Kiciputek

sobota, 26 listopada 2016

Łatwiej znosić siniaki niż prawdę - anonimowe wyznanie

Poprosiłam Kasię, by opublikowała ten tekst na swoim blogu, ponieważ rozpaczliwie zależy mi na anonimowości. Boję się współczujących spojrzeń, boję się metki ofiary. Wiem, że w teorii to nie ja powinnam się wstydzić… ale niestety reakcje na setki podobnych historii pokazują, że o wiele łatwiej ocenić tego słabszego. A ja nie mam w sobie aż tyle siły, by mierzyć się jeszcze z tym.
Słowem wstępu: opowiadam tę historię, bo mam nadzieję, że zostanie Wam w pamięci przesłanie: nie oceniaj kogoś pochopnie. Bardzo łatwo wydać wyrok z wygodnego fotela, a czasem nawet oczywista sytuacja przestaje być oczywista, kiedy znajdziemy się w jej centrum.
Jestem feministką. Białą kobietą w wieku trzydziestu lat, wykształconą i z wykształconej rodziny, wychowaną w mieście. Nigdy nie byłam bogata, ale też nie mogę powiedzieć, by czegoś potrzebnego mi brakowało. Takie rzeczy jak lodówka, zmywarka, komputer, samochód i telefony komórkowe oraz dwa tygodnie wakacji co roku były oczywistością. Nie miałam każdej zabawki, o jakiej zamarzyłam, a sprzęt trzeba było szanować, ponieważ wiadomo, że kosztuje i nie da się go wymienić z powodu kaprysu – ale i tak jak na polskie warunki żyło mi się komfortowo. Poszłam na studia, które chciałam i nie musiałam dorabiać w knajpie, żeby je ukończyć. Rodzice akceptowali moje wybory. Po studiach znalazłam pracę i stać mnie na wynajem malutkiego mieszkanka. Koleżanki z klasy czasem duszą się w klitkach z trzema – czterema obcymi osobami do wspólnej łazienki, więc nie narzekam na metraż, a cieszę się niezależnością. Jednym słowem: zdecydowanie można powiedzieć, że znajduję się w uprzywilejowanej pozycji. Że jest mi łatwiej niż innym. Jestem oczytana, znam teorie, zabieram głos w dyskusjach – co mogłoby w moim perfekcyjnym życiu pójść nie tak?
Kochałam mężczyznę. Nasz związek trwał latami. Oglądaliśmy filmy, słuchaliśmy muzyki, wychodziliśmy do pubu, kradliśmy czas pracy, by wyskoczyć razem na weekend, smsowaliśmy całymi nocami. Byłam przekonana, że cały świat może mi zazdrościć. Do czasu.
Takie rzeczy nie dzieją się nagle – ot, czasem podniósł głos. Zapominał o wspólnych planach. Coraz częściej i coraz dłużej kazał na siebie czekać, już nawet nie szukał wymówek. Ale przecież cały czas gładził mnie po brzuchu, opowiadając, że nie może się doczekać, kiedy poczuje kopanie  dziecka, bo wie, że byłabym idealną matką. Opowiadał, jak będzie wyglądał nasz wspólny dom. Namawiał mnie do rzucenia pracy, bo przecież jego pensja wystarczy, a będziemy mieli więcej czasu dla siebie. Szeptał do ucha w komunikacji miejskiej albo na imieninach znajomych, a ja rumieniłam się i marzyłam tylko o tym, by znów być sam na sam i zrealizować te szepty jak najszybciej. On już nie szukał wymówek, ale ja miałam zawsze gotowe: pokłócił się z szefem, jego świetny pomysł został odrzucony z powodu układów, musiał zostać po godzinach, żeby naprawić to, co zepsuli inni (i do głowy by mi nie przyszło, że nie zostawał sam, a z koleżanką z pracy), cudem uniknął stłuczki, bo jakiś debil wyprzedzał na trzeciego. On przecież nie chciał na mnie nakrzyczeć, po prostu ma napięte nerwy, bo ciężki czas w pracy, bo jego brat zachował się jak idiota, bo ciąży na nim taka odpowiedzialność. Gdzieś musi odreagować. Przecież summa summarum zawsze później przytulał mnie, całował w kark, otwierał wino. Kochaliśmy się, a on szeptał o dzieciach, które już tak bardzo chciałby tulić i wychowywać.
Dobrych chwil było coraz mniej, a ja koncentrowałam się tylko na tym, by poprawiać mu humor. By w lodówce były jego ulubione przysmaki, by nigdy nie bolała mnie głowa, by nie obciążać go swoimi problemami. A były coraz poważniejsze, bo zaniedbywałam pracę – gdzieś z tyłu głowy przecież tkwiła myśl, że jeśli ją stracę, nie stanie się nic poważnego. Będę miała więcej czasu dla ukochanego mężczyzny. Może nawet podświadomie chciałam nawalać, żeby nie musieć podjąć tej decyzji samodzielnie? W końcu feministyczne idee krzyczały, że powinnam być samodzielna. A że dawno nie poszłam na żaden marsz? No trudno, każdy powinien zrozumieć, że kosztem polityki nie można poświęcać najbliższych.
Kiedy mnie pobił, byłam w szoku. Po raz kolejny olał wspólne plany, nie mówiąc ani słowa. Bez „przepraszam”, bez wyjaśnienia. Suchy komunikat rzucony na ostatnią chwilę, bo przypomniał sobie, że będę przeszkadzała w jego mieszkaniu w czasie spotkania z kumplami. Gdzieś między grochówką a schabowym podawanymi jak w zegarku popłynęły mi łzy. Zaczęłam szlochać. I wtedy zobaczyłam szał w oczach faceta, który – byłam przekonana – kochał mnie całym sercem.
„Co ty sobie myślisz?”, „Kiedy płaczesz, wcale mi się nie podobasz”, „Myślisz, że świat kręci się wokół ciebie?”, „Nie muszę ci się tłumaczyć” – i tym podobne wyrzucane zimnym, nienawistnym tonem huczały mi w głowie. Wyszedł z kuchni, trzaskając drzwiami, ale wrócił po chwili. Ze skórzanym pasem. Złapał mnie za włosy i przydusił do podłogi, okładał i lał. Chciałam błagać, żeby przestał, ale głos wiązł mi w gardle z przerażenia. Zamiast tego wykonywałam polecenia – przepraszałam, prosiłam o wybaczenie, powtarzałam, że oczywiście miał rację. Kiedy ochłonął, nie było już żadnej rozmowy – przecież właśnie ustaliliśmy, że zareagowałam histerycznie na normalną sytuację. Złapałam kurtkę, torebkę i wyszłam. Jedno spojrzenie w wystawową szybę upewniło mnie, że nie mogę iść do koleżanki – musiałabym wyjaśnić nie tylko, czemu zjawiam się nagle i szukam noclegu – a to źle świadczyłoby o moim ukochanym – ale też zapuchnięte oczy, siniaki na twarzy, potargane włosy. Zameldowałam się w pierwszym hotelu, do którego udało mi się dojść, bo nie udało mi się złapać taksówki. Nie zeszłam na kolację. Skuliłam się w łóżku.
I nie, nie podjęłam przełomowej decyzji o swoim życiu. Wyjaśniałam sobie, że zignorowałam, że wrócił do domu zestresowany. Że na pewno wstrząsnęło nim, jak bardzo zapomniał o planach. Że przecież dopiero co nie dostał podwyżki, która wydawała się taka pewna. Że na swój sposób pokazał, jak dba o nasz związek. Że to było z miłości.
Tak, z miłości. Dotykałam puchnących, fioletowych śladów na całym ciele, rozpoznawałam, które z nich pochodzą od pasa, a które od ręki – i wysyłałam smsy, że rozumiem i kocham. Że zasłużyłam, bo zamiast okazać wsparcie, zareagowałam jak dziecko. Że wszystko przemyślałam i postaram się już nigdy nie dać mu powodu do sięgania po takie środki. Wspominałam wszystkie czułe chwile, utwierdzając się w tym, że jestem z mężczyzną, który mnie kocha i to się zdarzyło. Że nie można przekreślić tylu lat z powodu jednej sytuacji. Przecież nie zrobiłby tego bez powodu…
Sama nie wiem, co sprawiło, że w końcu dotarło do mnie, że muszę się ratować. Kolejne siniaki? Zaniepokojeni znajomi, którzy nie rozumieli, dlaczego ich unikam? Propozycja bezpłatnego urlopu z pracy, bo nie wyrabiam z obowiązkami i chyba potrzebuję czasu dla siebie? A może to, że przypadkiem wpadłam na kumpla mojego ukochanego, który patrzył na mnie z wielkim żalem i w końcu wydusił z siebie, że musi mi coś powiedzieć.
Te słowa bolały bardziej niż uderzenie w twarz. To była relacja z przechwałek, jakim to mój ukochany jest macho, że potrafił owinąć sobie niegłupią dziewczynę dookoła małego palca, dzięki czemu zawsze kiedy chce ma posprzątane, ugotowane i przede wszystkim – obciągnięte. Że już nie musi chodzić na kurwy, bo ma to samo na jeden telefon za darmo i bez gumy. Pochwały nie obejmowały bicia… widać było metodą owijania wokół palca. A czym zareagowałam? Zaprzeczeniem.
To na pewno nie tak. Ok, wierzę, że opowiadał kumplom jakieś głupoty, ale to dlatego, że nie mógłby odkryć swojej wrażliwej strony. Tylko ja rozumiem chwile jego słabości, na zewnątrz musi zgrywać twardszego. Udowadniać swoją męskość. Kłamać, konfabulować, ubarwiać.
Powtarzałam to sobie, bo bałam się komukolwiek innemu. Przecież jeśli powiem o siniakach, to ocenią go źle. Jak przypadek z tragicznego reportażu. A przecież każdy człowiek jest inny. On nie przestał być dobry, było mu po prostu ciężko… To tylko chwila, jeszcze będziemy mieć wymarzony dom i dzieci.
Zamknęłam się w domu, szukałam metod, jak zapewnić ukochanego o mojej miłości. O tym, że zawsze będzie miał we mnie wsparcie. Chciałam przepraszać i ratować związek, w którym doświadczyłam tylu pięknych chwil. Brzmi absurdalnie? Dla mnie też. W tej chwili. Wtedy było oczywiste.
Wsparcie rodziny i przyjaciół wygrało. Zaciągnęli mnie na terapię – znów: uprzywilejowana pozycja – było mnie na nią stać. Nie miałam dzieci, na które musiałabym się oglądać. Miałam gdzie mieszkać. Miałam trochę oszczędności i perspektywę, że odzyskam pracę. I dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać, że jestem ofiarą przemocy w rodzinie. I przypomniałam sobie wszystkie pogardliwe teksty w sieci o kobietach, które odchodzą dopiero, kiedy mąż uderzy trzecie dziecko. I właśnie ludziom piszącym te pogardliwe teksty chcę powiedzieć: te kobiety to moje bohaterki.
Mnie nie trzymało nic – mieszkanie, praca, pieniądze, dzieci. Tylko – i aż – moje własne uczucia. Wyparcie. Rozpaczliwe trzymanie się szczęśliwych chwil. Konieczność przyznania sobie, że jestem ofiarą. Że ktoś mnie krzywdzi. Powiedzenie sobie, że poniosłam porażkę – protestowałam nie raz przeciwko przemocy w rodzinie, czytałam statystyki, ale nigdy nie wpadłam na to, że to może to dotyczyć mnie bezpośrednio. Ludzki umysł jest zadziwiający – wytłumaczy wszystko. Jak alkoholik zawsze znajdzie wyjaśnienie, dlaczego się napił, tak ja tłumaczyłam faceta, który mnie bił. Wrzeszczał. Obrażał. Deptał moją godność i poczucie własnej wartości. Im bardziej docierało do mnie, co zaszło, tym bardziej miałam sobie za złe – nienawidziłam własnego ciała, własnych myśli, własnych uczuć. Miesiące zajęło, nim wybaczyłam sobie. Miesiące, kiedy zastanawiałam się, czy podjęłam słuszną decyzję – bo może krzywdzę człowieka, który mnie kochał i nie chciał źle?
I teraz pomyślcie o tych kobietach, które nie mają pracy. Nie mają dokąd pójść. Do których rozmyślań dochodzi „mam odebrać dzieciom ojca?”. O tym, jak rozpaczliwie trudno uwolnić im się z toksycznego związku. O tym, jak wiele wymaga siły, by pewnego dnia spakować plecak i wyjść – na bruk, bez grosza. Zamiast potępiać i oceniać, zastanówcie się, jak im pomóc. Ulżyć. Ukarać winnych. Ja potrafię wczuć się tylko w ułamek ich dramatu, a i tak niemal mnie on przerósł.
Nie stanęłam do końca na nogach. Nie wierzę w pozytywne intencje czy komplementy – wszędzie spodziewam się ataku. Tylko najbliżsi wiedzą, co mnie spotkało naprawdę. Nie wiem, czy bardziej boję się litości, czy mamrotanych za plecami komentarzy: „ma za swoje, po co w tym tkwiła”. Mam sobie za złe, że nie poszłam na policję – ale nie mam żadnych dowodów ani świadków i boję się, że jeśli sprawy by nie umorzono, to mój były zniszczyłby mnie w sądzie. Albo, co gorsza, znów uwierzyłabym w jego miłość.
Najgorsza w przemocy ze strony kogoś bliskiego jest własna podświadomość – która wytłumaczy wszystko. Bo nieskończenie łatwiej znosić siniaki niż prawdę.
A jeśli w mojej historii rozpoznałaś siebie – proszę, pozwól sobie pomóc. Poszukaj telefonu zaufania, przyjaciółki, psychologa. Nie ma sensu zastanawiać się nad tym, czy kochał czy kłamał – to nie ma żadnego znaczenia. Liczy się to, że podniósł na Ciebie rękę. I to, by już nigdy nie miał szansy tego powtórzyć.

sobota, 9 lipca 2016

Po kogo zadzwonisz, kiedy napadnie cię policja



Zezwalając określonym grupom na użycie przemocy musimy te grupy poddawać szczególnie czujnej kontroli. Zakładając, że każdy, kto ginie z rąk policjantów, musiał sobie na to zasłużyć, narażamy się ogromne niebezpieczeństwo. Nawet jeśli wydaje nam się, że sami nigdy nie wpakujemy się w kłopoty. 

UWAGA: podlinkowane w tekście filmy zawierają drastyczne sceny przemocy. 

Zdarza mi się, że pracuję z więźniami, w więzieniach, albo na rzecz więźniów i jest jedna rzecz, a właściwie spostrzeżenie, które wyniosłam z tej pracy - opinia publiczna nie znosi niuansów. W chwili popełnienia przestępstwa człowiek dla społeczeństwa się przegatunkowuje i nie jest już człowiekiem, tylko kryminalistą. Myśl, że może być naraz i jednym i drugim rodzi za wiele trudności. Łatwiej jest uznać, że ktoś, kto popełnia błąd, zasługuje na wszystko, co go spotyka; nieważne, czy ten błąd to morderstwo, drobna kradzież, popalanie trawki czy prowadzenie samochodu w stanie bycia czarnym. 

Piszę oczywiście w kontekście tego, co dzieje się ostatnio w Stanach. Coraz głośniej jest o kolejnych czarnoskórych ofiarach policji, wybuchają protesty, zamieszki, przemoc eskaluje - w ostatni czwartek pięciu policjantów pilnujących pokojowego protestu zginęło zastrzelonych przez samotnego napasnitka. 

Jedną z pierwszych najgłośniejszych spraw, która wywołała protesty, była historia Erica Garnera, który został zatrzymany za nielegalną sprzedaż papierosów i zginął uduszony przez trzymającego go policjanta, mimo że ten słyszał wyraźnie, jak Eric powtarza jedenaście razy: "nie mogę oddychać". 

Następny był Michael Brown, zastrzelony w niejasnych okolicznościach, którego śmierć wywołała burzliwe protesty w Ferguson. 

Tanesha Anderson, chora na schizofrenię kobieta, której rodzina poprosiła o pomoc policji w eskortowaniu jej do szpitala. Zginęła od ciosu w głowę zadanego przez wezwanego policjanta.

Tamir Rice, dwunastolatek zastrzelony za trzymanie w dłoni plastikowego pistoletu-zabawki. 

Pięćdziesięcioletni Walter Scott. Został zatrzymany za uszkodzone światło w samochodzie i zaczął biec, żeby uniknąć mandatu. Policjant postrzelił go śmiertelnie w plecy podczas próby ucieczki.

To tylko kilka przykładów. Najnowsze ofiary, które wywołały kolejną falę pytań i protestów to Alton Sterling (na przypadkowo nagranym filmie z aresztowania widać, jak policjant strzela do Altona, chociaż ten leży kompletnie unieruchomiony) i Philando Castile (zastrzelony we włanym samochodzie podczas zatrzymania przez drogówkę. W samochodzie znajdowała się również jego dziewczyna z czteroletnią córką). Nagranie z samochodu, w którym umiera postrzelony Philando zostało zastreamowane na facebooku. To jedyny sposób, w jaki przerażona dziewczyna Phila mogła wołać o pomoc. Bo po kogo można zadzwonić, kiedy strzela policjant?

Wątek rasowy tych wydarzeń jest oczywisty. W Stanach rasizm to ogromny społeczny problem, nadal nierozwiązany. Skala jest oczywiście nieporównywalna, jednak widzę pewne podobieństwa między problemami społeczeństwa polskiego i amerykańskiego. Oba są silnie zakorzenione w konserwatywnym patriotyzmie, który swoje tradycje ma osadzone w dążeniach niepodległościowych - a jednak oba mają współcześnie poważny problem z kwestionowaniem autorytetów. Było przecież i u nas kilka przypadków przemocy stosowanej przez policję w niejasnych okolicznościach, ze śmiertelnym skutkiem. Tak jak w ostatnim głośnym przypadku Igora S, który podobno "potknął się na schodach", lub dziewiętnastoletniego Rafała, który ze strachu przed policją połknął woreczek z marihuaną i w wyniku tego zginął. Chociaż to akurat mniej wina policji, a bardziej idiotycznego prawa, przez które nastolatek woli zaryzykować życiem, niż dać się przyłapać z pakietem trawki. 

Reakcje na podobne zdarzenia niezmiennie mnie przygnębiają. Nie mam pojęcia skąd w ludziach tak głębokie przekonanie, że policjanci nigdy nie używają przemocy poza absolutną koniecznością. To przecież też tylko ludzie. Mogą wśród nich być osoby agresywne, porywcze, niezrównoważone. To się może zdarzać i chociaż nie kwestionuję potrzeby istnienia samej instytucji policji i występowania okoliczności, w których musi używać siły, to jednak ludzie, którym przyznajemy prawo do jej używania muszą podlegać naszej stałej i czujnej kontroli. Pewna dawka nieufności i ostrożności jest wskazana. Od tego zależą nasze życia i funkcjonowanie naszego społeczeństwa. 

I jeszcze jedna rzecz, której nie jestem w stanie zrozumieć, to głosy w stylu "święty na pewno nie był, czymś musiał sobie zasłużyć". Ej, halo, o ile pamiętam, nie obowiązuje w Polsce kara śmierci za żadne możliwe przewinienie. A już na pewno wyrok śmierci nie powinien obowiązywać za takie rzeczy, jak przekleństwa czy stawianie oporu przy aresztowaniu. Broń i inne drastyczne środki powinny być używane wyłącznie w ściśle określonych przypadkach. Bo to, co niektórzy proponują, to godzenie się ze stałą świadomością, że za odstawienie jakiejś głupoty możemy zostać zabici w trakcie zatrzymania i będzie to w pełni usprawiedliwione. Nikt z was nigdy nie pił w miejscu publicznym? Nie zapalił trawki? Nie brał udziału w bójce? Nie przekroczył prędkości? Nie zniszczył mienia publicznego, choćby przypadkiem? Ok, być może są tutaj i tacy święci. Ale przecież znane są też przypadki zupełnie niewinnych osób, które z jakichś powodów wydały się policjantom podejrzane i przez to zginęły. A nawet jeżeli trafiło ci się być młodym białym mężczyzną o przyjemnej aparycji i prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest drastycznie niskie - czy masz stuprocentową pewność, że jakaś nielegalna głupota nie przyjdzie nigdy do głowy twojemu bratu? Siostrze? Dzieciom? Czy ich śmierć w takim przypadku byłaby równie sprawiedliwa?

wtorek, 10 maja 2016

Pełnomocnik do spraw równych i równiejszych

"Nie sądzę, aby prawo powinno tu cokolwiek nakazywać albo zakazywać. Przeregulowanie wolnego rynku jest zawsze niekorzystne" - Wojciech Kaczmarczyk zapytany o to, czy hotelarz ma prawo odmówić obsługi klienta ze względu na kolor skóry


Koło południa zwykle robię sobie przerwę w pisaniu pracy, parzę sobie kawkę i zasiadami do tak zwanej prasówki. Niestety, przykre okoliczności polityczne, w jakich przyszło nam żyć sprawiają, że po takiej rundce prasówki kawa w ogóle mi już nie smakuje i strapiona, przepełniona słusznym gniewem wracam do pisania. Ale nie tym razem.

Tym razem trafilam w sieci na wywiad, którego udzielił Gazecie Wyborczej Wojciech Kaczmarczyk, rządowy pełnomocnik do spraw równego traktowania. Czegoś tak kuriozalnego nie czytałam od dawna. Chcę więc przeżyć ten wywiad, jeszcze raz, od początku, razem z wami. 


Ewa Siedlecka: Jak pan jako pełnomocnik rządu ds. równego traktowania ocenia obywatelski projekt całkowitego zakazu aborcji? 

Minister Wojciech Kaczmarczyk nie uważa, by ta kwestia należała do zadań pełnomocnika rządu ds. równego traktowania. Osobiście jest zdania, że człowiek zasługuje na ochronę od poczęcia, bez różnicowania tej ochrony. 

Zaczyna się mocnym akcentem. Pan rzecznik nie widzi powodu, żeby przejmować się równym traktowaniem kobiet. Za to zapłodnione komórki zawsze mogą liczyć na jego wsparcie. 

 Suwak na listach wyborczych? 

Minister uważa, że gwarantowanie kobietom miejsc sprowadza się do uprzedmiotowienia kobiet.

Ech. Jeśli dostęp do głosu w polityce i debacie publicznej jest uprzedmiotowieniem to proszę, mówcie o mnie od dzisiaj "to". 

Miałam zresztą pisać o tym oddzielną notkę. O takim typie ludzi, którzy na wszystkie sygnalizowane problemy z dyskryminacją odpowiadają "dla mnie to nie ma znaczenia, ja nie widzę rasy/płci/narodowości/orientacji tylko człowieka". Tak jakby system, który wyrósł na tysiącach lat dyskryminacji i wykluczenia można było po prostu zresetować i zacząć od nowa na świeżych zasadach. Takie podejście to ignorowanie rzeczywistości. To, że ktoś zdecydował się nie zauważać problemu, nie znaczy, że on znika. A o jakim problemie mówimy w przypadku suwaków? Często spotykam się z argumentem, że równość płci na listach wyborczych jest zaprzeczeniem demokracji. Z tym że, uwaga niespodzianka, listy wyborcze nie są przecież wybierane w procesie demokratycznym. Ktoś je ustala. I jakimś cudem według tych ustaleń na listach, a zwłaszcza na pierwszych miejscach, prawie zawsze dominują mężczyźni. Nikogo nigdy to nie dziwi. Czy wszyscy przyjęliby sprawę za oczywistość, gdyby sytuacja wyglądała odwrotnie? Gdyby to kobiety dominowały na listach? Czy też może uznano to za spisek zakonu politycznej poprawności? A przecież, podobno, nie płeć ma znaczenie, tylko tak zwane kompetencje. Czyżby więc mężczyźni mieli te kompetencje genetycznie zaprogramowane? A może po prostu chętniej garną się do polityki? Wiele osób zadaje sobie te pytania i dochodzi do wniosku, że wciskanie kobiet na listy wyborcze pod przymusem to jakiś absurd. Z tym że, jak pokazuje przykład ostatnich wyborów, ich wcale nie trzeba wypychać do polityki na siłę. Wystarczy zapewnić równe możliwości i wolne od dyskryminacji środowisko, a chętne i kompetentne kobiety jakoś się znajdują, i to w proporcjach mniej więcej równych do mężczyzn. Zdziwieni? Czym? Przecież jest nas w Polsce ponad połowa. A płeć podobno nie ma znaczenia. 

Porzućmy teraz tę subtelną agitację i wróćmy do rozmowy z panem Kaczmarczykiem:

Pełnomocnik stawia raczej na edukację i budzenie wrażliwości firm.

Jakimi metodami chce pan to osiągnąć? 

Pełnomocnik stawia na organizacje pozarządowe.

I to jest ten moment, w którym nasuwa mi się pytanie, po jaką cholerę nam w ogóle w rządzie jakiś pełnomocnik, skoro całą swoją robotę zwala na organizacje pozarządowe. 

Polska nie prowadzi żadnych statystyk dotyczących przemocy, m.in. wobec osób LGBT, co wytykały nam i Komitet Praw Człowieka ONZ, i Agencja Praw Podstawowych, i Europejska Komisja przeciw Rasizmowi i Nietolerancji. Czy sprawi pan, by takie dane były gromadzone? 

Pełnomocnik odpowiada, że nie ma też danych o przemocy wobec innych grup, np. osób duchownych.

A to jest z kolei moment, w którym wybucham ponurym śmiechem. Panie pełnomocniku, kiedy ostatnio jakiś duchowny został pobity na ulicy? Czy kościoły są już ostrzeliwane i obrzucane kamieniami? Czy odmawia im się prawa do założenia rodziny? W tym ostatnim może tkwić ziarno prawdy, ale w takim przypadku należałoby utworzyć program ochrony duchownych przed dyskryminacją ze strony Kościoła.


Wracając do postulatów organizacji kobiecych: swobodny dostęp do nowoczesnej antykoncepcji? 

Pełnomocnik nie dostrzega żadnego ograniczenia tego dostępu.

Niektórzy aptekarze odmawiają sprzedaży środków antykoncepcyjnych. 

Zdaniem pełnomocnika mają prawo do sprzeciwu sumienia. Można sobie poszukać innej apteki

Nie macie chleba? Jedzcie ciastka. Nie macie za co żyć? Weźcie kredyt i zmieńcie pracę. Aptekarz odmawia wam sprzedaży leku? Jedźcie sobie do innej apteki. Szczególnie jeśli mieszkacie na wsi.

Nie chodzi nawet o sam argument, ale wydaje mi się, że jest coś bardzo bardzo nie tak, jeżeli pełnomocnik, który ma pomagać wykluczonym, zwraca się do ludzi w tak lekceważący i pogardliwy sposób. 

A wychowanie seksualne w szkołach? 

Pełnomocnik przyznaje, że edukacja seksualna, która nie wkracza w prawa rodziców i w intymność dziecka, jest w szkole potrzebna.

Serio, nawet jak ten typ próbuje powiedzieć coś sensownego, to musi, po prostu MUSI zaraz po tym dodać coś czym podliże się prawicy. W jakie prawa rodziców może wkraczać edukacja seksualna w szkołach? W prawo do nieedukowania własnego dziecka? Odmówiliśmy im już tego prawa wprowadzając powszechny obowiązek szkolny. Wkraczanie w intymność dziecka? Czym? Wiedzą o jego własnym ciele?

Będzie pan działał w tym kierunku? 

Pełnomocnik uważa, że nie jest pełnomocnikiem ds. wychowania seksualnego. Kobiety niezadowolone z edukacji seksualnej w szkole mogą same edukować swoje dzieci.

Znowu cynizm, znowu pogarda. I założenie, że dziećmi zajmują się tylko kobiety.

A jak ktoś jest niezadowolony z poziomu fizyki w szkole to ma sobie zrobić doktorat i sam edukować swoje dzieci? 


Na pierwsze spotkanie po objęciu urzędu zaprosił pan m.in. Ordo Iuris. Potem napisał pan: "Zgodziliśmy się, że think tank prawniczy III sektora, jakim jest Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, może stać się wsparciem Pełnomocnika ds. Równego Traktowania w identyfikacji obszarów dyskryminacji, które wymagają interwencji państwa". Czy organizacja działająca na rzecz wykluczenia pewnych grup społecznych to dobry doradca w sprawach równości? 

Pełnomocnik stwierdza, że to pytanie insynuuje, iż Ordo Iuris wyklucza kogokolwiek z życia społecznego.

Przecież napisało projekt, który pozbawia osoby nieheteroseksualne możliwości otrzymywania zaświadczeń o stanie cywilnym potrzebnych do zawarcia związku za granicą i odmowy zeznawania przeciw partnerowi. 

Zdaniem pełnomocnika nie świadczy to o chęci wykluczenia z życia społecznego. Tym pytaniem rozmówczyni uprawia mowę nienawiści.

Ordo Iuris konsultatem do spraw równego traktowania. Obawa przed wykluczeniem mową nienawiści. Czy dziś jest Reverse Day? CO TU SIĘ DZIEJE?

Zarządzeniem premiera zlikwidowano Radę ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i związanej z nimi Nietolerancji. Pełnomocnik nie zabiegał o jej pozostawienie.

Tak kończy się wywiad i my też tym skończmy. Każdy kolejny komentarz, jaki mi się nasuwa, to boleśnie oczywisty banał. Taka właśnie jest nasza nowa władza. Zabija satyrę. Nie da się śmiać z czegoś tak absurdalnego. Powyższe wypowiedzi nadawałyby się do obśmiania wypowiedziane przez każdego klasycznego prawicowego buca. Wypowiedziane przez rządowego pełnomocnika do spraw równego traktowania to już czarny humor niewymagający komentarza.

PS: Jeszcze jeden przykład na to, że mamy dzisiaj Dzień Absurdu. Bractwo Małych Stópek, organizacja "prolajferska", czci pamięć "bohatera" Łupaszki, zbrodniarza odpowiedzialnego za masakrę w Dubinkach, gdzie wymordowana została ludność cywilna, w tym kobiety i dzieci. No cóż, najwyraźniej Małe Stópki zasługują na troskę wyłącznie dopóki się nie urodzą. Już dwa miesiące po narodzinach można je swobodnie mordować i jeszcze zostać za to bohaterem. A może nie chodzi wcale o żadną ochronę życia, tylko po prostu o znęcanie się nad kobietami? W tej kwestii ze swoim bohaterem Bractwo też znalazłoby wspólny temat.





czwartek, 14 kwietnia 2016

Jak nie dać się złapać w pułapkę małżeństwa


Jest kilka takich rzeczy, których nigdy nie zrozumiem. Jedną z nich jest to, co właściwie kieruje odbiorcami gadżetów w stylu koszulek "game over" ze smutnym piktogramem pana młodego przy ołatarzu, albo figurek na torty, w których biedak jest siłą ciągnięty do ślubu za nogę. No po prostu nie rozumiem żartu. Kochani śmieszkujący panowie, mielący w kółko mema o małżeństwie-pułapce, które wysysa z was wolność i radość życia - wiecie, że naprawdę, naprawdę nie musicie się żenić? 

Związany z tym ogon skojarzeń ciągnie się później przez kolejne etapy związku i biorą się z niego dalsze beznadziejne memy w stylu "facet czasem musi odpocząć od rodziny i się wyszaleć", albo że dzielenie obowiązków domowych z żoną to pantoflarstwo, że każdy mężczyzna potrzebuje swojej własnej, nienaruszalnej przestrzeni, tak zwanej "męskiej jaskini".

I znów - nie zrozumcie mnie źle, ja wiem, że w zdrowym związku bardzo ważne jest, żeby mieć czasem czas dla siebie, dla swoich znajomych i swoich pasji. Ale jakoś się w społecznej świadomości utarło, że to raczej facet ma do tej wolnej czasoprzestrzeni prawo. Bo dla kobiety dom, rodzina to naturalne środowisko, w którym czuje się najlepiej. A mężczyzna jest w to środowisko wrzucony jakby na siłę i tylko z poczucia obowiązku.

Ile słyszeliście historii o himalaistkach, które całe życie spędziły na szczytach, poświęcając się pasji, kiedy ich mężowie zostawali wiernie czekając w domu, zajmując się dziećmi? Jak wielu ze znanych wam mężczyzn, otrzymując ofertę wyjazdu na konferencję, zastanawia się w pierwszym odruchu, czy będzie miał z kim zostawić dzieci?

Niestety, jeśli chodzi o życie towarzyskie i zawodowe, to w naszym społeczeństwie ślub stanowi "game over" najczęściej właśnie dla kobiet.

Na koniec taka prywatna anegdotka. Byłam jakiś czas temu w barze ze znajomymi. Przy stoliku obok siedziała dość głośna grupka na oko trzydziestoletnich mężczyzn. Jeden z nich, któremu jakiś czas wcześniej urodził się syn, opowiadał kolegom jak wygląda życie po narodzinach pierwszego dziecka: "Wiecie, jest naprawdę spoko. Nadal mam życie, chodzę do pracy, ze znajomymi na piwko. A mały? No, Asia z nim siedzi cały czas. Naprawdę, jest ok, wcale nie tak źle, jak ludzie straszą. Tylko z seksem chujowo, od porodu w ogóle nie mogę Aśki namówić, nieważne jak próbuję...".


piątek, 1 kwietnia 2016

Nie będę rodzić w Polsce




Miałam ostatnio okazję uczestniczyć w panelu dyskusyjnym "Bezpieczeństwo Kobiet". Razem z resztą prelegentek miałyśmy w pierwszej kolejności opowiedzieć o tym, czego, jako kobiety, boimy się najbardziej; co nam zagraża. Odpowiedziałam pierwszą myślą, która przyszła mi do głowy: że boję się zajść w ciążę. Przynajmniej w tym kraju. Boję się tego już od jakiegoś czasu, szczególnie od pewnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, zgodnie z którym lekarz ma prawo odmówić udzielenia mi pomocy, jeśli uzna, że może to zaszkodzić płodowi. Może po prostu odmówić i patrzeć jak umieram. 

Mniej więcej wtedy postanowiłam, że jeśli kiedyś zajdę w ciążę, wyjadę za granicę. O ile, oczywiście, pozwoli mi na to sytuacja finansowa. Dzisiaj jestem już prawie pewna, że w Polsce rodzić nie będę. Wygląda na to, że nowy projekt obywatelski ustawy zaostrzającej prawo aborcyjne w Polsce zyskał silne poparcie rządu, w związku z czym ma ogromne szanse wejść wkrótce w życie.

Projekt ustawy przewiduje całkowity zakaz aborcji. Również w przypadku ciąży będącej wynikiem gwałtu, kazirodztwa lub czynu zabronionego (gdy w ciążę zachodzi dziewczynka poniżej 15 roku życia). A także w przypadku nieodwracalnego uszkodzenia lub letalnych wad płodu. Co więcej, taka ustawa w praktyce uniemożliwi wykonywanie zabiegów in vitro i badań prenatalnych, a także przewiduje kary dla kobiet, nie tylko za przerwanie ciąży, ale także za "umyślne lub nieumyślne spowodowanie śmierci dziecka poczętego".

W skrócie, prawdopodobnie będzie można niedługo w Polsce karać kobiety więzieniem za poronienie lub urodzenie martwego dziecka. Myślicie, że przesadzam? Poczytajcie jakie konsekwencje przyniosła podobna ustawa w Salwadorze, gdzie kobiety po poronieniach są prewencyjnie aresztowane i często odsiadują kilkudziesięcioletnie wyroki.

Więcej na temat dokładnych zapisów ustawy możecie dowiedzieć się między innymi stąd i stąd.

Nie wiem jak was, ale mnie wizja wprowadzenia tych przepisów w życie autentycznie przeraża. Niech nikt nie mówi mi, że znów angażuję się w niepotrzebne wojenki ideologiczne, które nikogo nie interesują. To są sprawy, które mogą dotyczyć bezpośrednio mnie - mojego zdrowia i życia.

A ponieważ wiem dokładnie, jakie komentarze wywoła podobny wpis, postanowiłam z góry przygotować sobie aborcyjne FAQ, do którego możecie zerknąć, jeśli najdzie was ochota pokłócić się ze mną o moje moralne prawo do przerywania ciąży. Będzie zawierać wszystkie argumenty, z którymi miałam okazję się mierzyć podczas wszystkich dyskusji o aborcji, które zdarzało mi się prowadzić:

1. "Płód jest człowiekiem, dzieckiem poczętym jego prawo do życia jest nienaruszalne."


Płód jest płodem. Oczywiście, dla oczekującej radośnie przyszłej mamy może być dzieckiem poczętym, fasolką, bobaskiem, największym szczęściem. Ale to nie powód, by podobne określenia wprowadzać do terminologii prawnej lub medycznej. Komórka jajowa to komórka jajowa, blastula jest blastulą, płód płodem. 

W takim razie kiedy zachodzi magiczna przemiana w człowieka? Nie ma takiego momentu. Bo to jest proces, a nie magiczna przemiana. Proces jest płynny i nie da się wskazać konkretnego momentu zyskania człowieczeństwa. Ustanawiając prawo możemy wziąć pod uwagę kilka istotnych czynników - jak moment rozwinięcia się kory mózgowej i połączeń nerwowych lub zdolność do samodzielnego przetrwania poza organizmem matki. Nie znaczy to jednak, że którykolwiek z tych momentów uznaje się za decydujący o człowieczeństwie.

Można też arbitralnie uznać, że człowiek zaczyna się w momencie połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej. Bo tak. Ale nie można oczekiwać, że wszyscy dostosują się do tego subiektywnego stwierdzenia. 

2. "Może płód nie jest człowiekiem, ale nim będzie, więc na jedno wychodzi." 


Zgodnie z takim rozumowaniem, plemnik też może zostać człowiekiem, a jednak nie postulujemy kary więzienia za onanizm.

3. "Sam plemnik nie może stać się człowiekiem, a zapłodniona komórka tak."


Zapłodniona komórka bez odpowiednich warunków też nie może przekształcić się w człowieka. Co więcej, nawet w odpowiednich warunkach, w jednym na sześć potwierdzonych przypadków ciąży dochodzi do samoistnego poronienia w pierwszym trymestrze. Jeżeli wziąć pod uwagę przypadki, w których kobieta nie wie o ciąży, można mówić o 40 do 60% przypadków, w których dochodzi do spontanicznego poronienia.

W odpowiednich warunkach (zagnieżdżenie się w ściance macicy, zdrowa, donoszona ciąża) zapłodniona komórka może stać się człowiekiem. W odpowiednich warunkach (dostęp do komórki jajowej) plemnik też ma szansę stać się kiedyś człowiekiem. To jak z tym zakazem?

4. "Zapłodniona komórka ma swoje unikalne DNA".


Tak jak paprotka. Jaki to ma wpływ na cokolwiek?

5. "A gdyby ciebie matka usunęła?"


To nigdy bym nie zaistniała, więc nie byłoby żadnego poczucia straty. Przywiązać się do swojego istnienia i bać o nie można tylko wtedy, kiedy już się zaistnieje.

Równie dobrze możecie pytać mnie, co bym zrobiła, gdyby moi rodzice nigdy się nie spotkali. Nic, bo by mnie nie było. W czym problem? Czy mam już w tej chwili iść i zachodzić w ciążę, bo to jajeczko, które wyrzucę później do kosza, nigdy nie będzie miało szansy zyskać świadomości?

6. "Przecież można oddać do adopcji, w czym problem?"


W dziewięciu miesiącach ciąży i porodzie. Wiele osób (zwykle tych, których rola w powstaniu dziecka ogranicza się do jego spłodzenia) zdaje się zapominać o tych drobnych szczegółach. A ciąża i poród to wcale nie jest takie hop-siup jak się niektórym wydaje. Kobiety wciąż umierają przy porodach. Ciąża wiąże się z wieloma konswekwencjami zdrowotnymi, o których się na codzień nie mówi, a które często zostają na całe życie. 

7. "Kobiety usuwają ciążę dla własnej wygody."


Jak już wspomniałam, ciąża, poród i wszystko, co nadchodzi potem to nie jest kwestia "wygody". To  wszystko ma ogromny wpływ na życie i zdrowie kobiety. 

8. "To nie lepiej się zabezpieczyć?"


Oczywiście. Aborcja jest rozwiązaniem właśnie wtedy, kiedy antykoncepcja zawiodła lub z jakiegoś powodu nie została zastosowana. To nie jest tak, że kobiety nie stosują antykoncepcji myśląc sobie "oj tam, najwyżej usunę!".

Nieograniczony dostęp do antykoncepcji jest bardzo ważny i potrzebny, ale to nie znaczy, że aborcja powinna być zakazana. 

9. "To trzeba było się nie puszczać. Nie wiedziała, skąd się dzieci biorą? Trzeba ponosić konsekwencje swoich działań."


Więc będziemy karać kobiety za seks każąc im rodzić niechciane dzieci? Doskonały pomysł. Rozumiem, że jak chodząc po górach złamiesz rękę, to lekarz powinien po prostu spytać, po co tam łaziłeś i nie udzielić ci pomocy? 

10. "Dlaczego życie kobiety ma być ważniejsze od życia nienarodzonego dziecka?"


Kobieta ma świadomość. Czuje strach i ból. Płód na etapie rozwoju, w którym dozwolona jest aborcja, nie odczuwa niczego. Jego świadomość nie zaistniała, nie ma poczucia straty. 


11. "Osoba w śpiączce też nie ma świadomości i nie odczuwa bólu. Też można ją zabić?"


Osobie w śpiączce do przeżycia nie jest potrzebny organizm kobiety. Gdyby był, nie można by przecież zmusić prawnie kobiety do ratowania takiej osoby własnym zdrowiem lub życiem. Poza tym, taka osoba już zaistniała, wykształciła jakąś osobowość, ma wspomnienia i więzi społeczne. 


***

Na razie to chyba tyle. Jak wpadniecie na coś nowego, to dopiszę. Może komuś pomogłam w jakimś małym procencie wyrobić sobie spojrzenie na którąś kwestię. Jednak nie mam złudzeń, że wpisem na blogu jestem w stanie realnie zmienić klimat polityczny w naszym kraju.

 I gdzieś tam z tyłu głowy powoli, półświadomie pakuję walizki.

czwartek, 18 lutego 2016

Prawdziwe kobiety kontratakują


Znacie na pewno ten mem o tym, że prawdziwe kobiety mają krągłości. Jeżeli odwiedzaliście już wcześniej mojego bloga to wiecie też pewnie, jak bardzo mnie drażni i dlaczego. Pisałam już kilka razy o tym, że my, kobiety, nie powinnyśmy pozwalać szczuć się na siebie nawzajem. Z jednej strony rozumiem, że jest to pewnego rodzaju mechanizm obronny w świecie, który nieustannie obserwuje, komentuje i ocenia to, jak wyglądamy. Ale nie tędy droga. Gry w seksizm i mizoginię nie da się wygrać według ich zasad. Jedyne sensowne, co możemy zrobić, to odmówić w niej udziału. 

Więcej na ten temat pisałam na przykład w tej notce.


A dlaczego znowu się taplam w tym temacie? Jak zawsze, obwiniam internet. A konkretnie to cudo, na które ostatnio trafiłam:




Taki obrazek udostępniła na facebooku Harcerska Grupa Ratownicza Starachowice. Jest tak zły na tak wielu poziomach, że nawet nie wiem, od którego zacząć. Pomijając oczywisty, wstrętny skinny shaming i dyktowanie kobietom, jak powinny wyglądać, dochodzi ten creepy tekst o ratownikach. W jakiej chorej głowie zrodziła się myśl, że ratownik medyczny, udzielając pomocy rannej czy wręcz umierającej kobiecie, ma jakąś perwersyjną frajdę z oglądania jej nago? I jeszcze ocenia jej figurę? Naprawdę nie wiem. Ale sama idea jest równie smutna, jak straszna.

środa, 23 grudnia 2015

Harry Potter i terror Politycznej Poprawności



Poprawność polityczna :/// Nie podoba mi się ten pomysł. Po co robić takie myki, skoro HP był wystarczająco zróżnicowany kulturowo...


Taki post znajomej przewinął mi się dzisiaj na facebookowej tablicy i postanowiłam użyć go jako przykładu do rozprawienia się z tym, co się ostatnio dzieje wokół decyzji castingowej do sztuki "Harry Potter and the Cursed Child".

W czym jest problem można domyślić się na pierwszy rzut oka - Hermionę zagra czarna aktorka. Sama Rowling wypowiada się o takim doborze obsady bardzo pozytywnie, co oczywiście sceptykom nie dowodzi niczego - może poza tym, że biedna autorka została tak zmanipulowana polityczną poprawnością, że traci pojęcie na temat własnego dzieła.

No właśnie, zacznijmy znów od politycznej poprawności, bo ta głupia memetyczna zbitka słowna ciągle nie chce jakoś umrzeć śmiercią naturalną. Bardzo bym chciała, żebyśmy jako społeczeństwo przyjęli w końcu do wiadomości, że bardzo wielu mieszkańców naszej planety to ludzie o innym kolorze skóry niż biały. W świetle tego faktu odpowiednia ich reprezentacja w popkulturze to nie jest żaden nienaturalny "myk", "chwyt" ani "zabieg", nie potrzebujemy do tego tworzyć określeń typu "poprawność polityczna". To po prostu odwzorywanie rzeczywistości, której obraz w kulturze był przez wiele lat nieproporcjonalnie zakrzywiony. Z różnych powodów, które współczesnemu człowiekowi powinny już wydawać się niedorzeczne, ale których nie możemy dzisiaj ignorować udając, że problem rasizmu nigdy nie zaistniał a jeśli nawet, to na nic już nie ma wpływu.

Samo określenie, że Harry Potter był już "wystarczająco zróżnicowany kulturowo" dużo zdradza o tym, jak myślimy o problemie reprezentacji w popkulturze. Taki sposób rozumowania stawia białą rasę niejako w defaulcie, a wszystkie inne kolory skóry traktuje jako dodatki. Niezbędne, żeby nie ściągnąć na siebie gniewu mniejszości, ale jednak dodatki. Sama ta konstrukcja sugeruje, że zróżnicowania kulturowego może być za dużo. Dla wszystkich myślących w ten sposób mam przykrą wiadomość - świat dookoła jest naprawdę bardzo zróżnicowany kulturowo, czy tego chcecie czy nie. I jeżeli w sztuce odnajdywaliście do tej pory od tego nieznośnego zróżnicowania ucieczkę, to też nie na długo. 

Jak podkreśla sama JK Rowling - w książkach o Harrym Potterze kolor skóry bohaterów nie jest zwykle podkreślany. To, że wasze mózgi z defaultu pokolorowały wszystkich na biało to już sprawa indywidualna i nie możecie mieć o to pretensji do autorki. 

A nawet gdyby w książkach jednak była wzmianka o tym, że Hermiona jest biała - wciąż nie miałabym nic przeciwko aktualnej obsadzie. Adaptacje rządzą się swoimi prawami i tak samo, jak nie mam w zwyczaju robić awantur o właściwy kolor oczu bohaterów, tak i z kolorem skóry nie miałabym żadnego problemu. Zwłaszcza, że potrafię sobie wyobrazić jak ważna jest nawet tak skromna reprezentacja dla wszystkich czarnych fanek i fanów Pottera na całym świecie. Filmów o całkowicie białej obsadzie powstały już niezliczone ilości i nikt nie domaga się dla nich uzasadnienia. Najwyższy czas, żebyśmy przestali domagać się uzasadnień dla każdego czarnego aktora lub aktorki.

A jeśli to wszystko nadal was nie przekonuje, pomyślcie, co na ten temat powiedziałaby sama Hermiona.