewu mniejszości, ale jednak dodatki. Sama ta konstrukcja sugeruje, że zróżnicowania kulturowego może być za dużo. Dla wszystkich myślących w ten sposób mam przykrą wiadomość - świat dookoła jest naprawdę bardzo zróżnicowany kulturowo, czy tego chcecie czy nie. I jeżeli w sztuce odnajdywaliście do tej pory od tego nieznośnego zróżnicowania ucieczkę, to też nie na długo. 

Jak podkreśla sama JK Rowling - w książkach o Harrym Potterze kolor skóry bohaterów nie jest zwykle podkreślany. To, że wasze mózgi z defaultu pokolorowały wszystkich na biało to już sprawa indywidualna i nie możecie mieć o to pretensji do autorki. 

A nawet gdyby w książkach jednak była wzmianka o tym, że Hermiona jest biała - wciąż nie miałabym nic przeciwko aktualnej obsadzie. Adaptacje rządzą się swoimi prawami i tak samo, jak nie mam w zwyczaju robić awantur o właściwy kolor oczu bohaterów, tak i z kolorem skóry nie miałabym żadnego problemu. Zwłaszcza, że potrafię sobie wyobrazić jak ważna jest nawet tak skromna reprezentacja dla wszystkich czarnych fanek i fanów Pottera na całym świecie. Filmów o całkowicie białej obsadzie powstały już niezliczone ilości i nikt nie domaga się dla nich uzasadnienia. Najwyższy czas, żebyśmy przestali domagać się uzasadnień dla każdego czarnego aktora lub aktorki.

A jeśli to wszystko nadal was nie przekonuje, pomyślcie, co na ten temat powiedziałaby sama Hermiona.

środa, 7 października 2015

Jak rozmawiać z kobietą


Mogłabym powyższy obrazek podpisać złośliwym uogólnieniem "męska logika", ale nie mam zamiaru walczyć z seksistami ich własną bronią.


Jak rozmawiać z kobietą? 


Zastanawiają się rzesze internautów, a wujek Google przychodzi im wszystkim z pomocą podpowiadając 1990 000 wyników. Znajdziecie wśród nich mnóstwo bystrych artykułów zgłębiających pokrętne ścieżki kobiecego umysłu i dowcipnych słowniczków damsko-męskich. W końcu, jak wiadomo, pochodzimy z różnych planet, bez translatora więc się nie obejdzie. 

Jak rozmawiać z kobietą? 

Jeżeli interesuje was zdanie samych kobiet (choć to może zbyt optymistyczne założenie) - z kobietą rozmawiać należy jak z człowiekiem. Bo - niespodzianka! - kobiety to również ludzie i zamieszkują tę samą Ziemię, a dzielące nas galaktyki budujemy we własnych głowach. Choć niektórzy twierdzą, że już się z nimi rodzimy - że wynikają z tak zwanych "różnic ewolucyjnych". 

Z psychologią ewolucyjną mam jeden zasadniczy problem - jest praktycznie niesprawdzalna. Niezwykle ciężko odróżnić zachowania wdrukowane nam przez geny od tych zakodowanych przez kulturę, w której dorastamy. Można badać różnice w strukturze mózgu, ale nie jest ona przecież stała - mózg i jego funkcje zmieniają się w trakcie naszego życia i mogą mieć na to wpływ również czynniki środowiskowe. Dlatego nie da się jednoznacznie powiedzieć, czy konkretne zachowanie jest warunkowane biologicznie czy kulturowo. A i tak w znacznej większości przypadków te różnice są większe wewnątrz danej grupy (płci), niż pomiędzy nimi. Mimo tego nikt jakoś nie tworzy słowniczków męsko-męskich.

No właśnie, wracając do słowniczków - większość z nich to po prostu rozmówki pasywno-agresywne. Czyli takie w stylu "rób co chcesz = jeszcze za to bekniesz", albo "proszę, śmiało = nie chcę, żebyś". A te zdarzają się w toksycznych relacjach i nie są bynajmniej domeną kobiet, jak się zwykło uważać. Myślę, że w tej kwestii wiele kobiet potwierdzi moje doświadczenia. Przekonanie, że kobieta mówiąc "nie" myśli "tak" w ogóle pominę, bo zakładam, że nie ma wśród moich czytelników potencjalnych gwałcicieli.

Manipulacje, niebezpośredniość i pasywna agresja mają różne przyczyny. Mogą wynikać ze strachu przed okazaniem prawdziwych emocji. Ze złych doświadczeń i nawyków wyniesionych z domu lub z poprzednich związków. Albo po prostu z paskudnego charakteru. 

Ale nie z płci. 

Dlatego jeżeli wasza dziewczyna, żona lub partnerka zachowuje się w taki sposób nie zrzucajcie wszystkiego na pozaziemskie pochodzenie kobiet. Spróbujcie porozmawiać o lepszych sposobach komunikacji. Może ona nie zdaje sobie sprawy z tego, że stosuje emocjonalne szantaże. Może boi się mówić o problemach w sposób bezpośredni. Może kiedyś zwierzyła się z jakiegoś problemu i została olana albo wyśmiana, może nie chce wyjść na czepialską babę.
A może jest to po prostu toksyczna relacja bez szans na poprawę i oboje powinniście ją sobie odpuścić.

To działa też w drugą stronę. Tak samo jak manipulantka pozostanie manipulantką, a nie "po prostu kobietą", tak samo mężczyźni nie mogą unikać odpowiedzialności za swoje zachowanie tłumacząc się "prawami natury". Jeżeli chłopak czy mąż was oszukuje, okłamuje, zdradza, zaniedbuje obowiązki - to nie dlatego, że "faceci tacy są", tylko dlatego, że ten konkretny facet jest dupkiem. 


Bibliografia dla ciekawych: 

I jeszcze jedno ciekawe, wiarygodne badanie udowadniające, że jedyne rzeczywiście sprawdzalne różnice między płciami dotyczą:
- umiejętności rzutu na odległość
- wyobraźni przestrzennej 
- częstotliwości onanizmu:



poniedziałek, 21 września 2015

Internet nie leczy



Czy znacie takie osoby, które za nic w świecie nie pójdą do lekarza, bo "jeszcze coś wykryje i będzie kłopot"? Spokojnie, dzisiaj nie chcę nikogo wyśmiewać. Nie ma nic dziwnego w tym, że ludzie często podchodzą do swojego zdrowia w sposób emocjonalny, a wiadomo, że emocje nie zawsze chcą się dogadywać z racjonalnym myśleniem. 

Dlatego dzisiaj spróbuję odstawić emocje na bok i poprodukować się trochę o zagrożeniach związanych z próbami leczenia się przez internet. Oczywiście nie chcę tu wpadać w ton cyber-paniki typowy dla pokolenia baby boomersów. Nie będę pisać o tym, że internet i smartfony zmieniły nas w bezmyślne i leniwe zombie. Internet to wspaniałe narzędzie, które ułatwia nam życie na milion sposobów. Niestety, jeżeli chodzi o usługi medyczne czy diagnozę wciąż nie jest w stanie zastąpić kontaktu ze specjalistą. Przede wszystkim dlatego, że - no cóż - pełno w nim ludzi, którzy niekoniecznie wiedzą o czym mówią. Wyłowienie z tego oceanu śmiecia informacji faktycznie użytecznych może graniczyć z cudem. A właściwe ich zinterpretowanie już raczej przerasta możliwości laika. 

Myślicie, że tłukę wam do głowy oczywistości? Może tak, ale według statystyk Scanmedu, 9 na 10 Polaków szuka w internecie informacji na temat zdrowia. Połowa Polaków robi to częściej niż raz w miesiącu. 35% internautów szuka tych informacji na forach ogólnotematycznych, na których, jak wiadomo, wypowiadają się najczęściej ludzie o medycynie niemający zielonego pojęcia. I aż 50% deklaruje, że leczyło siebie lub bliskich metodami znalezionymi w internecie! Na wizytę u specjalisty po wykryciu niepokojących objawów decyduje się tylko... 34% badanych. 

Dość niepokojące dane. Dlatego dałam się namówić na mały test, żeby zweryfikować jakość medycznej auto-diagnozy w internecie. Zadanie przedstawia się tak:

"Zdiagnozuj się na podstawie poniższego opisu dolegliwości i informacji znalezionych w sieci. Pamiętaj, aby uwzględnić w diagnozie swój styl życia, wiek i płeć.

Jest połowa września. Wstajesz rano, jest 8:00. Czujesz się lekko osłabiony i zmęczony, chociaż w nocy spałeś dobrze i położyłeś się spać przed północą. Dzień zaczynasz od mocnej kawy i to stawia Cię na nogi, jednak po chwili czujesz lekkie palenie w przełyku.

Podczas porannego prysznica zauważasz na lewym boku swędzącą, czerwoną wysypkę w postaci sporych czerwonych plamek. Swędzenie nie mija w ciągu dnia, ani po kilku dniach. Po około tygodniu zaczynasz czuć lekki ból stawów podczas porannego wstawania. "


W pierwszej kolejności postanowiłam skorzystać ze stron oferujących profesjonalną, automatyczną diagnozę na podstawie krótkiego testu. Podałam w nim swój wiek, wagę i płeć, a później po kolei odpowiadałam na pytania dotyczące występujących u mnie objawów. Niestety, algorytmy programu okazały się wyjątkowo marne - internetowy "lekarz" potraktował każdy z moich objawów osobno i zdiagnozował u mnie niezależnie zapalenie gardła oraz liszaja. 

Podczas drugiego podejścia postanowiłam więc wykonać mały research na własną rękę. Wujek googiel skojarzył od razu moje objawy z półpaścem i przekierował mnie na różne fora ogólnotematyczne, na których inni użytkownicy zwierzali się z podobnych problemów. Zamiast konkretnych wskazówek diagnostycznych większość odpowiedzi zawierała wpisy ludzi o zupełnie innych objawach, którzy po prostu chcieli się wygadać na temat własnych problemów zdrowotnych. Przygnębiające, ale niezbyt pomocne.

Trzecim rzutem trafiłam na bardzo podejrzaną stronę na temat tak zwanej "medycyny alternatywnej" (czyli po prostu takiej, która nie daje żadnych sprawdzalnych naukowo efektów). Dowiedziałam się z niej, że zgodnie z moimi objawami niechybnie zarażona jestem pasożytem. Nawet nie zdążyłam się przestraszyć, bo szybki zerk na tabelkę objawów uświadomił mi, że według autorów strony pasożytem można wyjaśnić właściwie wszystko, od nieświeżego oddechu po raka. 

Podsumujmy: na czym stoję? Może mam zapalenie, może liszaja, może półpaśca. Prawdopodobnie to trzecie. Rewelacje o pasożytach pozwolę sobie zbyć milczeniem. Co mogę z tym zrobić? Internauci proponują mi... zioła i homeopatię. Niby nic takiego, co jest złego w ziółkach i wodzie z cukrem? Może nie zaszkodzą, ale jeżeli zastąpią wizytę u specjalisty, może się to skończyć nieciekawie. Żeby dotrzeć do faktów skonsultowałam się z prawdziwym lekarzem - okazuje się, że niektóre postacie półpaśca nieleczone mogą prowadzić do upośledzenia widzenia. 

Nie wiem jak wy, ale ja jestem już pewna : gdyby to nie był test, tylko życie - po prostu poszłabym do lekarza. 

Zerknijcie zresztą na oficjalny spot kampanii - miałam w niego swój skromny wkład graficzny i nie tylko. 





poniedziałek, 14 września 2015

Instruktorzy życia i architekci sukcesu


Hej, poznęcamy się dzisiaj trochę nad zjawiskiem life coachingu, co wy na to? Nie wiem jak was, ale mnie straszliwie bawi idea kogoś, kto uczy ludzi osiągania sukcesu na podstawie własnych sukcesów, które odniósł w uczeniu ludzi sukcesu. 

Zanim pojawił się coaching (przynajmniej w mojej świadomości), jego zalążki funkcjonowały już w szemranym biznesie MLM (mulit-level marketing). MLM to inaczej pospolita piramida finansowa - chociaż zaangażowani będą zarzekali się, że to wcale nie jest piramida, tylko drzewko.

Biznes tego typu nie utrzymuje się ze sprzedaży produktów, chociaż znów - będą cię przekonywać, że tak jest. W rzeczywistości jedynym sposobem na zysk jest wciągnięcie jak największej ilości ludzi "pod siebie" (a raczej nad siebie, w końcu to drzewko). Dlatego realnie zarabiają tylko ci, którzy dołączyli najwcześniej. Cała reszta mamiona jest obietnicą fortuny czekającej już, tutaj, za rogiem, za chwilkę. Wystarczy, że wykupią pakiet produktów premium (można kupić podstawowy, ale daj spokój, nikt cię wtedy nie uzna za poważnego biznesmena). Na specjalnych szkoleniach firmowych poznają superfajnych ludzi jeżdżących firmowymi mercedesami, obejrzą filmy z superfajnych wycieczek firmowych w Tunezji. Zostaną przekonani, że to wszystko już za chwilę będzie w zasięgu ich ręki, wystarczy, że jeszcze trochę ciężej popracują i jeszcze więcej ludzi wciągną na finansowe drzewko. Po trzech miesiącach dostaną dziesięć złotych wypłaty, rachunek na dwieście za zakupione produkty premium (którymi teraz mają obłożone całe mieszkanie) i nadal większość z nich z całkowitym przekonaniem zapewni cię, że wielka fortuna wciąż czeka na nich za rogiem - po prostu nie pracowali na nią wystarczająco ciężko. 

Takie przekonanie, według którego każdy student-gołodupiec jest już Kulczykiem in spe, wyrosła na naszych oczach w odrębną filozofię życia, której uczą nas tak zwani life coache. 

Co mnie wyjątkowo odrzuca w ludziach dzielących to przekonanie, to idea robienia biznesu dla samego biznesu i mnożenia pieniędzy dla samego mnożenia pieniędzy. Nie zrozumcie mnie źle - pieniądze są spoko i wszyscy ich potrzebujemy. Ale mam jakąś wrodzoną nieufność do ludzi, dla których kasa nie jest środkiem, tylko celem. 

Wspomniana filozofia opiera się w zasadzie na jednym - jeżeli jesteś biedny, to jest twoja wina, bo po prostu za mało chcesz być bogaty. Cała reszta to motywacyjna mowa-trawa, pusty bullshit, który zawstydziłby nawet Paula Coehlo, czy Jasona Hunta. Taki jak tu: 


Albo tutaj: 

Paweł Kielak zapytany o to, co zadziwia go w mężczyznach...Odpowiedział!!!
Bo jesteśmy gotowi dać WSZYSTKO...nie mając NICZEGO!
Nie dając NICZEGO...oczekujemy WSZYSTKIEGO!
Nie WIEMY czego CHCEMY
WIEMY czego Nie CHCEMY
MAMY to czego Nie CHCEMY
CHCEMY to czego Nie MAMY!
Żyjemy w pewnym ciągłym PARADOKSIE ISTNIENIA, nawet nie zdając sobie z tego sprawy!
W poszukiwaniu KOBIETY!
SZUKAMY nie wiedząc CZEGO CHCEMY?!...To Nie ZNAJDUJEMY!
Nie wiedząc CZEGO CHCEMY, Przestajemy SZUKAĆ....A właśnie wtedy DOSTAJEMY to czego, nie wiemy CZY CHCEMY!
MAJĄC to co DOSTALIŚMY nie WIEDZĄC czy właśnie to jest tym CZEGO CHCEMY...SZUKAMY dalej WCIĄŻ nie zadając sobie pytania KIM JEST TA JEDYNA, której CHCEMY!
Staramy się PRZED i NA starcie!
Przestajemy W TRAKCIE!
Rozumiemy PO fakcie, gdy jest już ZA PÓŹNO!
ZA WCZEŚNIE...nie DOCENIAMY, tego co MAMY
Rozumiejąc to, że DOCENIAMY, gdy już nie MAMY Emotikon frown
Często!
Tak jak dajemy KWITNĄĆ, dajemy również USYCHAĆ...
Tak jak dajemy MIŁOŚĆ, dajemy również NIENAWIŚĆ...
Tak jak szybko potrafimy się ZŁĄCZYĆ, tak również się ROZDZIELIĆ...
Rodzimy się w ZALEŻNOŚCI!
żyjąc w NIEŚWIADOMOŚCI!
że dążymy do WSPÓŁZALEŻNOŚCI!
pozostając w ślepej chęci NIEZALEŻNOŚCI!
umrzemy w SAMOTNOŚCI!!!
Żyjemy, żeby NIE ponieść PORAŻKI...
Ponosimy PORAŻKĘ...za Życia!!! tak naprawdę NIE ŻYJĄC PEŁNIĄ ŻYCIA z tą jedyną właśnie we współzależności 

Poruszające, prawda? Jak poezja naskrobna na marginesie zeszytu egzaltowanego gimnazjalisty. 

Znam takich ludzi "nastawionych na sukces", takich właśnie wspomnianych Kulczyków in spe. I wiecie co? Większość z nich to bezrobotni lub studenci na śmieciówkach, bez pieniędzy i bez osiągnięć. Ludzie, którzy dali sobie wmówić, że nie ma sensu walczyć o godne traktowanie, bo już za chwilę staną się miliarderami i żaden z obecnych problemów nie będzie ich dotyczyć. Że dzieli ich od tej przyszłości tylko jeden startup, jeden zmyślny przekręt (bo przecież nie ciężka i uczciwa praca - ona jest dla frajerów na etacie). 

Znam też ludzi, których życie obrodziło w prawdziwe sukcesy. I z obserwacji tych ludzi mogę wymienić wam pewne składniki sukcesu:

- dużo szczęścia
- dużo ciężkiej, ciężkiej pracy

a najczęściej:

- kombinacja tych obu. 

To pewne, że ciężka praca przybliża wymarzony cel. Ale jest też bardziej niż pewne, że można pracować ciężko i mimo tego ponieść porażkę. Życie takie po prostu jest, niestety i musimy radzić sobie z tą świadomością. Słusznie pisał w swoim felietonie Wojciech Orliński, że szkodliwe jest programowanie ludzi już od dziecka na wielki i spektakularny sukces. Większość z nas nic w życiu spektakularnego nie zrobi i nie ma w tym nic złego. Źródła satysfakcji z życia są dużo bardziej zróżnicowane. 

Ja, na przykład, uważam się za osobę względnie szczęśliwą, mam jakieś relatywnie niezłe osiągnięcia. I chociaż faktycznie dużo pracuję, to byłabym głupia i zarozumiała twierdząc, że niczego nie zawdzięczam po prostu szczęściu. Miałam dobry start w życie, świetne warunki do nauki, wspierających bliskich, dobre zdrowie - jako jedna z niewielu znanych mi osób z mojego pokolenia uniknęłam depresji, nerwicy, przewlekłych chorób czy osobistych tragedii. Tylko dzięki tym czynnikom miałam czas i możliwości, które odpowiednio wykorzystałam. 

A i tak zdaję sobie sprawę, że to wcale nie jest najlepsze, co można zrobić ze swoim życiem. W czasie, kiedy ja pracowałam nad swoimi umiejętnościami, inni podróżowali autostopem po świecie, czytali mnóstwo wartościowych książek, zakładali rodziny, uczyli się, zarabiali na życie. 

To wszystko są wartościowe sposoby na wypełnienie czymś tej krótkiej wycieczki pomiędzy jedną a drugą nicością.



PS: Polecam ciekawy profil na ten temat.



sobota, 29 sierpnia 2015

Meandry empatii



O ile łatwiej jest bronić życia jako abstrakcyjnej idei, której bronić można kosztem cudzego życia i zdrowia. Konkretne, istniejące życia są nie warte nawet złotówki z budżetu.

Żyjemy w smutnym świecie ludzi, dla których uchodźca jest bardziej "obcy kulturowo" niż blastocysta.

czwartek, 16 lipca 2015

Ratujmy kobiety, nie cycki




Od dłuższego czasu krąży po sieci taki rysunek, którego nie będę tu przeklejać, bo mam szczerą nadzieję, że przepadnie w końcu w odmętach internetu. Rysunek przedstawia dwie nagie dziewczyny w towarzystwie obślinionych z podniecenia chłopaków i hasło: "Kobieto, zbadaj cycki! Cycki są fajne!". Niby ok. Cycki trzeba badać. Ale czy trzeba mi przedstawiać wizję obślinionego na ich widok faceta, żeby mnie do tego przekonać? Czy naprawdę o to chodzi w profilaktyce raka piersi? Nie zrozumcie mnie źle - wiem, że piersi są atrakcyjne seksualnie dla większości facetów i nie mam z tym problemu. Nie ma też nic złego w chęci podobania się mężczyznom. Ale proszę, ludzie, może nie mieszajmy seksualności do tematu raka piersi? Tutaj chodzi o ludzkie życie. Nie skupiajmy się na ratowaniu "fajnych cycków", tylko na ratowaniu kobiet. A co, jeśli po przeprowadzeniu badań niezbędna okaże się mastektomia? Czy ktoś pomyślał, jak czują się kobiety po mastektomii trafiając w sieci na taki durny obrazek? Takie memy mają wpływ na to, jak ludzie postrzegają operacje usunięcia piersi, a jeśli myślicie, że przesadzam, to przypomnijcie sobie falę hejtu na Angelinę Jolie, po tym, jak przyznała, że poddała się zabiegowi.



Kolejny przykład. Znacie SA Wardęge? To ten popularny koleżka z youtube'a, od tych śmiesznych - he, he - filmików z psem pająkiem. Szczerze mówiąc nigdy nie lubiłam "pranków" polegających na straszeniu/zaskakiwaniu nieświadomych przechodniów i mam tylko nadzieję, że są to podstawieni statyści, albo że jeden z "nabranych" kiedyś w końcu odprocesuje któremuś takiemu cwaniaczkowi dupę. Ale to jeszcze nie jest najgorsze, bo w jednym ze swoich wczesnych filmików pan Wardęga przeszedł samego siebie i wymyślił, że bardzo śmiesznym dowcipem będzie łapanie obcych dziewczyn za piersi bez pytania. Creepy? Ależ skąd! Wszystko przecież w ironicznym kostiumie Boobsmana i w szlachetnym celu - szerzenia świadomości na temat profilaktyki raka piersi. 

Aha.

Mam do was prośbę, nie szukajcie tego filmu, jeśli jeszcze go nie znacie. Nie oglądajcie go i nie nabijajcie odsłon. Jeśli chodzi o reakcje dziewczyn złapanych znienacka za cycki - większość jest wyraźnie zaskoczona i zmieszana. Chyba tylko jedna broni się uderzeniem Wardęgi w twarz, jednak większość reaguje nerwowym chichotem. I to jest główny argument obrońców tego filmiku: "No przecież dziewczyny się dobrze bawią, nikt nie ma nikomu za złe, to w czym jest problem? Przecież same się śmieją!". Ale wiecie co? Sama nie wiem, czy nie zareagowałabym w takiej sytuacji podobnie. Bo zaskoczenie, bo nerwy, bo kamera, bo cały youtube pomyśli, że jestem sztywniarą bez dystansu do siebie. Nie wiem, w jaki sposób próbowałabym wybrnąć z takiej żenującej sytuacji. A nawet jeśli dziewczynom pokazanym akurat w filmie faktycznie się podobało - to co z tego? Czy w takim razie akceptujemy teraz łapanie obcych kobiet za biust bez pytania? Czy wystarczy wspomnieć coś przy okazji o raku piersi lub głodzie w Etiopii i możemy sobie pomacać każdego przechodnia?

Jeszcze jedna sprawa - jednym z ważnych czynników ryzyka w przypadku raka piersi jest wiek. Gwałtowny wzrost zachorowań obserwuje się po trzydziestym piątym roku życia (czy któraś z dziewczyn była w ogóle po trzydziestce? raczej nie), ale i tak liczba zachorowań jest stosunkowo rzadka przed okresem przekwitania. Co znaczy, że najbardziej zagrożone są kobiety po pięćdziesiątce. Czy szlachetny Boobsman wziął to pod uwagę? Czy łapał znienacka za piersi starsze panie, nakłaniając je do profilaktyki? Nie. Bo przecież nie ma żadnych złudzeń, że nie chodzi wcale o walkę z rakiem piersi, tylko o nabijanie odsłon na youtube'ie molestowaniem młodych dziewczyn w przestrzeni publicznej. Nie ma więc po co ukrywać, że pan Wardęga to po prostu pospolity creepster, któremu wydaje się, że może obmacywać kobiety bez pytania, bo ma kamerę, głupi kostium i naciąganą wymówkę. 

To samo dotyczy wspominanego wcześniej rysunku. Czy obwisłe, pomarszczone piersi staruszki, do których nikt się nie ślini, warto badać? Czy skoro nie są "fajne" to już nie ma sensu? 

Wiem, że wielu komentujących pod tym tekstem będzie próbowało tłuc chochoły w stylu "feministki chcą, żeby kobiety chorowały na raka w imię walki z seksizmem". Albo "co z tego, że seksizm, skoro działa". Otóż problem w tym, że nie działa.  Wierzę, że da się stworzyć mocną kampanię profilaktyki raka piersi bez seksualnych skojarzeń, a tym bardziej - bez poniżania kobiet. Akcje w takim wydaniu są po prostu szkodliwe i wstrętne. 


PS: Żeby uniknąć nieporozumień, zaznaczę, że omawiany na początku rysunek nie jest autorstwa Roberta Adlera (twórcy boli.blog), tylko Agi Robakowskiej, która najwyraźniej tak dobrze "wstrzeliła się" w jego stylistykę, że ciągle jest z nim mylona. Ja nia miałam problemu z odróżnieniem jej kreski od kreski Adlera, ale w sieci ktoś ciągle przypisuje temu durnemu obrazkowi źródło "boli.blog" więc wolałam rozwiać wątpliwości.

PS2: Krótki research uświadomił mi, że Aga Robakowska stworzyła także nagłówek dla strony placówki wykonującej usg piersi. Nagłówek przedstawia lekarza goniącego dziwnie wykręconą półnagą kobietę. Wygląda tak. Proszę państwa, właśnie zabrakło mi słów. Odnotujcie ten dzień. 

niedziela, 12 lipca 2015

Specyfika pracy rysownika

Jestem świeżo po korekcie laserowej prawego oka. Gojenie przebiega w miarę szybko i sprawnie, ale jeszcze przez kilka dni rysowanie cyfrowe będzie dla mnie nieco zbyt upierdliwe. Wyjątkowo podzielę się więc swoimi przemyśleniami w formie pisemnej (jak zwierzę!).

Zanim przejdę do rzeczy, muszę zaznaczyć, że kiedy ludzie pytają mnie, jak zostać zawodowym rysownikiem, zawsze odpowiadam: rysować, rysować, rysować, rysować. Dużo rysować. Tego się po prostu nie da inaczej zrobić. Nie ma żadnych sztuczek, a jeśli są - to marne. Trzeba przełamać pokusę prokrastynacji i perfekcjonizm. Wielu ludziom się wydaje, że perfekcjonizm tak naprawdę jest czymś fajnym, ale nie jest. Kompletnie sabotuje pracę rysownika, zwłaszcza na wczesnym etapie. Na wielu poziomach bycie wprawnym artystą polega na dokańczaniu prac i projektów, które zdążyło się szczerze znienawidzić i na unikaniu pętli wiecznych poprawek i szlifów.

Praca rysownika jest generalnie dość ciężka, często żmudna i raczej słabo płatna. Plusem jest możliwość załapania się na trochę chwały i uznania, jeżeli jesteście dobrzy i akurat was to kręci. Ale ogółem to raczej ciężka praca i każdemu polecałabym zastanowić się dwa razy przed wybraniem takiej ścieżki kariery. Jest to branża, w której ciężko o etat, a bycie prekariuszem (czy też freelancerem, jak ktoś woli) wiąże się z oczywistymi upierdliwościami. Brak urlopów i zabezpieczeń socjalnych, nieregulowany czas pracy i całkowity brak możliwości zaplanowania przyszłości na dłużej niż kilka miesięcy do przodu (nigdy nie wiadomo, kiedy wpadnie kolejne fajne zlecenie). Nie mówiąc już o takich fantazjach jak kredyt hipoteczny. To wszystko są jakieś nieistotne pierdoły, kiedy się jest beztroskim studentem, podjaranym pierwszą wynajętą kawalerką. Ale czasem tak bywa, że z wiekiem zaczyna się wymagać od życia trochę więcej. Trzeba to brać pod uwagę.

Ja wybrałam sobie takie właśnie życiowe zajęcie, mimo tych wszystkich śmieszków od fistingu Niewidzialną Ręką Rynku, według których ASP to fabryka bezrobotnych hipsterów. Zupełnie nie obczajam tego memu - artyści istnieją od początków cywilizacji i zawsze są potrzebni. Nie tylko do tworzenia wielkich, poruszających serca i umysły dzieł. Prawie wszystko w naszych czasach potrzebuje oprawy wizualnej. Każda firma, każdy event, każdy film, każda reklama czy kampania, każda książka, każda gra, Mamy co robić. 

Problem polega na tym, że jako ulubione medium wybrałam sobie komiks, ale wybrałam je z pełną świadomością, jak malutki jest polski rynek komiksowy. Dlatego raczej nikogo nie zdziwię, jeśli przyznam, że komiks nie jest bynajmniej moim głównym źródłem utrzymania. Żyję raczej z ilustrowania i okazjonalnych romansów z branżą reklamową. Patrząc w przyszłość nieśmiało snuję sobie plan życia z tworzenia książek dla dzieci i sprzedaży obrazów. 

Osób żyjących w Polsce wyłącznie z samego rysowania komiksów znam dosłownie kilka. Niektóre tworzą komiksy sieciowe, zarabiając na ich papierowych wydaniach, sprzedaży gadżetów, akcjach crowdfundingowych lub patreonie. Inni rysują komiksy na zlecenie zagranicznych wydawnictw, głównie na rynek frankofoński. Rynek komiksowy we Francji i Belgii jest ogromny. Naprawdę wielki. Przy czym praca zdalna zdalna z wypłatą w euro niesamowicie się opłaca, kiedy mieszka się w Polsce, gdzie koszty życia są tak niskie. Francuscy wydawcy o tym wiedzą, dlatego tamtejsi agenci komiksowi (czy to nie piękne, że funkcjonuje taki zawód?) regularnie odwiedzają polskie festiwale w poszukiwaniu utalentowanych rysowników. Warto więc pomyśleć o takiej ścieżce kariery. 

Trzecim znanym mi sposobem na życie z komiksu jest tworzenie plansz w technice tradycyjnej, bez nastawiania się na wielkie zyski ze sprzedaży, odbijając sobie za to na sprzedaży oryginalnych plansz. Polski rynek oryginałów całkiem nieźle się ostatnio rozkręca, między innymi dzięki działalności stron typu Artkomiks, które pośredniczą w sprzedaży między kolekcjonerem a artystą.

Wróćmy do samego rysowania. Jest taki etap, przez który przechodzi każdy wannabe rysownik. Chodzi o ten moment, kiedy świadomość artystyczna przerasta twoje możliwości warsztatowe. Czyli, w prostych słowach: wiesz, jak nasza praca powinna wyglądać, ale nie potrafisz jej oddać w pożądany sposób, bo brakuje ci wprawy, umiejętności, techniki. Takich frustrujących okresów jest zresztą wiele w ciągu całego życia i ładnie opisuje je ten wykres:

Najtrudniejszy jest zawsze pierwszy z tych kryzysów. Bez potwierdzonych sukcesów i pewności siebie łatwo pomylić ten etap z tak zwanym "brakiem talentu", stwierdzić, że rysowanie po prostu nie jest ci pisane i dać sobie spokój. 

Co zrobić, żeby pokonać te trudności i iść dalej? Z doświadczenia wydaje mi się, że trzeba przełamać w sobie dwie cechy, o których pisałam na początku: prokrastynację i perfekcjonizm. Są takie sposoby, które pomagają radzić sobie i z jednym i z drugim jednocześnie. Chodzi głównie o podejmowanie wyzwań (czy może raczej zobowiązań). Pierwszy prosty krok to publikacja prac w sieci (nawet jeśli wydają ci się niewarte pokazania). Zdobycie nawet małego grona odbiorców, którzy będą upominać się o kolejne rysunki pomoże wyćwiczyć pierwsze zalążki systematyczności. Następnym krokiem może być podjęcie drobnego zlecenia lub start w konkursie. Pierwsze zetknięcia z deadlinem są bardzo ważne - uczą pracy pod presją czasu, wymuszają nawyk regularnego rysowania i przede wszystkim dają silną motywację do skończenia pracy nawet, jeśli w trakcie rysowania przestała ci się podobać. Zaczynanie i niekończenie prac to jeden z największych problemów u początkujących. Warto pamiętać, że nawet średnio udana, ale skończona praca to o wiele większy sukces niż świetny, nigdy nie skończony pomysł.

Jeszcze jedna rada ode mnie to dać sobie spokój z porównywaniem się do innych artystów. To nie jest konkurs i nie dajcie sobie tego wmówić. Każdy z nas rysuje inaczej, to jest fantastyczne i powinniśmy czerpać z tego frajdę, a nie frustrację. To nie jest wyścig, w którym wszyscy biegną jedną drogą, a ostatni odpadają z gry. Strasznie mnie bawią niektórzy znajomi, głównie artyści digitalowi, którzy koszmarnie spinają dupki o tak zwane nabijanie skilla. To są ludzie, którzy - i przesadzam tutaj tylko odrobinę - chętnie założyliby pieluchy, żeby tylko zaoszczędzić czas i spędzić więcej czasu przed tabletem, zamiast w toalecie. Tacy ludzie z dumą opowiadają, że w wieku 20 lat nabawili się zwyrodnień kręgosłupa i nagdarstka, a znajomym spędzającym piątkowy wieczór w barze posyłają pogardliwe uśmieszki - bo jak można cokolwiek czerpać z życia zamiast poświęcać je w imię skilla? Jak już wspominałam, rysować trzeba dużo, a praca artysty jest ciężka, ale jest pewna granica, za którą kończy się pogoń za marzeniem, a zaczyna zwykłe pompowanie ego. Organizując czas na rysowanie lepiej rezygnować z wielogodzinnych prokrastynacji, klikania kolejnych tubek w sieci czy kolejnych godzin grania - ale nie ze swojego zdrowia i życia towarzyskiego.  

I to chyba wszystko. Powodzenia!