Kącik Kiciputka

czwartek, 14 kwietnia 2016

Jak nie dać się złapać w pułapkę małżeństwa


Jest kilka takich rzeczy, których nigdy nie zrozumiem. Jedną z nich jest to, co właściwie kieruje odbiorcami gadżetów w stylu koszulek "game over" ze smutnym piktogramem pana młodego przy ołatarzu, albo figurek na torty, w których biedak jest siłą ciągnięty do ślubu za nogę. No po prostu nie rozumiem żartu. Kochani śmieszkujący panowie, mielący w kółko mema o małżeństwie-pułapce, które wysysa z was wolność i radość życia - wiecie, że naprawdę, naprawdę nie musicie się żenić? 

Związany z tym ogon skojarzeń ciągnie się później przez kolejne etapy związku i biorą się z niego dalsze beznadziejne memy w stylu "facet czasem musi odpocząć od rodziny i się wyszaleć", albo że dzielenie obowiązków domowych z żoną to pantoflarstwo, że każdy mężczyzna potrzebuje swojej własnej, nienaruszalnej przestrzeni, tak zwanej "męskiej jaskini".

I znów - nie zrozumcie mnie źle, ja wiem, że w zdrowym związku bardzo ważne jest, żeby mieć czasem czas dla siebie, dla swoich znajomych i swoich pasji. Ale jakoś się w społecznej świadomości utarło, że to raczej facet ma do tej wolnej czasoprzestrzeni prawo. Bo dla kobiety dom, rodzina to naturalne środowisko, w którym czuje się najlepiej. A mężczyzna jest w to środowisko wrzucony jakby na siłę i tylko z poczucia obowiązku.

Ile słyszeliście historii o himalaistkach, które całe życie spędziły na szczytach, poświęcając się pasji, kiedy ich mężowie zostawali wiernie czekając w domu, zajmując się dziećmi? Jak wielu ze znanych wam mężczyzn, otrzymując ofertę wyjazdu na konferencję, zastanawia się w pierwszym odruchu, czy będzie miał z kim zostawić dzieci?

Niestety, jeśli chodzi o życie towarzyskie i zawodowe, to w naszym społeczeństwie ślub stanowi "game over" najczęściej właśnie dla kobiet.

Na koniec taka prywatna anegdotka. Byłam jakiś czas temu w barze ze znajomymi. Przy stoliku obok siedziała dość głośna grupka na oko trzydziestoletnich mężczyzn. Jeden z nich, któremu jakiś czas wcześniej urodził się syn, opowiadał kolegom jak wygląda życie po narodzinach pierwszego dziecka: "Wiecie, jest naprawdę spoko. Nadal mam życie, chodzę do pracy, ze znajomymi na piwko. A mały? No, Asia z nim siedzi cały czas. Naprawdę, jest ok, wcale nie tak źle, jak ludzie straszą. Tylko z seksem chujowo, od porodu w ogóle nie mogę Aśki namówić, nieważne jak próbuję...".


piątek, 1 kwietnia 2016

Nie będę rodzić w Polsce




Miałam ostatnio okazję uczestniczyć w panelu dyskusyjnym "Bezpieczeństwo Kobiet". Razem z resztą prelegentek miałyśmy w pierwszej kolejności opowiedzieć o tym, czego, jako kobiety, boimy się najbardziej; co nam zagraża. Odpowiedziałam pierwszą myślą, która przyszła mi do głowy: że boję się zajść w ciążę. Przynajmniej w tym kraju. Boję się tego już od jakiegoś czasu, szczególnie od pewnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, zgodnie z którym lekarz ma prawo odmówić udzielenia mi pomocy, jeśli uzna, że może to zaszkodzić płodowi. Może po prostu odmówić i patrzeć jak umieram. 

Mniej więcej wtedy postanowiłam, że jeśli kiedyś zajdę w ciążę, wyjadę za granicę. O ile, oczywiście, pozwoli mi na to sytuacja finansowa. Dzisiaj jestem już prawie pewna, że w Polsce rodzić nie będę. Wygląda na to, że nowy projekt obywatelski ustawy zaostrzającej prawo aborcyjne w Polsce zyskał silne poparcie rządu, w związku z czym ma ogromne szanse wejść wkrótce w życie.

Projekt ustawy przewiduje całkowity zakaz aborcji. Również w przypadku ciąży będącej wynikiem gwałtu, kazirodztwa lub czynu zabronionego (gdy w ciążę zachodzi dziewczynka poniżej 15 roku życia). A także w przypadku nieodwracalnego uszkodzenia lub letalnych wad płodu. Co więcej, taka ustawa w praktyce uniemożliwi wykonywanie zabiegów in vitro i badań prenatalnych, a także przewiduje kary dla kobiet, nie tylko za przerwanie ciąży, ale także za "umyślne lub nieumyślne spowodowanie śmierci dziecka poczętego".

W skrócie, prawdopodobnie będzie można niedługo w Polsce karać kobiety więzieniem za poronienie lub urodzenie martwego dziecka. Myślicie, że przesadzam? Poczytajcie jakie konsekwencje przyniosła podobna ustawa w Salwadorze, gdzie kobiety po poronieniach są prewencyjnie aresztowane i często odsiadują kilkudziesięcioletnie wyroki.

Więcej na temat dokładnych zapisów ustawy możecie dowiedzieć się między innymi stąd i stąd.

Nie wiem jak was, ale mnie wizja wprowadzenia tych przepisów w życie autentycznie przeraża. Niech nikt nie mówi mi, że znów angażuję się w niepotrzebne wojenki ideologiczne, które nikogo nie interesują. To są sprawy, które mogą dotyczyć bezpośrednio mnie - mojego zdrowia i życia.

A ponieważ wiem dokładnie, jakie komentarze wywoła podobny wpis, postanowiłam z góry przygotować sobie aborcyjne FAQ, do którego możecie zerknąć, jeśli najdzie was ochota pokłócić się ze mną o moje moralne prawo do przerywania ciąży. Będzie zawierać wszystkie argumenty, z którymi miałam okazję się mierzyć podczas wszystkich dyskusji o aborcji, które zdarzało mi się prowadzić:

1. "Płód jest człowiekiem, dzieckiem poczętym jego prawo do życia jest nienaruszalne."


Płód jest płodem. Oczywiście, dla oczekującej radośnie przyszłej mamy może być dzieckiem poczętym, fasolką, bobaskiem, największym szczęściem. Ale to nie powód, by podobne określenia wprowadzać do terminologii prawnej lub medycznej. Komórka jajowa to komórka jajowa, blastula jest blastulą, płód płodem. 

W takim razie kiedy zachodzi magiczna przemiana w człowieka? Nie ma takiego momentu. Bo to jest proces, a nie magiczna przemiana. Proces jest płynny i nie da się wskazać konkretnego momentu zyskania człowieczeństwa. Ustanawiając prawo możemy wziąć pod uwagę kilka istotnych czynników - jak moment rozwinięcia się kory mózgowej i połączeń nerwowych lub zdolność do samodzielnego przetrwania poza organizmem matki. Nie znaczy to jednak, że którykolwiek z tych momentów uznaje się za decydujący o człowieczeństwie.

Można też arbitralnie uznać, że człowiek zaczyna się w momencie połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej. Bo tak. Ale nie można oczekiwać, że wszyscy dostosują się do tego subiektywnego stwierdzenia. 

2. "Może płód nie jest człowiekiem, ale nim będzie, więc na jedno wychodzi." 


Zgodnie z takim rozumowaniem, plemnik też może zostać człowiekiem, a jednak nie postulujemy kary więzienia za onanizm.

3. "Sam plemnik nie może stać się człowiekiem, a zapłodniona komórka tak."


Zapłodniona komórka bez odpowiednich warunków też nie może przekształcić się w człowieka. Co więcej, nawet w odpowiednich warunkach, w jednym na sześć potwierdzonych przypadków ciąży dochodzi do samoistnego poronienia w pierwszym trymestrze. Jeżeli wziąć pod uwagę przypadki, w których kobieta nie wie o ciąży, można mówić o 40 do 60% przypadków, w których dochodzi do spontanicznego poronienia.

W odpowiednich warunkach (zagnieżdżenie się w ściance macicy, zdrowa, donoszona ciąża) zapłodniona komórka może stać się człowiekiem. W odpowiednich warunkach (dostęp do komórki jajowej) plemnik też ma szansę stać się kiedyś człowiekiem. To jak z tym zakazem?

4. "Zapłodniona komórka ma swoje unikalne DNA".


Tak jak paprotka. Jaki to ma wpływ na cokolwiek?

5. "A gdyby ciebie matka usunęła?"


To nigdy bym nie zaistniała, więc nie byłoby żadnego poczucia straty. Przywiązać się do swojego istnienia i bać o nie można tylko wtedy, kiedy już się zaistnieje.

Równie dobrze możecie pytać mnie, co bym zrobiła, gdyby moi rodzice nigdy się nie spotkali. Nic, bo by mnie nie było. W czym problem? Czy mam już w tej chwili iść i zachodzić w ciążę, bo to jajeczko, które wyrzucę później do kosza, nigdy nie będzie miało szansy zyskać świadomości?

6. "Przecież można oddać do adopcji, w czym problem?"


W dziewięciu miesiącach ciąży i porodzie. Wiele osób (zwykle tych, których rola w powstaniu dziecka ogranicza się do jego spłodzenia) zdaje się zapominać o tych drobnych szczegółach. A ciąża i poród to wcale nie jest takie hop-siup jak się niektórym wydaje. Kobiety wciąż umierają przy porodach. Ciąża wiąże się z wieloma konswekwencjami zdrowotnymi, o których się na codzień nie mówi, a które często zostają na całe życie. 

7. "Kobiety usuwają ciążę dla własnej wygody."


Jak już wspomniałam, ciąża, poród i wszystko, co nadchodzi potem to nie jest kwestia "wygody". To  wszystko ma ogromny wpływ na życie i zdrowie kobiety. 

8. "To nie lepiej się zabezpieczyć?"


Oczywiście. Aborcja jest rozwiązaniem właśnie wtedy, kiedy antykoncepcja zawiodła lub z jakiegoś powodu nie została zastosowana. To nie jest tak, że kobiety nie stosują antykoncepcji myśląc sobie "oj tam, najwyżej usunę!".

Nieograniczony dostęp do antykoncepcji jest bardzo ważny i potrzebny, ale to nie znaczy, że aborcja powinna być zakazana. 

9. "To trzeba było się nie puszczać. Nie wiedziała, skąd się dzieci biorą? Trzeba ponosić konsekwencje swoich działań."


Więc będziemy karać kobiety za seks każąc im rodzić niechciane dzieci? Doskonały pomysł. Rozumiem, że jak chodząc po górach złamiesz rękę, to lekarz powinien po prostu spytać, po co tam łaziłeś i nie udzielić ci pomocy? 

10. "Dlaczego życie kobiety ma być ważniejsze od życia nienarodzonego dziecka?"


Kobieta ma świadomość. Czuje strach i ból. Płód na etapie rozwoju, w którym dozwolona jest aborcja, nie odczuwa niczego. Jego świadomość nie zaistniała, nie ma poczucia straty. 


11. "Osoba w śpiączce też nie ma świadomości i nie odczuwa bólu. Też można ją zabić?"


Osobie w śpiączce do przeżycia nie jest potrzebny organizm kobiety. Gdyby był, nie można by przecież zmusić prawnie kobiety do ratowania takiej osoby własnym zdrowiem lub życiem. Poza tym, taka osoba już zaistniała, wykształciła jakąś osobowość, ma wspomnienia i więzi społeczne. 


***

Na razie to chyba tyle. Jak wpadniecie na coś nowego, to dopiszę. Może komuś pomogłam w jakimś małym procencie wyrobić sobie spojrzenie na którąś kwestię. Jednak nie mam złudzeń, że wpisem na blogu jestem w stanie realnie zmienić klimat polityczny w naszym kraju.

 I gdzieś tam z tyłu głowy powoli, półświadomie pakuję walizki.

czwartek, 18 lutego 2016

Prawdziwe kobiety kontratakują


Znacie na pewno ten mem o tym, że prawdziwe kobiety mają krągłości. Jeżeli odwiedzaliście już wcześniej mojego bloga to wiecie też pewnie, jak bardzo mnie drażni i dlaczego. Pisałam już kilka razy o tym, że my, kobiety, nie powinnyśmy pozwalać szczuć się na siebie nawzajem. Z jednej strony rozumiem, że jest to pewnego rodzaju mechanizm obronny w świecie, który nieustannie obserwuje, komentuje i ocenia to, jak wyglądamy. Ale nie tędy droga. Gry w seksizm i mizoginię nie da się wygrać według ich zasad. Jedyne sensowne, co możemy zrobić, to odmówić w niej udziału. 

Więcej na ten temat pisałam na przykład w tej notce.


A dlaczego znowu się taplam w tym temacie? Jak zawsze, obwiniam internet. A konkretnie to cudo, na które ostatnio trafiłam:




Taki obrazek udostępniła na facebooku Harcerska Grupa Ratownicza Starachowice. Jest tak zły na tak wielu poziomach, że nawet nie wiem, od którego zacząć. Pomijając oczywisty, wstrętny skinny shaming i dyktowanie kobietom, jak powinny wyglądać, dochodzi ten creepy tekst o ratownikach. W jakiej chorej głowie zrodziła się myśl, że ratownik medyczny, udzielając pomocy rannej czy wręcz umierającej kobiecie, ma jakąś perwersyjną frajdę z oglądania jej nago? I jeszcze ocenia jej figurę? Naprawdę nie wiem. Ale sama idea jest równie smutna, jak straszna.

środa, 23 grudnia 2015

Harry Potter i terror Politycznej Poprawności



Poprawność polityczna :/// Nie podoba mi się ten pomysł. Po co robić takie myki, skoro HP był wystarczająco zróżnicowany kulturowo...


Taki post znajomej przewinął mi się dzisiaj na facebookowej tablicy i postanowiłam użyć go jako przykładu do rozprawienia się z tym, co się ostatnio dzieje wokół decyzji castingowej do sztuki "Harry Potter and the Cursed Child".

W czym jest problem można domyślić się na pierwszy rzut oka - Hermionę zagra czarna aktorka. Sama Rowling wypowiada się o takim doborze obsady bardzo pozytywnie, co oczywiście sceptykom nie dowodzi niczego - może poza tym, że biedna autorka została tak zmanipulowana polityczną poprawnością, że traci pojęcie na temat własnego dzieła.

No właśnie, zacznijmy znów od politycznej poprawności, bo ta głupia memetyczna zbitka słowna ciągle nie chce jakoś umrzeć śmiercią naturalną. Bardzo bym chciała, żebyśmy jako społeczeństwo przyjęli w końcu do wiadomości, że bardzo wielu mieszkańców naszej planety to ludzie o innym kolorze skóry niż biały. W świetle tego faktu odpowiednia ich reprezentacja w popkulturze to nie jest żaden nienaturalny "myk", "chwyt" ani "zabieg", nie potrzebujemy do tego tworzyć określeń typu "poprawność polityczna". To po prostu odwzorywanie rzeczywistości, której obraz w kulturze był przez wiele lat nieproporcjonalnie zakrzywiony. Z różnych powodów, które współczesnemu człowiekowi powinny już wydawać się niedorzeczne, ale których nie możemy dzisiaj ignorować udając, że problem rasizmu nigdy nie zaistniał a jeśli nawet, to na nic już nie ma wpływu.

Samo określenie, że Harry Potter był już "wystarczająco zróżnicowany kulturowo" dużo zdradza o tym, jak myślimy o problemie reprezentacji w popkulturze. Taki sposób rozumowania stawia białą rasę niejako w defaulcie, a wszystkie inne kolory skóry traktuje jako dodatki. Niezbędne, żeby nie ściągnąć na siebie gniewu mniejszości, ale jednak dodatki. Sama ta konstrukcja sugeruje, że zróżnicowania kulturowego może być za dużo. Dla wszystkich myślących w ten sposób mam przykrą wiadomość - świat dookoła jest naprawdę bardzo zróżnicowany kulturowo, czy tego chcecie czy nie. I jeżeli w sztuce odnajdywaliście do tej pory od tego nieznośnego zróżnicowania ucieczkę, to też nie na długo. 

Jak podkreśla sama JK Rowling - w książkach o Harrym Potterze kolor skóry bohaterów nie jest zwykle podkreślany. To, że wasze mózgi z defaultu pokolorowały wszystkich na biało to już sprawa indywidualna i nie możecie mieć o to pretensji do autorki. 

A nawet gdyby w książkach jednak była wzmianka o tym, że Hermiona jest biała - wciąż nie miałabym nic przeciwko aktualnej obsadzie. Adaptacje rządzą się swoimi prawami i tak samo, jak nie mam w zwyczaju robić awantur o właściwy kolor oczu bohaterów, tak i z kolorem skóry nie miałabym żadnego problemu. Zwłaszcza, że potrafię sobie wyobrazić jak ważna jest nawet tak skromna reprezentacja dla wszystkich czarnych fanek i fanów Pottera na całym świecie. Filmów o całkowicie białej obsadzie powstały już niezliczone ilości i nikt nie domaga się dla nich uzasadnienia. Najwyższy czas, żebyśmy przestali domagać się uzasadnień dla każdego czarnego aktora lub aktorki.

A jeśli to wszystko nadal was nie przekonuje, pomyślcie, co na ten temat powiedziałaby sama Hermiona.

środa, 7 października 2015

Jak rozmawiać z kobietą


Mogłabym powyższy obrazek podpisać złośliwym uogólnieniem "męska logika", ale nie mam zamiaru walczyć z seksistami ich własną bronią.


Jak rozmawiać z kobietą? 


Zastanawiają się rzesze internautów, a wujek Google przychodzi im wszystkim z pomocą podpowiadając 1990 000 wyników. Znajdziecie wśród nich mnóstwo bystrych artykułów zgłębiających pokrętne ścieżki kobiecego umysłu i dowcipnych słowniczków damsko-męskich. W końcu, jak wiadomo, pochodzimy z różnych planet, bez translatora więc się nie obejdzie. 

Jak rozmawiać z kobietą? 

Jeżeli interesuje was zdanie samych kobiet (choć to może zbyt optymistyczne założenie) - z kobietą rozmawiać należy jak z człowiekiem. Bo - niespodzianka! - kobiety to również ludzie i zamieszkują tę samą Ziemię, a dzielące nas galaktyki budujemy we własnych głowach. Choć niektórzy twierdzą, że już się z nimi rodzimy - że wynikają z tak zwanych "różnic ewolucyjnych". 

Z psychologią ewolucyjną mam jeden zasadniczy problem - jest praktycznie niesprawdzalna. Niezwykle ciężko odróżnić zachowania wdrukowane nam przez geny od tych zakodowanych przez kulturę, w której dorastamy. Można badać różnice w strukturze mózgu, ale nie jest ona przecież stała - mózg i jego funkcje zmieniają się w trakcie naszego życia i mogą mieć na to wpływ również czynniki środowiskowe. Dlatego nie da się jednoznacznie powiedzieć, czy konkretne zachowanie jest warunkowane biologicznie czy kulturowo. A i tak w znacznej większości przypadków te różnice są większe wewnątrz danej grupy (płci), niż pomiędzy nimi. Mimo tego nikt jakoś nie tworzy słowniczków męsko-męskich.

No właśnie, wracając do słowniczków - większość z nich to po prostu rozmówki pasywno-agresywne. Czyli takie w stylu "rób co chcesz = jeszcze za to bekniesz", albo "proszę, śmiało = nie chcę, żebyś". A te zdarzają się w toksycznych relacjach i nie są bynajmniej domeną kobiet, jak się zwykło uważać. Myślę, że w tej kwestii wiele kobiet potwierdzi moje doświadczenia. Przekonanie, że kobieta mówiąc "nie" myśli "tak" w ogóle pominę, bo zakładam, że nie ma wśród moich czytelników potencjalnych gwałcicieli.

Manipulacje, niebezpośredniość i pasywna agresja mają różne przyczyny. Mogą wynikać ze strachu przed okazaniem prawdziwych emocji. Ze złych doświadczeń i nawyków wyniesionych z domu lub z poprzednich związków. Albo po prostu z paskudnego charakteru. 

Ale nie z płci. 

Dlatego jeżeli wasza dziewczyna, żona lub partnerka zachowuje się w taki sposób nie zrzucajcie wszystkiego na pozaziemskie pochodzenie kobiet. Spróbujcie porozmawiać o lepszych sposobach komunikacji. Może ona nie zdaje sobie sprawy z tego, że stosuje emocjonalne szantaże. Może boi się mówić o problemach w sposób bezpośredni. Może kiedyś zwierzyła się z jakiegoś problemu i została olana albo wyśmiana, może nie chce wyjść na czepialską babę.
A może jest to po prostu toksyczna relacja bez szans na poprawę i oboje powinniście ją sobie odpuścić.

To działa też w drugą stronę. Tak samo jak manipulantka pozostanie manipulantką, a nie "po prostu kobietą", tak samo mężczyźni nie mogą unikać odpowiedzialności za swoje zachowanie tłumacząc się "prawami natury". Jeżeli chłopak czy mąż was oszukuje, okłamuje, zdradza, zaniedbuje obowiązki - to nie dlatego, że "faceci tacy są", tylko dlatego, że ten konkretny facet jest dupkiem. 


Bibliografia dla ciekawych: 

I jeszcze jedno ciekawe, wiarygodne badanie udowadniające, że jedyne rzeczywiście sprawdzalne różnice między płciami dotyczą:
- umiejętności rzutu na odległość
- wyobraźni przestrzennej 
- częstotliwości onanizmu:



poniedziałek, 21 września 2015

Internet nie leczy



Czy znacie takie osoby, które za nic w świecie nie pójdą do lekarza, bo "jeszcze coś wykryje i będzie kłopot"? Spokojnie, dzisiaj nie chcę nikogo wyśmiewać. Nie ma nic dziwnego w tym, że ludzie często podchodzą do swojego zdrowia w sposób emocjonalny, a wiadomo, że emocje nie zawsze chcą się dogadywać z racjonalnym myśleniem. 

Dlatego dzisiaj spróbuję odstawić emocje na bok i poprodukować się trochę o zagrożeniach związanych z próbami leczenia się przez internet. Oczywiście nie chcę tu wpadać w ton cyber-paniki typowy dla pokolenia baby boomersów. Nie będę pisać o tym, że internet i smartfony zmieniły nas w bezmyślne i leniwe zombie. Internet to wspaniałe narzędzie, które ułatwia nam życie na milion sposobów. Niestety, jeżeli chodzi o usługi medyczne czy diagnozę wciąż nie jest w stanie zastąpić kontaktu ze specjalistą. Przede wszystkim dlatego, że - no cóż - pełno w nim ludzi, którzy niekoniecznie wiedzą o czym mówią. Wyłowienie z tego oceanu śmiecia informacji faktycznie użytecznych może graniczyć z cudem. A właściwe ich zinterpretowanie już raczej przerasta możliwości laika. 

Myślicie, że tłukę wam do głowy oczywistości? Może tak, ale według statystyk Scanmedu, 9 na 10 Polaków szuka w internecie informacji na temat zdrowia. Połowa Polaków robi to częściej niż raz w miesiącu. 35% internautów szuka tych informacji na forach ogólnotematycznych, na których, jak wiadomo, wypowiadają się najczęściej ludzie o medycynie niemający zielonego pojęcia. I aż 50% deklaruje, że leczyło siebie lub bliskich metodami znalezionymi w internecie! Na wizytę u specjalisty po wykryciu niepokojących objawów decyduje się tylko... 34% badanych. 

Dość niepokojące dane. Dlatego dałam się namówić na mały test, żeby zweryfikować jakość medycznej auto-diagnozy w internecie. Zadanie przedstawia się tak:

"Zdiagnozuj się na podstawie poniższego opisu dolegliwości i informacji znalezionych w sieci. Pamiętaj, aby uwzględnić w diagnozie swój styl życia, wiek i płeć.

Jest połowa września. Wstajesz rano, jest 8:00. Czujesz się lekko osłabiony i zmęczony, chociaż w nocy spałeś dobrze i położyłeś się spać przed północą. Dzień zaczynasz od mocnej kawy i to stawia Cię na nogi, jednak po chwili czujesz lekkie palenie w przełyku.

Podczas porannego prysznica zauważasz na lewym boku swędzącą, czerwoną wysypkę w postaci sporych czerwonych plamek. Swędzenie nie mija w ciągu dnia, ani po kilku dniach. Po około tygodniu zaczynasz czuć lekki ból stawów podczas porannego wstawania. "


W pierwszej kolejności postanowiłam skorzystać ze stron oferujących profesjonalną, automatyczną diagnozę na podstawie krótkiego testu. Podałam w nim swój wiek, wagę i płeć, a później po kolei odpowiadałam na pytania dotyczące występujących u mnie objawów. Niestety, algorytmy programu okazały się wyjątkowo marne - internetowy "lekarz" potraktował każdy z moich objawów osobno i zdiagnozował u mnie niezależnie zapalenie gardła oraz liszaja. 

Podczas drugiego podejścia postanowiłam więc wykonać mały research na własną rękę. Wujek googiel skojarzył od razu moje objawy z półpaścem i przekierował mnie na różne fora ogólnotematyczne, na których inni użytkownicy zwierzali się z podobnych problemów. Zamiast konkretnych wskazówek diagnostycznych większość odpowiedzi zawierała wpisy ludzi o zupełnie innych objawach, którzy po prostu chcieli się wygadać na temat własnych problemów zdrowotnych. Przygnębiające, ale niezbyt pomocne.

Trzecim rzutem trafiłam na bardzo podejrzaną stronę na temat tak zwanej "medycyny alternatywnej" (czyli po prostu takiej, która nie daje żadnych sprawdzalnych naukowo efektów). Dowiedziałam się z niej, że zgodnie z moimi objawami niechybnie zarażona jestem pasożytem. Nawet nie zdążyłam się przestraszyć, bo szybki zerk na tabelkę objawów uświadomił mi, że według autorów strony pasożytem można wyjaśnić właściwie wszystko, od nieświeżego oddechu po raka. 

Podsumujmy: na czym stoję? Może mam zapalenie, może liszaja, może półpaśca. Prawdopodobnie to trzecie. Rewelacje o pasożytach pozwolę sobie zbyć milczeniem. Co mogę z tym zrobić? Internauci proponują mi... zioła i homeopatię. Niby nic takiego, co jest złego w ziółkach i wodzie z cukrem? Może nie zaszkodzą, ale jeżeli zastąpią wizytę u specjalisty, może się to skończyć nieciekawie. Żeby dotrzeć do faktów skonsultowałam się z prawdziwym lekarzem - okazuje się, że niektóre postacie półpaśca nieleczone mogą prowadzić do upośledzenia widzenia. 

Nie wiem jak wy, ale ja jestem już pewna : gdyby to nie był test, tylko życie - po prostu poszłabym do lekarza. 

Zerknijcie zresztą na oficjalny spot kampanii - miałam w niego swój skromny wkład graficzny i nie tylko. 





poniedziałek, 14 września 2015

Instruktorzy życia i architekci sukcesu


Hej, poznęcamy się dzisiaj trochę nad zjawiskiem life coachingu, co wy na to? Nie wiem jak was, ale mnie straszliwie bawi idea kogoś, kto uczy ludzi osiągania sukcesu na podstawie własnych sukcesów, które odniósł w uczeniu ludzi sukcesu. 

Zanim pojawił się coaching (przynajmniej w mojej świadomości), jego zalążki funkcjonowały już w szemranym biznesie MLM (mulit-level marketing). MLM to inaczej pospolita piramida finansowa - chociaż zaangażowani będą zarzekali się, że to wcale nie jest piramida, tylko drzewko.

Biznes tego typu nie utrzymuje się ze sprzedaży produktów, chociaż znów - będą cię przekonywać, że tak jest. W rzeczywistości jedynym sposobem na zysk jest wciągnięcie jak największej ilości ludzi "pod siebie" (a raczej nad siebie, w końcu to drzewko). Dlatego realnie zarabiają tylko ci, którzy dołączyli najwcześniej. Cała reszta mamiona jest obietnicą fortuny czekającej już, tutaj, za rogiem, za chwilkę. Wystarczy, że wykupią pakiet produktów premium (można kupić podstawowy, ale daj spokój, nikt cię wtedy nie uzna za poważnego biznesmena). Na specjalnych szkoleniach firmowych poznają superfajnych ludzi jeżdżących firmowymi mercedesami, obejrzą filmy z superfajnych wycieczek firmowych w Tunezji. Zostaną przekonani, że to wszystko już za chwilę będzie w zasięgu ich ręki, wystarczy, że jeszcze trochę ciężej popracują i jeszcze więcej ludzi wciągną na finansowe drzewko. Po trzech miesiącach dostaną dziesięć złotych wypłaty, rachunek na dwieście za zakupione produkty premium (którymi teraz mają obłożone całe mieszkanie) i nadal większość z nich z całkowitym przekonaniem zapewni cię, że wielka fortuna wciąż czeka na nich za rogiem - po prostu nie pracowali na nią wystarczająco ciężko. 

Takie przekonanie, według którego każdy student-gołodupiec jest już Kulczykiem in spe, wyrosła na naszych oczach w odrębną filozofię życia, której uczą nas tak zwani life coache. 

Co mnie wyjątkowo odrzuca w ludziach dzielących to przekonanie, to idea robienia biznesu dla samego biznesu i mnożenia pieniędzy dla samego mnożenia pieniędzy. Nie zrozumcie mnie źle - pieniądze są spoko i wszyscy ich potrzebujemy. Ale mam jakąś wrodzoną nieufność do ludzi, dla których kasa nie jest środkiem, tylko celem. 

Wspomniana filozofia opiera się w zasadzie na jednym - jeżeli jesteś biedny, to jest twoja wina, bo po prostu za mało chcesz być bogaty. Cała reszta to motywacyjna mowa-trawa, pusty bullshit, który zawstydziłby nawet Paula Coehlo, czy Jasona Hunta. Taki jak tu: 


Albo tutaj: 

Paweł Kielak zapytany o to, co zadziwia go w mężczyznach...Odpowiedział!!!
Bo jesteśmy gotowi dać WSZYSTKO...nie mając NICZEGO!
Nie dając NICZEGO...oczekujemy WSZYSTKIEGO!
Nie WIEMY czego CHCEMY
WIEMY czego Nie CHCEMY
MAMY to czego Nie CHCEMY
CHCEMY to czego Nie MAMY!
Żyjemy w pewnym ciągłym PARADOKSIE ISTNIENIA, nawet nie zdając sobie z tego sprawy!
W poszukiwaniu KOBIETY!
SZUKAMY nie wiedząc CZEGO CHCEMY?!...To Nie ZNAJDUJEMY!
Nie wiedząc CZEGO CHCEMY, Przestajemy SZUKAĆ....A właśnie wtedy DOSTAJEMY to czego, nie wiemy CZY CHCEMY!
MAJĄC to co DOSTALIŚMY nie WIEDZĄC czy właśnie to jest tym CZEGO CHCEMY...SZUKAMY dalej WCIĄŻ nie zadając sobie pytania KIM JEST TA JEDYNA, której CHCEMY!
Staramy się PRZED i NA starcie!
Przestajemy W TRAKCIE!
Rozumiemy PO fakcie, gdy jest już ZA PÓŹNO!
ZA WCZEŚNIE...nie DOCENIAMY, tego co MAMY
Rozumiejąc to, że DOCENIAMY, gdy już nie MAMY Emotikon frown
Często!
Tak jak dajemy KWITNĄĆ, dajemy również USYCHAĆ...
Tak jak dajemy MIŁOŚĆ, dajemy również NIENAWIŚĆ...
Tak jak szybko potrafimy się ZŁĄCZYĆ, tak również się ROZDZIELIĆ...
Rodzimy się w ZALEŻNOŚCI!
żyjąc w NIEŚWIADOMOŚCI!
że dążymy do WSPÓŁZALEŻNOŚCI!
pozostając w ślepej chęci NIEZALEŻNOŚCI!
umrzemy w SAMOTNOŚCI!!!
Żyjemy, żeby NIE ponieść PORAŻKI...
Ponosimy PORAŻKĘ...za Życia!!! tak naprawdę NIE ŻYJĄC PEŁNIĄ ŻYCIA z tą jedyną właśnie we współzależności 

Poruszające, prawda? Jak poezja naskrobna na marginesie zeszytu egzaltowanego gimnazjalisty. 

Znam takich ludzi "nastawionych na sukces", takich właśnie wspomnianych Kulczyków in spe. I wiecie co? Większość z nich to bezrobotni lub studenci na śmieciówkach, bez pieniędzy i bez osiągnięć. Ludzie, którzy dali sobie wmówić, że nie ma sensu walczyć o godne traktowanie, bo już za chwilę staną się miliarderami i żaden z obecnych problemów nie będzie ich dotyczyć. Że dzieli ich od tej przyszłości tylko jeden startup, jeden zmyślny przekręt (bo przecież nie ciężka i uczciwa praca - ona jest dla frajerów na etacie). 

Znam też ludzi, których życie obrodziło w prawdziwe sukcesy. I z obserwacji tych ludzi mogę wymienić wam pewne składniki sukcesu:

- dużo szczęścia
- dużo ciężkiej, ciężkiej pracy

a najczęściej:

- kombinacja tych obu. 

To pewne, że ciężka praca przybliża wymarzony cel. Ale jest też bardziej niż pewne, że można pracować ciężko i mimo tego ponieść porażkę. Życie takie po prostu jest, niestety i musimy radzić sobie z tą świadomością. Słusznie pisał w swoim felietonie Wojciech Orliński, że szkodliwe jest programowanie ludzi już od dziecka na wielki i spektakularny sukces. Większość z nas nic w życiu spektakularnego nie zrobi i nie ma w tym nic złego. Źródła satysfakcji z życia są dużo bardziej zróżnicowane. 

Ja, na przykład, uważam się za osobę względnie szczęśliwą, mam jakieś relatywnie niezłe osiągnięcia. I chociaż faktycznie dużo pracuję, to byłabym głupia i zarozumiała twierdząc, że niczego nie zawdzięczam po prostu szczęściu. Miałam dobry start w życie, świetne warunki do nauki, wspierających bliskich, dobre zdrowie - jako jedna z niewielu znanych mi osób z mojego pokolenia uniknęłam depresji, nerwicy, przewlekłych chorób czy osobistych tragedii. Tylko dzięki tym czynnikom miałam czas i możliwości, które odpowiednio wykorzystałam. 

A i tak zdaję sobie sprawę, że to wcale nie jest najlepsze, co można zrobić ze swoim życiem. W czasie, kiedy ja pracowałam nad swoimi umiejętnościami, inni podróżowali autostopem po świecie, czytali mnóstwo wartościowych książek, zakładali rodziny, uczyli się, zarabiali na życie. 

To wszystko są wartościowe sposoby na wypełnienie czymś tej krótkiej wycieczki pomiędzy jedną a drugą nicością.



PS: Polecam ciekawy profil na ten temat.